BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-06-12, 18:59   Kalamata w Kalamacie czyli Grecja 2018

Grecja 2018 – Epilog zamiast prologu



W zeszłym roku tradycją stało się pisanie przeze mnie prologu do wyjazdu już po powrocie. W tym roku idę krok dalej i zaczynam relację od epilogu ;) Ale oczywiście opis indywidualnych dni też będzie. Później.

Pomysł wyjazdu do Grecji zrodził się w mojej głowie w momencie zakupu Oliviera (albo nawet przed tym wydarzeniem.). Katalogowa nazwa koloru mojej beemki to Kalamata Metallic Matt. Postanowiłam więc zabrać Kalamatę do Kalamaty. Z roku na rok ten wyjazd był przekładany, bo rodziły się inne "pilniejsze" pomysły. Ale w tym roku musiało się udać. Również dlatego, że... postanowiłam sprzedać osiemsetkę, a obietnica, to obietnica. choćby złożona motocyklowi.

Po pierwsze nie wiedziałam, czy ten wyjazd w ogóle dojdzie do skutku. Wszystko wyklarowało się w opcji "last minute" i w dodatku z przesuniętym - w stosunku do pierwotnego - terminem. Jeszcze tydzień przed wyjazdem, gdy dopracowywałam trasę, miałam w głowie wycieczkę solo. Dlatego plan był ambitny, dwa tygodnie, ok. 6500 km. Finalnie w trasę pojechały dwie osoby, na dwóch motkach. Ja na Olivierze i Nomad na Królowej (Africa Twin).

Mimo, że jestem adwokatem jechania w trasę w pełni sprawnym motocyklem, będąc samemu całkowicie sprawnym, tym razem trochę przymusowo odstąpiłam od tej reguły. Ja od jakiegoś czasu mam problemy z oboma łokciami i drętwieniem prawej ręki. Olivier za to miał pewne niedomagania w przednim zawieszeniu, a oprócz tego, choć przed wyjazdem kupiłam mu nowy akumulator (ten miał ponad 5 lat i ponad 90 tyś km "przebiegu"), to ostatecznie go nie wymieniłam ("w Grecji będzie ciepło, powinien dać radę"). Pierwszy raz też nie miałam w planie żadnego buforu czasowego na nieprzewidziane sytuacje. Oczywiście wszystkie te decyzje miały swoje konsekwencje - pewnych założeń nie udało się zrealizować, bo: dziury w (głównie) bułgarskich drogach wpłynęły na komfort jazdy i ból rąk, padnięty akumulator wymagał zakupu kolejnego, a problemy z pompą paliwa w Afryce i mniejsza sprawność grupy (choćby dwuosobowej; w porównaniu do podróżowania samemu) spowodowały spory niedoczas i "nadganianie" drogi, żeby udało się zaliczyć kluczowe punkty wyjazdu. Jednak najważniejszy cel, czyli Kalamata w Kalamacie został zrealizowany, a dodatkowo w tym mieście finalnie Afryka odzyskała swoją sprawność. A to, czego nie udało się zobaczyć - musi zostać na kolejny raz, bo do Grecji na pewno wrócę!



Trochę statystyk i obserwacji:

- Dni jazdy: 16 (plus jeden dzień całkowitego odpoczynku na zlocie Froum f650gs.pl)
- Ilość gleb: Olivier: 1; Afryka: 1. Obie w zasadzie parkingowe... choć do obu się co nieco przyczyniłam...
- Ilość żółwi na trasie: 1 (w Grecji)
- Tam gdzie są koty, są lepsze oliwki; tam gdzie psy - gorsze
- Przejechane: 5639 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-06-19, 20:06   

 
Grecja 2018 -  Dzień 1 - Jak najdalej przed siebie



25 maja 2018 – piątek

26 maja 2018 - sobota




Kończę pracę o 15. Wszystko mam przygotowane, więc trzeba się tylko zapakować. Nomad przyleciał z północy, więc musimy jeszcze pojechać do niego, żeby on miał szansę się zapakować na wyjazd. W końcu zdecydował się trochę last minute i jeszcze nie miał okazji przygotować.

Jedziemy więc na Podkarpacie. Ustalamy, że w sobotę wyjedziemy wcześnie, żeby mieć przed sobą długi dzień, na długi dojazd.



Przejechane: 178 km





W nocy pada deszcz. Oj, będzie ciekawie, bo parkujemy na sporej górce, na trawie. Opony w Olivierze nie są idealne na takie warunki. Dodatkowo deszcz skutecznie opóźnia nasz wyjazd o jakąś godzinę. Później przez chwilę pogoda nie może się zdecydować - na zmianę pada albo nie pada, więc profilaktycznie wpinam membrany do ciuchów. Wojtek idzie na żywioł i nie zakłada przeciwdeszczówek. Dobry ruch z jego strony.





Dzień upływa pod znakiem jazdy. I nudów. Nic się nie dzieje, albo przynajmniej niewiele. Na jednej ze słowackich łąk wypasa się chmara bocianów - nigdy tylu naraz nie widziałam. Nie mamy z Wojtkiem łączności interkomowej, więc nawet pogadać nie można. Każdy jest sam ze swoimi myślami. Możemy sobie co najwyżej pokazywać jakieś rzeczy i odgadywać co druga osoba chce przekazać.



Na Węgrzech jest jeszcze nudniej. Prawie zasypiam, więc ordynuję postój na stacji benzynowej. Wypinam membrany i razem z Wojtkiem pijemy po kawce i dojadamy resztki ze śniadania czyli parówki.



Granica węgiersko-serbska nie straszy już masą namiotów imigrantów. Przekroczenie granicy zajmuje nam kilkanaście minut. Po serbskiej stronie jest standardowo - ciepło, zalegają śmieci. Ale zauważyłam, że jazda lokalnych kierowców jest jakby spokojniejsza i bardziej przewidywalna niż jak byłam tu poprzednio.

Nad Belgradem łapie nas burza. Jedziemy dokładnie na froncie, ale nie zatrzymujemy, bo przecież zaraz przejdzie. W końcu za którymś tunelem już nie pada, więc mamy możliwość wyschnąć.

Dojeżdżamy do miejscowości Cacak; gdzie przyrezerwowałam hostel. Okazuje się jednak, że to nie ten, który miałam na myśli, ale i tak jest nieźle. Tzn. standard mega hotelowy. Hostel jest na IV piętrze w kamienicy, ale na szczęście jest winda... Motki parkujemy na publicznym parkingu na ulicy.





Każde z nas bierze szybki prysznic i idziemy w miasto. Trzeba coś zjeść. Mam w głowie knajpkę, w której byłam jadąc dwa lata temu do Albanii i serwowane w niej steki i wino. Nie bardzo jednak pamiętam jej nazwę, a lokalizacja też gdzieś na początku jest trudna, ale po jakimś czasie ją znajduję i raczymy się pyszną wołowina i jeszcze lepszym winem. Zasłużyliśmy!







 

Przejechane: 935 km



 

Informacje praktyczne:

Opłaty drogowe:

- Słowacja - bezpłatnie dla motocykli

- Węgry - obowiązuje winieta elektroniczna na przejazdy niektórymi odcinkami autostrad. Można kupić na stacjach benzynowych, albo on-line np. przez http://www.tolltickets.com (winieta jest dostępna od razu, do samodzielnego wydruku)

- Serbia - autostrady płatne na brankach. Opłata w lokalnej walucie lub Euro. Karty płatnicze są akceptowane.



Macna:

Poranny deszcz przeszedł dość szybko, więc nie miałam okazji przetestować nieprzemakalności membran. Te wypięłam dopiero na Węgrzech, kiedy zrobiło się ekstremalnie ciepło (tj. ok. 26 stopni), bo nie chciałam się przyklejać sama do siebie. Wloty powietrza zdają się spełniać swoje zadanie, tj. czuć przewiew.

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-06-22, 17:11   

Grecja 2018 - Dzień 2 - Początek problemów
27 maja 2018 - niedziela


Wczoraj zrobiliśmy naprawdę solidny kawałek trasy, więc dzisiaj ciśnienie jest mniejsze. Znosimy bagaże na parking. Objuczanie Oliviera trwa nieporównywalnie krócej niż Królowej, więc w ramach czynu społecznego idę do sklepu po wodę i jakiś prowiant na śniadanie i przekąski podczas drogi. Zakupioną szamkę spożywamy siedząc na krawężniku przy motocyklach, co wzbudza zainteresowanie kilku lokalesów, którzy raz po raz podchodzą i zagadują. Młodsi znają angielski, więc jest łatwiej. Starsi nie znają, więc jest zabawniej. na szczęście języki słowiańskie są na tyle do siebie pogodne, że z grubsza można się dogadać. I tak poznajemy kilka ciekawych historii, oczywiście związanych z motocyklami i wszelakimi przygodami z ich udziałem.

W końcu wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się w stronę granicy z Czarnogórą. Droga jest fajna, widokowa, pozakręcana. Ruch dość nieduży, ale zdarzają się sytuacje przy których robi się bardziej gorąco, gdy np. widzimy jak samochód przed nami przy wyprzedzaniu mija się z tym jadącym z przeciwka na milimetry.

Jeszcze cieplej robi się podczas przejazdu przez Novi Pazar. Panuje tu pełna egzotyka, ulica jest jednym wielkim targowiskiem. Po przejechaniu przez jedno z ostatnich skrzyżowań słyszę za sobą pisk hamulców i łupnięcie. Rzucam okiem w lusterko, na skrzyżowaniu jest zamieszanie i Wojtek pośrodku niego. No pięknie. Parkuję tam gdzie stanęłam, trochę na środku, ale komu to tu przeszkadza. Okazuje się, że Wojtek musiał zatrzymać się, bo przez ulicę przechodzili ludzie. Wtedy samochód jadący za nim go stuknął w tył, na szczęście stelaż, a nie koło. A stuknął dlatego, że z kolei samochód za nim nie wyhamował i wjechał mu w tył. Czyli tak kaskadowo. Strat w moto i uszczerbku na ciele Nomada nie ma, więc odjeżdża z miejsca zamieszania, zostawiając kierowców samochodów z rozważaniami kto kogo i co dalej. Chwilowo mamy dość miasteczek więc wyjeżdżamy stąd jak najszybciej. Jeszce tylko zatankujemy motki i śmigamy dalej.

Droga znowu jest fajna. Zakręty łykam jeden za drugim. W pewnym momencie patrzę w lusterko i nie widzę tam Wojtka. Zatrzymuję się, czekam, po chwili zawracam i spotykam go po niedługim czasie. Mówi, że od czasu ostatniego tankowania Afryka nie pracuje tak jak powinna. I gaśnie, gdy doda się więcej gazu. Mówi też, że raz mu tak zgasła na winku, na mostku, pod górę, co poskutkowało prawie glebą - wyratowaną dzięki złapaniu za stelaż kufra, a to z kolei wygięciem palców i mocnym bólem dłoni. Niedobrze.

Afryka odpala, więc jedziemy dalej, ale po chwili sytuacja się powtarza. I tak jeszcze kilka razy. Wojtek podejrzewa, że to przez pompę paliwa. Stajemy na poboczu i przystępujemy do naprawy. Podobno; trzeba tylko wymienić taką płytkę w pompie i będzie dobrze, a tak się składa, że akurat mamy i tę część i niezbędne narzędzia. Odłączamy rurki i kabelki, jeden wężyk zatykamy tamponem, bo pomimo zakręcenia kranika wciąż leci z niego paliwo... W końcu Honda to kobieta... Boląca ręka Nomada nie pozwala mu na wykonywanie niektórych czynności, więc ja też muszę ubrudzić sobie ręce. Ale wspólnymi siłami wymieniamy co trzeba.









Wszystko gra i buczy, ale po naprawie motek dalej nie pali. Zastanawiamy się, czy wszystko jest podłączone jak należy. Kilka kolejnych prób i dalej nie działa. W dodatku akumulator już ledwo zipie. Wojtek stawia wszystko na jedną kartę - jest z górki, więc odpali "na pych". Zdejmujemy z Afryki cały bagaż i Wojtek podejmuje próbę odpalenia. Zjeżdża, znika mi z pola widzenia, ale nie słyszę, żeby to zadziałało. Słyszę za to dzwonek telefonu - Wojtek - nie zadziałało. Jakieś 300 metrów niżej zatrzymał się na pseudoparkingu. Zaczynam uzbrajać Oliviera w cały bagaż, który był na Hondzie, ale nie mam szans zabrania wszystkiego. Z drugiej strony zostawić też kiepsko... Wojtek musi więc podejść w tym upale pod górkę po rzeczy.

W końcu wszystko już mamy zgromadzone razem. Ja jadę poszukać jakiegoś warsztatu w okolicy. Jest niedziela, więc może być problem, ale co tam, próbuję. Jest kilka myjni, knajp, nawet posterunek policji, ale mechanika - nie ma. Wojtek korzysta z koła ratunkowego "telefon do przyjaciela". Decyduje się na pominięcie pompy i połączenie wężyków za pomocą plastikowej końcówki do dmuchania materaca. I... działa! Możemy jechać. Za nami spora część dnia, a przed nami większa część zaplanowanej na dzisiaj trasy.



Kilkaset metrów po starcie znowu nie widzę Wojtka w lusterku. No nie... Zatrzymuję się, czekam, zawracam. W końcu go widzę jak zjeżdża na pobocze, niedaleko jednej z ręcznych myjni dla samochodów. Okazało się że w międzyczasie jeszcze sprawdzał poziom oleju, ale potem zaaferował się robieniem bypassu pompy i wpadł w euforię, gdy patent zadziałał, że nie dokręcił korka i sporo oleju wyleciało mu na motocykl, buty i spodnie. Sprzątamy bałagan, korzystając z gościnności właścicieli myjni. Może to już koniec pecha na dzisiaj?



Pominięcie pompy paliwa sprawia, że musi działać grawitacja i ciśnienie wytwarzane przez paliwo mieszczące się w baku. A to działa tylko przez jakieś 150 km, dopóki nie zejdzie ok. 7 litrów paliwa. Wtedy trzeba zatankować do pełna. Tak więc postoje na tankowanie są teraz dość często.

Wjeżdżamy do Czarnogóry i obieramy kurs na Albanię. W Andrijevicy zatrzymujemy się w knajpie "Most" na czevapi, bo od śniadania nic nie jedliśmy, a adrenalina przestała już tak trzymać, więc jesteśmy dość głodni. Albania jest już tuż tuż. Nad górami widzimy ciężkie chmury, ale liczymy, że może nas nie złapie tam żadna ulewa. Pokazuję Wojtkowi, że w te góry, jeszcze ze śniegiem, właśnie jedziemy.

Przejście graniczne Vermosh-Guci jest jak zwykle mocno leniwe. Więcej gadania niż pracy. Ta w końcu nie ucieknie. Dostajemy za to lekki ochrzan za robienie fotek. Dobra, nic tu po nas. SH20 czeka.





Przez jakieś 200 metrów za przejściem granicznym wciąż mamy szuterek. Zauważyłam ten błysk w oku Nomada... Ale potem zaczyna się równy, gładki asfalt. Jeszcze dwa lata temu go nie było. Droga tak czy inaczej jest piękna, nie ma na niej żadnego ruchu, więc można pojechać trochę dynamiczniej.









Wojtek jest tu pierwszy raz i uśmiech mu z twarzy nie schodzi. Nie spodziewał się takiej trasy. Z takimi winklami. Motocyklowy raj! A jak mu mówię, że to jeszcze nie wszystko i ładniejsze plenery dopiero przed nami, to nie może w to uwierzyć.











Standardowo zatrzymujemy się w punkcie widokowym przy charakterystycznych serpentynach.
















W dodatku pięknie wschodzi księżyc...







Jeszcze tylko kilkadziesiąt km i będziemy na miejscu.





Nocujemy nad jeziorem Szkoderskim na campingu Lake Shkodra Resort. Jestem tu pierwszy raz, ale rozumiem skąd te ochy i achy nad tym miejscem - jest naprawdę wypasione. A wielkie okrągłe namioty są super komfortowe.





Po dniu pełnym przygód zasłużyliśmy na zimne piwo. Zamawiamy takie w campingowej restauracji, razem z dwoma porcjami oliwek. Potem dorzucamy jeszcze karafkę wina i pizzę na pół. Restauracja się wyludnia, co oznacza, ze pora spać. Schodzimy jednak na pomost nad jezioro i zauważamy, tzn. bardziej słyszymy niż widzimy, że grupka czeskich motocyklistów zażywa kąpieli, a jakże, na golasa. W zasadzie woda jest ciepła, dookoła tylko rechoczą żaby, więc "dajemy się namówić" i wieczorną kąpiel mamy już z głowy.


Przejechane: 367 km




Macna: W górach Albanii upał zelżał, a że jestem zmarzluchem, to musiałam pozamykać wloty powietrza. Da się to zrobić podczas jazdy, bo dostęp do zamków jest dość wygodny, zarówno w kurtce, jak i na spodniach. Oczywiście nie dotyczy to wywietrzników na plecach - tych podczas jazdy bym nie próbowała zamykać ;)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-06-23, 15:04   

Grecja 2018 - Dzień 3 - Dwa razy albański moto serwis, proszę
28 maja 2018 - poniedziałek


Ręka Wojtka jest chyba złamana - spuchła, zmieniła kolor, boli... Niedobrze... Zapada jednak decyzja, że jedziemy dalej. Nomad to twardziel. Jak sam stwierdził - "nie takie złamania"... No dobra. To duży chłopiec, więc jego decyzja.

Poranne życie na campingu toczy się bardzo leniwie, więc dostosowujemy się to tego. W końcu są wakacje. Póki co, jesteśmy zgodnie z moim wyżyłowanym planem. Wg. niego mamy dzisiaj myknąć przez całą Albanię, aż do greckiej Joaniny (tudzież "Joanny", jak niektórzy nazywają tę miejscowość.)

Udajemy się na pożywne śniadanie, a następnie niespiesznie zbieramy. Jest plan, żeby w Szkodrze odwiedzić serwis motocyklowy, może coś poradzą. Ja sugeruję jeszcze wizytę w szpitalu, w końcu mam tam wszystko obcykane dokładnie, ale Wojtek nie chce się na to zgodzić. Więc nie naciskam.



















Na rogatkach Szkodry Wojtek podejmuje jeszcze jedną próbę podłączenia pompy - może zadziała, gdy w przewodach jest paliwo itd. Robimy więc drobny serwis na skraju jezdni i chodnika. Niestety nie działa. W międzyczasie podjeżdża do nas parka z Polski na DLu, również kierująca się do serwisu - im skończyły się klocki z tyłu. Ekipą trzech motocykli jedziemy przez miasto. Jest ciekawie, zwłaszcza, gdy udaje nam się na rondzie skręcić w lewo, nie zauważając, że to rondo, a więc trochę pod prąd. Nikogo to jednak nie dziwi ani nie bulwersuje. Stajemy pod serwisem, ale chyba nie tym, o który nam chodziło. Nie mogą nam pomóc, nie znają innych moto-serwisów w Szkodrze, ale wskazują adres w Tiranie, gdzie możemy spróbować. W międzyczasie znika DL z naszymi nowymi znajomymi. Szkoda, że nie poczekali. Ruszamy i dosłownie 100 metrów dalej widzimy znajomy motocykl i właściwy serwis moto. Wrze jak w ulu, klientów jest mnóstwo, choć w sumie nie wiadomo kto jest klientem, a kto mechanikiem, a kto posłańcem po części. Pojawia się jednak ktoś, kto chce nam pomóc, więc spędzimy tu chwilę. Ja siadam na krawężniku, ale natychmiast dostaję krzesło, bo nie wypada, żebym trak siedziała. A w zasadzie to może mamy ochotę ka kawę - warsztat graniczy z kafejką, więc zaraz pojawia się stolik, miejsca i dwie kawy i nieograniczona ilość zimnej wody.









Nasi znajomi w oczekiwaniu na zmianę klocków (które są tylko dlatego, że wczoraj je zamówili) idą po jakieś zakupy spożywcze. Potem siadają przy stoliku obok i też zamawiają dwie kawy. Pani kelnerka donosi im też sztućce i talerze i jeszcze kiszoną cukinię. Nie wyobrażam sobie żeby "u nas" wejść do knajpy ze swoim jedzeniem i dostać jeszcze wszystkie akcesoria od obsługi... Ale tu jest "normalnie". Szef warsztatu przywozi nam jeszcze lokalny przysmak - ciepły burek.  Płacimy tylko 200 lek za kawę...



W międzyczasie ogarnia się temat pompy paliwa. Jest jakaś, oryginalna mitsubishi, wg gościa taka powinna być w Afryce, a nie to coś co ma Nomad. Podpinamy, pompa pracuje, bo słychać, Wojtek jedzie na rundkę po kwartale, żeby sprawdzić co i jak. Mina Wojtka niczego nie zdradza. Ale chyba działa. Cała akcja kosztuje 60 Euro, więc tanio nie jest. Trudno, czasem się płaci i nie marudzi.





Jest dobrze po południu, więc żegnamy się z ekipą z DLa, którzy wciąż czekają na zmianę klocków (albo mają zmienione, tylko jeszcze ich nikt o tym nie poinformował) i jedziemy.

Przejazd przez Albanię nie należy do przyjemności. Przynajmniej na razie. Okolice większych miast to walka o życie. Nie ma reguł. Nie ma miękkiej gry. Wszystkie chwyty dozwolone.

Najlepsze są "autostrady" - nie ma żadnych przejść, rozjazdów. Jak trzeba to są ronda. A ludzie łażą przez barierki, żeby dostać się na drugą stronę drogi. Nawierzchnia też często pozostawia wiele do życzenia. A najgorzej jak trzeba zaliczyć jakiś objazd - wtedy utyka się w wielkim korku między tirami kluczącymi po dziurawej drodze i tkwi tak przez kilka kilometrów. Chyba, że się podejmie ryzykowną decyzję o slalomie między ciężarówkami, dziurami i wszystkim innym co nagle pojawia się na drodze, jak choćby sprzedawcy wypchanych zwierząt futerkowych...

Niestety Afryka dalej niedomaga. Na kolejnej stacji Wojtek decyduje się o odpięciu pompy i powrotu do "bypassu". A to oznacza tankowanie co 150 km. Albo częściej.

Dojeżdżamy do Wlory, gdzie wyczajam kolejny serwis. Zjeżdżamy do niego. Większość komunikacji odbywa się przez translatora. Pompy nie mają, ale mogą spróbować załatwić na jutro. Pojawia się za to inna koncepcja - świece. Więc mamy kolejny serwis i kilka godzin z głowy. Mechanik ma jeszcze pomysł - przeszczep pompy - spróbować za pomocą dwóch posiadanych przez nas pomp i jakiejś jednej sprawnej od skutera wyrzeźbić coś, co będzie działało i pasowało do Królowej. Niestety się to nie udaje, ale brawo za kreatywne podejście.



Dalej już nie podejdziemy, więc trzeba znaleźć jakiś nocleg. Podłączam się do wifi knajpy obok warsztatu i znajduję nocleg w willi w slumsach :) Zobaczymy, powinno być ciekawie. Blisko plaży, blisko centrum, bezpieczne miejsce dla motków i koleżka mówiący po angielsku...

Świece ogarnięte (25 Euro), w sprawie pompy mamy dzwonić jutro o 10:00, więc nic tu więcej po nas. Udajemy się na kwaterkę. Rzeczywiście dookoła jest mocno "albańsko" ale z drugiej strony widać, że okolica się rewitalizuje - powstają luksusowe apartamentowce, chodniki, asfalt na drodze i ścieżki rowerowe.





Wjeżdżamy na teren willi, dostajemy sympatyczny pokoik, możemy się odświeżyć i iść coś zjeść. Znajdujemy knajpkę z lokalną kuchnią. Jedzenie jest smaczne, ale ciut za słone jak dla mnie.



Postanawiamy znaleźć sklep, żeby kupić sobie jakiś prowiant na śniadanie i może jakieś piwo czy wino na wieczór. Sklep jest, ale nie przyjmuje kart, a my już nie mamy lokalnej gotówki. Jest więc misja bankomat. Albo inny sklep, gdzie zapłacimy kartą. Udaje się znaleźć to drugie. Kupujemy różne serki, oliwki, wino i piwo. I Oshee Lewandowski Edition. :)

Wracamy na kwaterę, uważając , żeby nie wpaść do żadnej otwartej studzienki kanalizacyjnej. Mamy plan, że posiedzimy przy winku na tarasie, w międzyczasie wietrząc pokój zostawiając otwarte drzwi. Niestety nie przewidzieliśmy jednego - komarów. Skutecznie i szybko wyganiają nas z tarasu. Pozostaje więc winko w pokoju. Na szczęście w oknach są siatki przeciw owadom. Niestety podczas wietrzenia, sporo z nich wleciało nam do pokoju, więc Wojtkowi noc upływa na walce z komarami. Ja śpię, bo raczej zostawiają mnie w spokoju. Zresztą - wszystko okaże się rano.


Przejechane: 233 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-06-25, 19:38   

Grecja 2018 - Dzień 4 - Afera za "ojro pisiont"
29 maja 2018 - wtorek

Gdy rano otwieram oczy, Wojtek już się krząta. Tzn. dobija ostatnie komary, które w nocy go strasznie pożarły. Ja mam kilka śladów, ale raczej nie po komarach - prędzej po jakichś upierdliwych meszkach. Na WhatsAppie czeka na mnie wiadomość od naszego gospodarza "zamknijcie drzwi i użyjcie siatek przeciw owadom - jest tu sporo paskudnych komarów". No... Rychło w czas... ;)

Mamy czas do 10, bo wtedy mamy zadzwonić do serwisu w sprawie pompy, więc zanim zrobi się masakrycznie ciepło idziemy na plażę, bo wczoraj odpadł nam ten punkt programu.

Plaża jest szeroka i w sumie ładna... tzn byłaby... gdyby nie syf i śmieci, którymi tu się nikt nie przejmuje. Na plażę można wjechać samochodem, czy wozem konnym. Średnia wieku plażowiczów to dobre 65+. W sumie, co maja innego do roboty? Woda w morzu jest ciepła i nawet czysta, ale jakoś żadne z nas nie ma ochoty na kąpiel.

Niesamowite są te kontrasty. Syf i luksus. Bunkry i penthousy. Slumsy i luksusowe alejki. Nie wiem co o tym wszystkim myślę. Ale mam nadzieję, że Albania dorośnie kiedyś do trzymania porządku... Bo pięknie tu, tak poza tym...



















Wracamy do kwaterki. Mijamy warzywniak i jak widzę tutejsze pomidory, to mi cieknie ślina. Mamy jakieś ostatnie grosze, ale nie mamy pojęcia ile taki pomidor może kosztować, bo żadnych cen nigdzie nie widać. Wybieramy pomidora i z garści miedziaków pan sprzedawca wybiera sobie jakieś ułamki groszy. Uuuu, bogaci jesteśmy. To jeszcze banany dla Nomada. Te są ciut droższe, ale nie bankrutujemy.





Na kwaterce jemy śniadanie z tego co kupiliśmy wczoraj wieczorem, włączając w to piwo Tirana, które ze szkła jeszcze jakoś smakuje, ale z plastiku, który wczoraj zanabyliśmy, jest absolutnie niepijalne. Kilka łyków... nie, trzeba to wylać.



O 10 prosimy naszego gospodarza, żeby zadzwonił do sklepu. W sumie jest tak jak myślałam, że będzie - z pompy nici, a my ze 2h do tyłu... Pakujemy się więc i ruszamy w kierunku Grecji.



Przed nami droga SH8. I mniej uczęszczany region, więc jedzie się bardzo dobrze. Droga wije się na skałach nad wodą, bardzo malowniczo. Dookoła pięknie pachną wszelakie zioła, a lokalne babcie suszą je i sprzedają w pęczkach przejeżdżającym















Problem jest tylko taki, że dzisiaj Królową trzeba karmić częściej - co 50-70 km. Ostatnie tankowanie w Albanii wypada nam na stacji, na której nie przyjmują kart. Nie mamy już lokalnej waluty, więc poświęcamy banknot 50 euro. Resztę dostajemy w albańskich lekach.

Próbujemy jeszcze stanąć na jakąś przerwę na lunch i dojeść resztki ze śniadania, ale nigdzie nie ma cienia. W końcu udaje się stanąć, nawet nie na poboczu drogi, ale na prostym jej odcinku, gdzie było w miarę bezpiecznie. Jeszcze kilkadziesiąt km i jesteśmy w Grecji.

Gdy dojeżdżamy do granicy zaczyna się załamywać pogoda i pojawia się deszcz. Wygląda na przelotny, ale kto to wie, dookoła są góry... Przejeżdżamy przez jedne, drugie okienko. W trzecim nikogo nie ma, więc ruszam z kopyta i słyszę trąbienie. A jednak był tam celnik grecki, tylko spał. Muszę się cofnąć.

Pogoda psuje się coraz bardziej, a asfalt robi się niemiłosiernie śliski. Stajemy na pierwszej stacji benzynowej. Można wypić jakąś kawę, przetrącić coś słodkiego, uzupełnić notatki i przeczekać deszcz.

W końcu rozpogadza się na tyle, że ruszamy. W okolicach Ioaniny, gdzie wczoraj mieliśmy nocować, stajemy tylko na kolejne tankowanie. Mamy przed sobą jeszcze kawałek zaplanowanej drogi, więc wybieramy opcję jazdy po autostradzie. Jedziemy dość spokojnie i leniwie, bo Afryka co chwilę przygasa. Stajemy wtedy na poboczu, ja mrugając awaryjnymi, i czekamy, aż Królowa powstanie i zechce jechać dalej. Wojtek jest mocno sfrustrowany całą sytuacją. Nie tak to miało być. Na autostradzie pojawiają się bramki, za które płacę jakimiś eurocentami. Jedziemy dalej. Królowa zawiesza się coraz częściej. Możemy zjechać najbliższym zjazdem i jechać drogami lokalnymi, albo pociągnąć jeszcze 7 km autostradą i zjechać wtedy. Stawiamy na autostradę. Pech chce, że są kolejne bramki. I opłata 1,50 E od motka. Podaję kartę - nie przyjmują. No to problem. Bo mam tylko 2,50 E w gotówce, więc brakuje 50 centów. Wojtek przejeżdża i zatrzymuje się na pasie awaryjnym za bramkami. Pani w okienku wykonuje kilka telefonów, żąda ode mnie paszportu i dowodu rejestracyjnego, po czym każe przejechać za szlaban i poczekać na poboczu. Co za jazda. Stoimy więc i czekamy dobry kwadrans. W międzyczasie Wojtek kołuje od chorwackiego kierowcy ciężarówki, również stojącego na tym pasie, eurasa, żebym mogła zapłacić. W końcu lezie jakiś gość w odblaskowej kamizelce ze stertą papierów. Daję mu 1,5 E a on mówi, że tak nie można, bo on już tu wypisał kwity za opłatę podstawową i karę i manipulacyjna i nie wiadomo co jeszcze i kto mu teraz zapłaci za to wszystko. W końcu udaje się go przekonać, żeby wypisał tylko kwit na opłatę za bramki, bo właśnie ją uiszczam. Gość się wkurza, ale skreśla to co wypisał i wypisuje kolejny dokument. Ale nie mogę uiścić tak o, tutaj. Muszę iść do biura, co oznacza przejście przez obie nitki autostrady, pomiędzy samochodami odjeżdżającymi z punktu poboru opłat z jednej i dojeżdżającymi do niego z drugiej. Ciekawe czy dostanę drugi kwit za łażenie pieszo po autostradzie? Przeskoczywszy kilka barierek jestem w biurze, tzn. w baraku. Muszę wspiąć się po kilku schodkach do okienka dla petentów i poczekać aż pan do mnie podejdzie. Trwa to ze dwie minuty. Potem dostaję jedną część kwitu i paragon, potwierdzający, ze zapłaciłam... Kierowcy TIRa chcemy zwrócić 50 centów reszty, ale nie chce przyjąć i życzy nam powodzenia. Z autostrady zjeżdżamy najbliższym zjazdem i kierujemy się do Kastraki. Jutro mamy w planie Meteory! Co ciekawe Afryka odżywa i ostatnie winkle pokonujemy naprawdę sprawnie.



Nocleg mamy w śmiesznym pensjonacie Zozaz, urządzonym jak graciarnia, tzn. widać, że właściciele kolekcjonują wszystko co się da od kilku pokoleń. Ale jest klimatycznie, a motki mają duży parking.

Idziemy coś zjeść. Wojtek chce zacząć od piwa, więc proponuję największego sikacza jakim jest Mythos. Jeszcze nie wie co go czeka... Zamawiamy też różne greckie przystawki i dania i wszystko pochłaniamy w malowniczej scenerii.











Potem jeszcze robimy sobie spacerek "na miasto" Jest niewielkie, ale urocze. A w dodatku księżyc pięknie wyłania się zza skał. Akurat nie mam ze sobą mojego aparatu, jedynie komórkę. Jest więc akcja - Wojtek biegnie do pokoju po aparat i przywozi go motkiem. Cykam zdjęcia, choć nie wychodzą tak jakbym chciała. W dodatku aparat zgłasza błąd obiektywu... rzeczywiście coś się tam chyba pourywało, bo grzechocze i niezbyt dobrze ostrzy.

















Wojtek proponuje, żebym do kwaterki wróciła na plecak. Odmawiam. Jest to rzecz, której się panicznie boję. Po prostu nie potrafię się przełamać do jazdy jako pasażer. Niestety Wojtek nie potrafi tego zrozumieć, więc wieczór kończy się dosyć kwaśno. Ech. Może jutro będzie lepiej...


Przejechane: 324 km




Informacje praktyczne:
- autostrady w Grecji są płatne, na bramkach. Ceny za motocykl są niższe niż za samochody, ale i tak wysokie.
- cena paliwa w Grecji jest wysoka - ok. 1,7 Euro za litr
- ZAWSZE warto mieć zapas lokalnej waluty...
- opłatę za autostradę przy "niemaniu" gotówki można uiścić w dowolny, innym punkcie poboru opłat na autostradzie, gdzie jest "biuro obsługi klienta". Oczywiście tylko gotówką. Nie wiem jakie są konsekwencje niezapłacenia, czy ktoś i w jakiś sposób to sprawdza...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-08-02, 17:07   

Grecja 2018 - Dzień 5 - Meteory jadły z ręki
30 maja 2018 - środa


Śniadanie u Greka jest bardzo obfite. Większość rzeczy jest co prawda popakowana w osobne folijki, ale sporo jest też świeżych rzeczy w ogromnym wyborze. Po śniadaniu Wojtek montuje pompę paliwa, tę z Albanii. Wydaje się że jest OK, ale zweryfikujemy to później. Pakujemy się i ruszamy w "góry", ale najpierw zahaczamy o centrum miasta, gdzie wypłacam z bankomatu kasę i bezczelnie zawracam na ciągłej linii w obecności policjanta. Jedziemy zwiedzać Meteory. Do klasztorów prowadzą niezliczone ciasne zakręty. Sceneria jest naprawdę obłędna.

W Meteorach zawsze jest tak, że nie wszystkie klasztory są otwarte - któryś jest zawsze zamknięty w zależności od dnia tygodnia. Jesteśmy jeszcze przed sezonem więc w sumie nie ma tłumów, choć i tak jest dość gęsto. Ludzie przyjeżdżają autokarami... W dodatku jest bardzo gorąco i ćwiczę nawet jazdę bez rękawiczek, co jest wyjątkowo ekstrawaganckie w moim przypadku.











































Zwiedzanie klasztorów przez kobietę jest możliwe tylko wtedy, kiedy ma na sobie spódnicę. Nie jest ważne to, że ma np. długie spodnie - musi być spódnica i już.















Dokładnie zwiedzamy jeden z klasztorów, a kolejne kilka oglądamy jedynie z zewnątrz. Jest pięknie, ale żadne z nas nie jest fanem zwiedzania na tyle, żeby zwiedzić je wszystkie.



























































Ruszamy w dalszą drogę. Niestety pompa Afryki wciąż przerywa więc tankujemy i znowu jest lepiej. Przez chwilę...

Zjeżdżamy na boczne drogi i zaczynamy zwiedzanie innych punktów na naszej trasie, na przykład kamiennych mostów.











Potem zjeżdżamy w jeszcze mniej uczęszczane drogi . Jest uroczo i naprawdę całkowicie pusto. W pewnym momencie Wojtek pyta mnie, czy mówiłam komuś, że tu będziemy.  Ja na to, że nie. A on: "to jak się dowiedzieli? Mam wrażenie że droga jest zamknięta na nasze potrzeby". A może to dlatego, że jest oblodzona? ;)







Za jednym z zakrętów trafiamy na lokalną restaurację, gdzie zatrzymujemy się na lunch. Wokół kręci się mnóstwo kotów domagających się jedzenia i głaskania - w końcu jesteśmy w Grecji.











Po lunchu mamy siłę, żeby jechać dalej ale Królowa coś ciągle marudzi. Odkrywamy też jeszcze jedną przypadłość Afryki - działa dobrze, dopóki się nie zatrzyma i wyłączy. Jedziemy drogą nad wybrzeżem, a winkle, przynajmniej u mnie, wchodzą jak nigdy. Widoki są spektakularne, choć wciąż dziwi mnie kuter na poboczu...

[img]https://2.bp.blogspot.com/-3P2nigKn2Pg/W2MjNawUaEI/AAAAAAAB7AI/b-rz-IQ1YYEiyxnrVIfJ7N15Z550tan_ACKgBGAs/s720/20180530_161120.jpg" width[img]180" /></a>







Jest już późne popołudnie i dojeżdżamy do Mytikos.



Szukamy noclegu, ale jest przed sezonem więc jest to dość trudne. W końcu pytamy o nocleg w jednej z knajp i natychmiast pojawia się opcja wynajęcia pokoju w supernowych apartamentach, ale niestety za 40 €. Próby negocjacji są nieskuteczne, więc zaciskamy zęby, akceptujemy kwotę i idziemy na piwo.















Jest to nieduże ale sympatyczny rybackie miasteczko, siedzimy więc w knajpie nad wodą pomimo dość dużego wiatru. Potem idziemy coś zjeść. Konkretnie jakąś rybę. Trafiamy do restauracji, która jednocześnie jest sklepem rybnym, przynajmniej w sezonie, bo teraz blaty i półki świecą pustkami. Reklamuje się tablicą z narysowanym kredą symbolem ryby. Prosimy panią o "good fish" i po jakimś czasie dostajemy co zamówiliśmy - naprawdę sporo ryb różnego rodzaju, do tego sałatka wino i jest super . Dookoła jak zwykle kręcą się koty, które żebrzą o jedzenie. Jeden z nich jest naprawdę młody, może kilkutygodniowy, chudy jak patyk i w dodatku bez oka, za to łapczywie rzuca się na rybie głowy, które wrzucamy pod stół robiąc jednocześnie tłuste plamy na chodniku. Po tak obfitej kolacji możemy się turlać w kierunku kwaterki, ale na odchodne Wojtek zamawia jeszcze ouzo. Dostaje je w szklance i to tak do połowy pełnej, ale dzielnie wypija, choć nieco się krzywi. Za tego drinka nie musimy nic dopłacać, za to kupujemy jeszcze od pani świeżo przyrządzoną odmianę musaki (taką nieco lżejszą) - będzie jak znalazł na śniadanie.













Wieczór kończymy butelką serbskiego wina planując kolejny dzień w trasie. Niestety pomimo tego że jest to miejscowość nadmorska i mocno wieje, to komary nie pozwalają posiedzieć na tarasie z widokiem na morze...








Przejechane: 301 km




Informacje praktyczne:
- klasztory w Meteorach można zwiedzać, ale każdego dnia któryś jest zamknięty, więc jeśli mamy w planach wizytę w jakimś konkretnym, warto sprawdzić, kiedy będzie otwarty.


Macna:
Przyznaję - w pełnym greckim słońcu w ciemnych ciuchach jest ciepło. Bez nich w sumie też jest ciepło, więc, chyba nie ma tu ideału :)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-08-13, 18:01   

Grecja 2018 - Dzień 6 - Gaje oliwne
31 maja 208 - czwartek


Zaspaliśmy!!! Więc znowu będzie wyjazd później niż zakładał to plan uknuty wczorajszego wieczora. Na śniadanie mamy "wczorajszą kolację:, więc nie zajmuje nam ono zbyt długo. W międzyczasie chłoniemy lokalny folklor małego rybackiego miasteczka. Szczególnie urzeka nas handel obwoźny - powoli jadący samochód, megafon i powtarzana bądź odtwarzana "z płyty" sekwencja marketingowa. Przejeżdża tak m.in wóz z cebulą i kolejny z kurczakami. Żywymi. Świeżość przede wszystkim.











Podróż zaczynamy od wizyty na stacji benzynowej. Niestety Królowa dalej marudzi, więc zapowiada się kolejny dzień z wieloma przerwami. Ale znowu po ładnej widokowej drodze, nad morzem.

W planie nie mamy dzisiaj żadnego zwiedzania, poza miejscem docelowym, więc po prostu przemieszczamy się po bardziej niż mniej lokalnych drogach. Jest ciepło, a jazda czasami trochę się nudzi, zwłaszcza, jak się utknie za jakimś pojazdem, który jedzie tak, ze ciężko go wyprzedzić. Po jednej z prób przestrzelam nagle pojawiający się zakręt w prawo, więc potem raczej trzymam się już za zawalidrogami. A gnać nie możemy, bo... Afryka...





W Patras nawigacja koniecznie chce nas wrzucić na płatny odcinek drogi. I nie ma opcji. Kluczymy, ale zawsze lądujemy w tym samym punkcie. Na szczęście mamy gotówkę, a opłata dotyczy wjazdu na wieeelki most wantowy, Rio-Andirio (prawie 3 km długości). Warto było, zwłaszcza, że cena dla motocykli okazała się wyjątkowo uczciwa, w porównaniu z innymi kategoriami pojazdów.

W upale przemierzamy kolejne kilometry. Mimo, że jesteśmy nad morzem, to jest bardzo sucho. Za Pylos wjeżdżamy w wąskie drogi biegnące przez oliwne gaje. Olivier idealnie tam pasuje.





Dojeżdżamy do celu naszej dzisiejszej podróży - Methoni. Podjeżdżam pod twierdzę i oznajmiam Wojtkowi, że będziemy to zwiedzać, choć pewnie nie dzisiaj. Znajdujemy camping i zaczynamy od rzeczy najważniejszych - zanabycia zimnego piwa, zapoznania się z lokalnymi kotami i rozłożenia biwaku. Tym generalnie zajmuję się ja. Wojtek podejmuje kolejną próbę zdiagnozowania co może dolegać jego motocyklowi. Królowa ma sprawdzone wszystkie bezpieczniki i wymieniony filtr paliwa. Jutro zobaczymy, czy to coś dało. Potem jest sprawa kolejna - prysznice. W moim jest tylko zimna woda, ale nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie. U Wojtka podobno była ciepła...









Czas na zwiedzenie okolicy i kolację, więc ruszamy w stronę centrum miasteczka. Fort jest imponujący, i, tak jak myślałam, już zamknięty do zwiedzania. Wrócimy tu rano. Ale z zewnątrz naprawdę jest na co popatrzeć.



































Potem idziemy w labirynt uliczek miasteczka, próbując wybrać knajpkę, gdzie zjemy kolację, ale jakoś żadna nie przypada nam do gustu.



















W końcu siadamy w "jakiejkolwiek" i choć menu nie wygląda obiecująco i prawie wychodzimy, to jednak lenistwo bierze górę i zostajemy... A kolacja okazuje się solidną ucztą.







Wracamy na camping i idziemy spać, bo jutro jest "ten dzień" dla wyjazdu. Przynajmniej dla mnie...






Przejechane: 354 km




Informacje praktyczne:
- przejazd mostem Rio-Andirio jest płatny – motocykle: 1.90 Euro, a samochody ponad 13 (!!!)
- zamek w Methoni jest otwarty do zwiedzania codziennie od 8 do 20, z wyjątkiem poniedziałków. Wejście kosztuje 2 Euro, 1 Euro dla seniorów i za free dla studentów z UE.

Macna:
Moje moto-ciuchy dostały aprobatę lokalnych kotów campingowych. To chyba istotna rekomendacja :)





_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-08-15, 15:43   

Grecja 2018 - Dzień 7 - Kalamata w Kalamacie
01 czerwca 2018 - piątek


Dzień dziecka. Będzie dobrze. Po śniadaniu z kempingowej knajpy wsiadamy na motki i na lekko jedziemy kilkaset metrów do zamku, żeby pozwiedzać. Parkujemy motki mniej więcej tam, gdzie wczoraj podjechaliśmy na rekonesans i zaczynamy obchód. ładną fotkę bramy psuje metalowe skrzydło z tabliczką z informacjami o godzinach otwarcia i cenie, więc otwieram je tak, aby, w miarę możliwości schowało się za murem. Od razu lepiej. W środku w budce siedzi pan sprzedający bilety, nudna robota, zwłaszcza w upale. Po wewnętrznej stronie murów jest olbrzymi teren, nie spodziewałam się, że aż tak rozległy. Obejście wszystkiego zajmie nam "chwilę". Umilamy sobie wędrówkę rozważaniami na temat możliwości konstrukcyjnych i matematycznych ludzi sprzed kilkuset czy kilku tysięcy lat.























Najładniejszą częścią jest ośmioboczna niewielka forteca na samym końcu cypla, służąca kiedyś za pierwszą linię obrony, latarnię morską, schron czy więzienie. Mam jakieś dziwne skojarzenie z filmem "Shutter Island"...





































Jest ciepło, ale dzielnie przemierzamy całość terenu, znajdując nawet piramidę ;)

















Czas jednak wracać, bo dzisiaj jest dzień, w którym chcę zrealizować cel tego wyjazdu. Okazuje się, ze ktoś przestawił motek Nomada, widocznie jakoś zawadzał w przejeździe... Zwijamy obozowisko i ruszamy w stronę Kalamaty.




c

Olivier podpatrzył od Afryki, że można marudzić, więc ociąga się przy starcie, ale w końcu odpala. Afryka jednak bardziej niedomaga. Wbijamy więc w nawigację adres jakiegoś serwisu motocyklowego w Kalamacie i jedziemy. Przejeżdżając przez jedną z wiosek trafiamy na serwis motocyklowo-skuterowy. Łamaną angielszczyzną właściciel obstawia pompę paliwa i poleca serwis w Kalamacie - z grubsza pokazuje nam na Google Maps i mówi, że będzie po prawej stronie, z napisem Suzuki i Kawasaki. OK, co prawda to Honda, ale może Japończyk to Japończyk, więc jedziemy.

Na przedmieściach zwiększam uwagę i po jakimś czasie lokalizuję wskazane nam miejsce. Co prawda to bardziej salon niż serwis, ale wchodzimy. Ci jednak odsyłają nas do Hondy, podając adres gdzieś bliżej centrum. Jedziemy tam, ale wszystko zamknięte jest na 4 spusty. Ja dostaję "lekkiego wkurzenia", że musimy ogarniać akcje serwisowe i spinam się z Wojtkiem na ten temat. Obok jest sklep z częściami motocyklowymi marek wszelakich i serwis. Więc idę też tam zapytać o pompę do Afryki. Niestety właściciel mówi tylko po grecku, ale udaje się w końcu poprosić jednego mechanika "na stronę" i pokazać mu o co chodzi, żeby dogadał się w naszym imieniu w sklepie. Z pomocą przychodzi też Kanadyjczyk, który tu się ożenił i zamieszkał, a który właśnie kupuje ze swoją córka jakieś akcesoria skuterkowe. W końcu okazuje się, że jest "oryginalna chińska" pompa do motocykla Nomada, za jedyne 30 euro. Bierzemy. Montujemy na chodniku przed sklepem... ale okazuje się, że przecieka... Ponownie bierzemy mechanika "na stronę", żeby wytłumaczył w czym problem. Grek za ladą otwiera swój wiekowy zeszyt, sprawdza jakiś numer, gdzieś dzwoni i po kwadransie mamy kolejną pompę. Tę przeciekającą oddajemy do sklepu - reklamacja uznana, za tę ostatnią i jak się okazuje sprawną już nic nie dopłacamy. Ja jeszcze kupuję mały prostownik, bo trzeba podładować aku Oliviera. Ciekawe jak bardzo dały mu w kość wszelkie postoje, gdzie asekurował nas na poboczu mrugając światłami awaryjnymi



W sumie wyrobiliśmy się w samą porę, bo sklep i serwis się zamykają, w końcu jest już piętnasta... Otwarte są tylko kafejki, w których siedzą sami faceci, ale z braku innych możliwości i tak udaję cię do jednej celem skorzystania z toalety. Zbieramy narzędzia z chodnika i ruszamy. W końcu jestem w Kalamacie i muszę to uczcić. Zajeżdżamy nad morze, na deptak, ale nie ma tam absolutnie żadnego fajnego miejsca na zrobienie pamiątkowej fotki. Cykam więc cokolwiek na tle morza.



Przejeżdżaliśmy chwilę temu przez fajne miejsce do zrobienia fotki. jedyny minus - to ruchliwe skrzyżowanie. Ale z drugiej strony - to Grecja, więc postanawiam tam wrócić. Odpowiednio się ustawiam i - jest. Kalamata w Kalamacie. Może kadr nie do końca taki jak chciałam, ale co tam. Jest! Mam to!









W sumie zwiedzać miasta nie mamy najmniejszej ochoty, więc jedziemy. Jest jeszcze jeden plan do zrealizowania. Jedziemy drogą nr 82 z milionem zakrętów. Na jednym z nich robimy przerwę na popas. Zresztą nie tylko my - jest też grupa ok. dziesięciu niemieckich motocyklistów.




















I w końcu. SPARTA!!! Pierwsze miejsce do którego zjeżdżam, czyli najstarsza część miasta, jest zamknięta żelazną bramą. Trzeba się wycofać. W sumie rzeczywiście jakieś lokalne dzieci coś tam krzyczały i pokazywały, że nie ten teges... Wtedy nawigacja całkowicie głupieje i musze polegać na tym co zapamiętałam z mapy. Nie jest źle, Trafiamy pod pomnik Leonidasa. Korzystając z podjazdu dla wózków wbijamy tuz pod sam pomnik. Nie może nas tu być, ale dowiadujemy się, że w razie czego "police no problem". Yeah! This is Sparta!!! Kilka fotek i spadamy.

















Jesteśmy na sporym niedoczasie, więc po raz kolejny wybieramy opcję autostradową, żeby dojechać tam, gdzie w planach jest nocleg. Ścigamy się z deszczem, gdzieś za Trypolis nawet jedziemy po mokrym asfalcie, ale wody z góry nie ma.

Dojeżdżamy na przedmieścia Myken, na camping Arteus. Dzisiaj obozowisko rozstawia Wojtek, a ja pod wiatą z dostępem do prądu buduję centrum sterowania wszechświatem i ładuję wszystko, co się da.



Zauważam, że chyba w coś wjechałam, bo muchy robią sobie na jednej z osłon goleni Oliviera niezłą ucztę. Za to my jemy kolację "na pół", bo jesteśmy jakoś przejedzeni.




Przejechane: 271 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-08-20, 18:27   

Grecja 2018 - Dzień 8 - Przez Termopile do Wenezueli
02 czerwca 2018 - sobota

Śniadanie jemy w wersji mini i w dodatku na słodko - tak jakoś wyszło, innej opcji nie ma. Jedziemy na lekko zwiedzać starożytne Mykeny. Parkujemy pod drzewkiem blisko kas i ruszamy podziwiać kupki kamieni. Mykeny podobno założył Perseusz, a jednym z władców był Agamemnon (ten, który zdobył Troję); a Leonidas mógł liczyć na 80 żołnierzy, którzy przybyli na pomoc Spartanom pod Termopile

Do miasta wchodzi się przez Lwią Bramę. Niesamowite wrażenie robią wielkie bloki skalne, ciasno, idealnie dopasowane i ułożone w mur... dla mnie niesamowite - jak ci, który to budowali byli w stanie to zrobić? Bez technologii, jaką dysponujemy dzisiaj? Niesamowite. Nomad chodzi jak zahipnotyzowany, słychać kręcące się w jego głowie trybiki, rozkminiające jak to możliwe. Ale ja wiem - mury zbudowali Cyklopi :)







Ruiny wskazują na to, że było do olbrzymi ośrodek. Zwiedzamy korytarze, bramy, miejsca, gdzie były kluczowe dla miasta budynki. Nawet schodzimy pod ziemię, do miejsca, gdzie była kiedyś cysterna magazynująca wodę. Wojtek znowu myśli - ktoś to musiał ogarniać, dostarczać wodę, żywność, dookoła tylko skały i sucho -jak i co i w ogóle?















































Na sam koniec zwiedzamy grobowce, leżące poza murami miasta, ale robiące ogromne wrażenie. Wysokie, częściowo podziemne budowle, z wielkimi blokami skalnymi wyniesionymi gdzieś na gorę, zbudowane z matematyczną precyzją.





















Robi się coraz upalniej, czuję, że przysmażyło mi ramiona, więc wracamy na camping i zbieramy się w dalszą drogę. Podczas pakowania "ustrzelam" dudka, który przyleciał w odwiedziny - szkoda tylko, że odleciał, zanim zrobiłam lepszą fotkę moim zepsutym aparatem z superzoomem ;) W tym samym czasie u Wojtka następuje wyciek oleju w kufrze centralnym i trzeba posprzątać cały ten tłusty bałagan. Niestety zalane są jego niektóre ciuchy funkcyjne :(



Gdy już uda nam się wyjechać, upał daje się niemiłosiernie we znaki, droga się dłuży, a kilometrów nie ubywa. Nie ma to tamto, zarządzam kąpiel w morzu, dla ochłody i dla przerwy.



















Na lunch zatrzymujemy się w starej knajpie, takiej klasycznej, z poprzedniej epoki, prowadzonej przez starsze małżeństwo. Jesteśmy tuż przy ulicy, w dodatku z zakrętem i na wzniesieniu i obserwujemy jak lokalesi z fantazją wchodzą w te zakręty z piskiem opon, driftując i generalnie łapiemy się za głowy, jak tu czasami jeżdżą.

Obieramy kierunek na Termopile. Tam znajdujemy pomnik Pamięci Leonidasa i 300 Spartan oczywiście obowiązkowo robimy fotki.











Jednak po drodze, 400 metrów wcześniej zauważyłam inne interesujące miejsce. I tam jedziemy teraz. Gorące źródła! Powietrze ma ze 35 stopni,a&nbsp; woda ponad 40. W dodatku wali zgniłymi jajami, aż robi się niedobrze. Ale dzisiaj jest sobota, a sobota to kąpiel, czy trzeba czy nie trzeba, więc... dajemy do wody. Kamienie są śliskie, woda na początku parzy, a smród wykręca nos, ale po chwili można się do wszystkiego przyzwyczaić :)



















Okolica nie jest jakoś wybitnie urokliwa ani turystyczna, więc i zaplecze kempingowe mizerne. Znajdujemy jednak kemping Wenezuela - trochę nie po drodze (w okolicy Molos), ale nazwa kusi nas na tyle, że tam jedziemy. W sumie - spoko. Pusto. Czysto. Ale widać, że przed sezonem, więc nie ma żadnej knajpy "na obiekcie". Za to są chmary komarów. Zjedzą nas przez noc i wyplują kosteczki. Założę się.





Na kolację mamy liofilizaty, bo najbliższa i jedyna knajpa w okolicy nie przyjmuje kart, a my jakoś znowu nie mamy gotówki w ilości wystarczającej na wyżerkę z napitkiem dla dwojga.

Wieczór upływa na rozmyślaniu nad dalszą trasą bo pierwotnie zarysowany plan na pewno nie wypali.


Przejechane: 301 km




Informacje praktyczne:
- bilet wstępu na teren Myken kosztuje 12 Euro
- gorące śmierdzące źródła są darmowe :)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-08-25, 14:01   

Grecja 2018 - Dzień 9 - Mini zlot pod Olimpem
03 czerwca 2018 - niedziela


Otwieram oczy i widzę te komary czyhające po drugiej stronie sypialni namiotu. Tylko czekają, żeby mogły wlecieć i wyssać krew z człowieka. Akcja jest więc szybka - wyłażę z namiotu, zanim te się zorientują. Wysyłam Wojtka do miasteczka, po kasę, a ja w tym czasie podłączam Oliviera do prądu - aku musi się naładować, bo marudzi. Nomad wraca po dłuższej chwili, z kasą i jakimś drobnym śniadaniem. Mówi, że przejeżdżając niedzielnym rankiem przez małe, puste miasteczko, czuł się jak na jakimś westernie: lokalesi siedzą na werandach knajp, popijają kawę, nic się nie dzieje, ulicą wiatr przetacza okrągłe krzaki; wtedy pojawia się on - nietutejszy, przejeżdża środkiem centralnej ulicy, rozglądając się na prawo i lewo (w poszukiwaniu bankomatu), czując na sobie każde spojrzenie każdego mieszkańca... Obcy na ich terenie ;)

Sprawdzam moto - odpala, więc pakujemy się i przygotowujemy do wyjazdu. Wtedy moto już nie chce odpalić... Kręcę, kręcę, czuję, że prądu jest coraz mniej. W końcu wyskakuje błąd EWS... mam nadzieję, ze to tylko z powodu braku prądu, a nie z powodu awarii anteny immobilisera. Podłączam więc Oliviera do prądu na nowo. Mamy pewnie jakąś godzinę, zanim się podładuje. Wykorzystujemy czas na gry i zabawy z campingowym psiakiem, który wreszcie ma się z kim bawić i jest z tego powodu przeszczęśliwy.



W końcu Olivier odpala i jedziemy. Z uwagi na wieczny niedoczas, wybieramy po raz kolejny autostradę. Jazda jest jednak nudna jak flaki z olejem, więc zarządzamy przerwę na kawę i lody na jakimś MOPie. Gdy zbieramy się do odjazdu przyjeżdża trzech gości na wypasionych KTMach. No to Olivier musi odpalić, żeby wstydu nie było... Uff, udaje się za trzecim razem. Z powrotem lądujemy na autostradzie. tym razem miejscami pojawiają się jakieś rozrywki, jak na przykład wysypana na jeden z pasów... cebula.

Po lewej jest Olimp, zasnuty chmurami. Szkoda. W sumie nie zaplanowałam podjazdu pod tę górę, więc kiedyś jeszcze trzeba będzie tu przyjechać.



Na wysokości Katerini zjeżdżam z autostrady w kierunku Paralia Katerinis. Do samego momentu zjazdu wahałam się. czy tu skręcić, czy pocisnąć dalej i zatrzymać się dopiero w Salonikach. Ale jednak stanęło na tej miejscówce. Po pierwsze ponieważ jakoś jazda nie wchodziła, a po drugie mieszka tu Andreas - znajomy z forum f650gs.pl. Zrobimy mały zlocik :)

W okolicy są dwa campingi. Jedziemy na Odysseię. Po szybkim obchodzie rezygnujemy - jest tłum, fun factory, a jedyne miejsce, w którym moglibyśmy się rozbić jest tuż przy barze. Nie, nie, nie. Wracamy więc na południe, na camping Kristi. I jest super - nieduży, oprócz nas tylko camper z Niemcami z dwójką dzieci. Przyjemnie, czysto, cicho, idealnie.













Rozbijamy obozowisko i Wojtek jedzie "do miasta" na zakupy - przywozi wino i oliwki. I gyrosa, do szybkiego "opierniczenia na ciepło". Pojawia się Andreas i idziemy na plażę pogadać przy winie. Grecja ton cywilizowany kraj, więc można się delektować dobrym czerwonym w miejscu publicznym. Oliwki za to są paskudne. Andreas obiecuje nam, że da nam dobre. Generalnie znajdujemy zależność - tam gdzie są koty, są lepsze oliwki. Tam, gdzie jest przewaga psów, jakby się pogarsza ;) Sprawdzamy też czy woda jest mokra i słona, a potem umawiamy się z Andreasem na wieczorne wyjście na coś do żarcia w "mieście".















Oczywiście droga z kempingu do miasteczka jest dłuższa niż nam się wydawało, więc przychodzimy spóźnieni. Andreas ma dla nas dobre oliwki, w niedużej reklamówce, która jest chyba świeżo wydrukowana w Chinach i schodzi z niej farba, którą Andreas zmywa z rąk w fontannie przed kościołem. Paralia jest miejscem wyjątkowo turystycznym - deptak, sklepiki, pamiątki, atrakcje. Od Wojtka dostaję kapelusz (ciekawe jak go będę wiozła na moto, żeby się nie zepsuł).









Andreas prowadzi nas na najlepszego gyrosa w mieście. Do tego piwko i jest pysznie. Potem Nomad decyduje się na Retsinę. Ja nie, wiem czym to grozi... Pogoda nieco się zmienia, zaczyna lekko padać, ale nie robi to właściwie żadnej różnicy. Gadamy sobie o życiu w Grecji, zwyczajach, potrawach, czyli standardowo o wszystkim i o niczym.









Robi się już późnawo, więc kierujemy się w stronę kempingu. Andreas kawałek nas odprowadza, ale on mieszka "w centrum". umawiamy się na jutro, na przejazd do Katerini i kupienie aku do Oliviera - te ładowania, które nic nie dają są trochę upierdliwe...






























Przejechane: 272 km




Informacje praktyczne:
- jazda bez kasku - kiedyś była w Grecji dozwolona, wystarczyło mieć kask ze sobą, ale niekoniecznie na głowie. Teraz obowiązkowo trzeba jeździć w kasku. Karą za "niemanie" kasku na głowie jest mandat w wysokości 700 Euro. Jeśli się uiści należność w ciągu 10 dni, to obowiązuje promocja - płaci się "jedynie" połowę tej kwoty. W wioskach na południu kraju jednak mało kto się tym przejmuje i dalej lokalesi śmigają bez kasków, ale im bliżej północy, Aten i cywilizacji, tym bardziej przestrzegają przepisów w tej kwestii.
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
calgon 

Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2011
Dołączył: 08 Lut 2017
Posty: 18
Skąd: Wrocław
Poziom: 2
HP: 0/30
 0%
MP: 14/14
 100%
EXP: 8/8
 100%
Wysłany: 2018-08-27, 10:45   

Fajna relacja.Dzięki
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-08-28, 14:08   

Grecja 2018 - Dzień 10 – Rodopy
04 czerwca 2018 - poniedziałek


Poranek jest ciepły i słoneczny, ale na zacienionym campingu jest bardzo przyjemnie. W dodatku nad Olimpem nie ma chmur, i można pocykać kilka fotek zepsutym aparatem...

Po śniadaniu Wojtek zgarnia Andreasa z "centrum" i jadą ogarniać akumulator do Oliviera. Ja w tym czasie zwijam bazę i planuję trasę, bo wymagane są coraz większe modyfikacje. Czasu mam dużo, bo chłopaków nie ma i nie ma, ale w końcu przyjeżdża Wojtek (Andreas wrócił do swoich spraw) i mogę cieszyć się nową bateryjką. Montuje ją w motocyklu, przekręcam kluczyk, wciskam starter i następuje chwila prawdy - motek bez ociągania budzi się do życia. Załatwione. Choć naprawdę mogłam sobie tego oszczędzić i wymienić aku prze wyjazdem, zgodnie z pierwotnym zamierzeniem...











Jeszcze tylko "kupa mięci" dokumentuję fantastyczne rozwiązanie azjatycko-europejskie t toalecie i jadymy!



W Grecji niewiele nam już zostało do odwiedzenia, w zasadzie nic, więc kierujemy się do Bułgarii. Autostradami, więc jest ciepło i nudno. W końcu musimy zatankować, a najbliższa stacja jest na bocznej drodze omijającej autostradowy tunel. Ciekawe rozwiązanie. Tankowanie, woda, lodzik, a jego pół wcina lokalny kot ;)









Granicę z Bułgarią pokonujemy nadzwyczaj sprawnie, spodziewałam się spędzić tam więcej czasu.

Zmiana kraju powoduje zmianę w krajobrazie, jakości dróg i w ogóle w jeździe. Snujemy się chwilę po wiejskich drogach, których niewątpliwą zaletą jest znikomy ruch, a wadą kiepska jakość dróg i piasek na zakrętach, a tych jest sporo i chciałoby się po nich pojechać jak należy. Zwłaszcza, że wjeżdżamy teren Parku Narodowego Pirin.











W najbliższym "sensownym" miasteczku (Goce Dełczew) zatrzymujemy się na jedzenie. Wypłacam kasę z bankomatu, a Wojtek zajmuje się tematem zdobycia pożywienia, i jest zdziwiony, że tu nikt nie mówi po rosyjsku. W końcu jemy pizzę w jakimś barze "na rynku". Od razu da się zauważyć, że jest tu wyraźnie taniej niż w Grecji. I Polsce.

Posileni jedziemy w kierunku gór - tym razem przed nami Rodopy. Jest pięknie, choć na horyzoncie majaczą ciemne burzowe chmury. Może zdążymy...





Nie zdążyliśmy. Zaczyna padać, i zarządzam postój. Nie od razu, bo nie ma za bardzo gdzie... ale co jakiś czas są takie altanki piknikowe na poboczach, więc poluję na jedną z nich. W samą porę. Zeskakujemy z motków, chronimy się pod dachem i wtedy zaczyna się ulewa. Z gradem. I piorunami.













Uzbrajam się w membranę pod moje moto-ciuchy. Wojtek nie dokonuje żadnych modyfikacji swojego stroju, nawet nie wyciąga przeciwdeszczówki. Czekamy, aż ulewa przejdzie. Nie tylko ze względu na wodę z nieba, ale przede wszystkim ze względu na wodę zalegającą na drodze - opony w Afryce to lekko przechodzone kostki, więc na mokry asfalt niekoniecznie najbezpieczniejsze.

W końcu ulewa przechodzi w lekką mżawkę, więc ruszamy. Jest też odczuwalnie chłodniej, tylko 12 stopni! Nie ma to tamto, w ruch idą grzane manetki. Na szczęście temperatura się podnosi i wychodzi nawet słońce, choć czuć , ze jest już późne popołudnie, bo tak nie grzeje.







Dojeżdżamy do "głównej" drogi i jedziemy na Płowdiw, ale w pewnym momencie skręcamy w lewo, w dróżki na których ciężko się minąć z czymkolwiek innym niż jednoślad. Po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do celu - Chudnite Mostove czyli Cudowne Mosty. Dzisiaj już nie pozwiedzamy, więc trzeba znaleźć nocleg. Nie powinno być to trudne, bo są tu co najmniej dwa miejsca, gdzie można przenocować, poza własnym namiotem. Do jednego z nich prowadzi drogowskaz - więc pniemy się jeszcze kilka kilometrów drogą, która coraz bardziej przypomina szlak turystyczny. Podjeżdżamy na parking pod "dom wczasowy z poprzedniej epoki" (nie zrobiłam fotki, ale można sobie wygooglać (Hut "Rocky Bridges"). Nie ma tam nic oprócz bandy skserowanych szczeniaków i kartki z numerem telefonu na zamkniętych na klucz drzwiach.

Wracamy na parking kilka km niżej, gdzie było kilka straganów i wg moich informacji musi tam też być jeszcze jedno miejsce z noclegiem. Taka kwaterka prywatna / agroturystyka. I generalnie jest tam domek, ale nie ma jak dojechać, bo prowadzą tylko schody. Ale nie może tak być, musi być tam dojazd. Sprawdzamy kilka leśnych ścieżek - bezskutecznie. Wojtek idzie tam z buta zapytać o możliwość noclegu i dojazd. Wraca po chwili z dwoma dobrymi informacjami. Tak - można przenocować. I tak, można dojechać ścieżką przez las. Wojtek jedzie pierwszy, potem ma wrócić i pomóc mi wjechać tam na moich szosowych oponkach, co by nie było zbyt wielu strat. Ale z drugiej strony - jak nie ja, to kto? Ostrożnie wbijam się w ścieżkę, wiodącą przez trawę, kawałek lasu z liśćmi, korzeniami i podmokłym od ulewy gruntem. Udaje się bez problemu, choć jak w nocy popada (a zapowiada się), to już tak łatwo z wyjazdem nie będzie.





Miejscówka jest bardzo specyficzna, ale klimatyczna, jak u ciocio-babci na wsi. Skrzypiąca podłoga, staromodne szafy, portrety rodzinne, niedomykające się drzwi i staroświecki kibelek. Oprócz nas nocują tam jacyś czescy i słowaccy turyści górscy (takie prawdziwe łaziki).



















Zamawiamy kolację i piwo. Dostaje nam się jeszcze po "szklance" rakiji, bo gospodarze coś opijają i wznoszą toast za toastem, a więc my (a raczej Wojtek, bo ja nie za bardzo bimber lubię) razem z nimi.



Potem zapada już zmrok i zaczyna burza. Oj, rano będzie wesoło...


Przejechane: 398 km




Macna:
Niezmiennie podoba mi się funkcja "night eye" :)

Light off:




Light on:

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-09-03, 18:30   

Grecja 2018 - Dzień 11 - Cudownymi Mostami do Montany
05 czerwca 2018 - wtorek


Dzień zaczynamy od zwiedzania Cudownych Mostów. Olbrzymie formacje skalne robią wrażenie, ale przyznam, że spodziewałam się, że będzie tego więcej... Niemniej jednak warto odwiedzić to miejsce i pójść nieco dalej niż tylko do pierwszych barierek. W nocy padało, więc ścieżki są śliskie - przez błoto i mokre kamienie, a roślinność ociera się o buty i nogawki i je całkowicie moczy. Z lokalnych atrakcji można przejechać się tyrolką, którą wjeżdża się pod jeden z mostów. Mieliśmy okazję sprawdzić fachowe mocowanie stalowej liny na feldze bliżej niezidentyfikowanego samochodu ;)









































































Po rozgrzewce zamawiamy śniadanie, regulujemy rachunki i kupujemy kilka słoiczków z przetworami.





Pogoda jest taka bliżej nieokreślona, więc na wszelki wypadek wpinam membrany do moich ciuchów. Wojtek wyprowadza mi moto po błotnistej ścieżce na parking, ja korzystam z kilkudziesięciu schodów. Zjeżdżamy do głównej drogi i kontynuujemy jazdę na północ. Po kilkudziesięciu kilometrach zjeżdżamy w bok, do Twierdzy Asena. Tam na parkingu spotykamy motocyklistę z USA, który na jakiejś małolitrażowej popierdółce "robi Europę". Życzymy sobie wzajemnie powodzenia. On odjeżdża, a my idziemy pozwiedzać. Kupujemy bilety, wypinam membrany, bo zrobiło się ze trzydzieści stopni i się gotuję i wspinamy się zarówno na kupki kamyków z replikami maszyn oblężniczych, a także zwiedzamy klasztor, który jako jedyna budowla ma się tam naprawdę dobrze. Nawet krzesełka ma z unijnych dotacji...















































Wracamy do motocykli i jedziemy do Płowdiwu, bo bardzo chcę tam zobaczyć teatr rzymski. Droga dojazdowa do miasta jest w remoncie, więc pokonanie tego odcinka nie jest przyjemne. Samo miasto jest ładniejsze niż myślałam. W poszukiwaniu dojazdu do starej części miasta wbijamy się w wąskie brukowane uliczki, z wyślizganym kamieniem, a na dodatek za jednym z ostrych zakrętów trafiamy na remont. Ja powinnam z pomocą Wojtka przejechać, ale Afryka jest za szeroka. Wojtek ma powyżej uszu. Jest gorąco, ja mam ciśnienie, że chcę zobaczyć centrum, bo inaczej bez sensu w ogóle było tu wjeżdżać, więc mamy kolejne spięcie. Niestety jestem na słabszej pozycji, więc niechętnie odpuszczam.



Porzucamy więc miejskie tereny i zmierzamy w kierunku Parku Narodowego Bałkanów Środkowych. Drogi stają się coraz bardziej lokalne, a im bliżej tym dookoła więcej pól z lawendą. Zakrętasami wjeżdżamy na przełęcz Trojan, ale nie decydujemy się na podjazd pod nieco wyżej leżący pomnik wolności, bo przegapiamy wjazd na odpowiednią drogę...













Za przełęczą i serpentynami z piaskiem zatrzymujemy się w knajpie na jedzenie, bo pora jest mocno obiadowa. Czas mamy idealny, bo zaczyna padać. Przestaje akurat jak kończymy jeść, więc jedziemy. zjeżdżamy z gór i mocno lokalnymi drogami kierujemy się na północny wschód. W miejscowości Roman najbardziej odczuwam na własnych łokciach problemy z widelcem Oliviera, bo całe miasteczko to jedna wielka dziurawa kostka brukowa... Okolica jest coraz mniej atrakcyjna, zwłaszcza jak wjeżdżamy na coraz bardziej cywilizowane drogi. Ciekawe są parkingi dla kierowców ciężarówek, na które TIRowcy z Turcji mają absolutny zakaz wjazdu, co wyraźnie obwieszczają rzucające się w oczy znaki...







A my zmierzamy do Montany, w myśl cytatu "Zawsze jest jeszcze Montana..." (z jakiego filmu? pierwsza osoba, która odpowie dostanie bułgarską pamiątkę). Tam lokujemy się w hotelu Montana, wstawiamy motki za bramę podwórka/parkingu, płacimy za pokój w mieszanej walucie BGN+EUR i idziemy w miasto. Najpierw na piwko na czymś w rodzaju rynku, gdzie przede wszystkim obserwujemy ludzi. Chyba były jakieś występy lokalnych grup taneczno-wokalnych, bo jest mnóstwo dzieci i młodzieży w regionalnych strojach, Widzimy tez jak jedna dziewczynka zawzięcie ćwiczy stójki na lekko za dużym rowerze górskim - sama, bo chłopcy z chyba tej samej ekipy ćwiczą w swoim gronie.







Kolację robimy sobie we własnym zakresie, czyli odwiedzamy Billę i kupujemy przygotowaną rybkę, pieczone ziemniaki i grillowane warzywa (i wino). Są jeszcze krewetki, ale paskudnie niesmaczne. Widać nie jest to bułgarska potrawa narodowa :)


Przejechane: 362 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-09-04, 19:06   

Grecja 2018 - Dzień 12 - Przymusowa kąpiel w Dunaju
06 czerwca 2018 - środa



Śniadanie jemy w hotelowej restauracji, ale w sumie nie wiemy, czy jest w cenie noclegu, czy nie. Ciężko jest się też tego w jakikolwiek sposób dowiedzieć...

Urzekają nas opakowaniu cukru - w eurasy. Wojtek do swojej kawy dostał "więcej pieniążków" niż ja, ale wrzuciliśmy do wspólnej puli ;)

Po śniadaniu wychodzimy z restauracji i nikt się nie czepia, więc chyba było w cenie ;)





Jedziemy w kierunku granicy. W ruchu jest coraz więcej TIRów. Tuż przed granicą ciężarówki zaczynają tworzyć wielokilometrowy korek. Powodem jest przejście graniczne zlokalizowane na moście na Dunaju (Widyń - Calafat) i wjazd ciężarówek jest tam tylko w określonych godzinach.

Jedziemy wzdłuż Dunaju - chcę Wojtkowi pokazać "mordy". Drogi w Rumunii są lepsze nieco o d tych w Bułgarii, ale jest na nich sporo większy ruch i więcej ciężarówek.

W jednym z miasteczek stajemy w przydrożnej knajpie, na mici, tutejszą wersję czevapi czy innych mielonych podłużnych grillowanych mięsiw.



Jest niemiłosiernie gorąco. Podjeżdżamy pod pomnik Decebala. Nomad w ogóle nie widzi po co tam zajechaliśmy. Wjeżdżamy w szutrową odnogę od głównej drogi. Cykam fotki, a Wojtek dalej nie widzi wykutej w skale twarzy. Dopiero muszę mu ją pokazać. A myślałam, że jest widoczna?







Robimy chwilkę przerwy. Postanawiam przeparkować motocykl, zęby stał w cieniu. Kast nakładam na czubek głowy. I to jest wielki błąd. Wielbłąd. Motek, już przy parkowaniu, przechyla się i pociąga mnie za sobą. Kask spada mi z głowy, motek się kładzie. Pech chce, że akurat na stronę, gdzie jest pionowe urwisko prowadzące wprost do wody. Kilkanaście cm w bok i motek poleciałby w dół. tymczasem w dół, odbijając się od kolejnych kamieni spad mój kask. Gdzieś odpada kamerka, a kask z pluskiem ląduje w rzece... Niewiele myśląc rzucam się w pościg, zjeżdżając w stylu rozpaczliwym po pionowych skałach. Wojtek chce mnie zatrzymać, ale w ogóle na niego nie reaguję. Nad samą wodą zabieram się za zdejmowanie ciuchów, żeby wskoczyć po kask, ale Wojtek w końcu przebija się do mojej świadomości i twierdzi, że on się tym zajmie. Na szczęście w tej odnodze rzeki nie ma mocnego prądu, a kask wpadł tak, że nie napełnił się wodą i nie zaczął tonąć.

Misja ratowania kasku kończy się sukcesem - okupiona kilkoma krwiakami na mojej nodze i otarciami na ciele Wojtka. W dodatku znajduję gdzieś między kamieniami kamerę, która nawet nie ucierpiała, kask ma kilka rys, ale generalnie jest cały interkom też jest na miejscu, więc będę mogła jechać dalej. Jak tylko trochę podeschnie.

Chwilę jeszcze siedzimy na miejscu, przywracając poziom adrenaliny do wyjściowego, potem zakładam mokry kask na głowę (przynajmniej będzie mi chłodniej) i jedziemy.



Jedziemy jeszcze kawałek wzdłuż Dunaju, robimy fotkę Twierdzy Golubac (to ta od Zawiszy Czarnego), która znajduje się na drugim brzegu, po serbskiej stronie i w końcu wbijamy się w bardziej uczęszczane drogi.









W jednym z miasteczek przyhamowujemy na znaku STOP, ale się nie do końca zatrzymujemy. Pech chce, że za chwilę zatrzymuje nas policja (ale wygląda to na jakąś "zorganizowaną akcję", bo na odcinku stu metrów jest jeszcze wóz żandarmerii i kogoś tam jeszcze). Pan policjant jednym tchem wygłasza jakąś formułkę, na co odpowiadam (po Polsku) że poproszę jeszcze raz, wolniej i w zrozumiałym języku. W odpowiedzi dostaję zdziwiony wyraz twarzy, że po rumuńsku nie rozumiem, ale potem pada słowo "dokument" i już wiadomo o co chodzi (nie żeby od razu nie było ;)) Pan pokazuje na datę badania technicznego w dowodzie rejestracyjnym i mówi, że "pirat" bo badanie techniczne jest nieważne. Pokazuję mu, że w tej samej rubryczce jest też wpisana druga data, wskazująca na 2019 rok, więc wszystko jest OK i że "nie pirat". No jak OK, to OK i możemy jechać dalej. Więc nie o stop chodziło :)

Powoli myślimy o noclegu, ale nic po drodze się nie pojawia. W miejscowości Deta jest hotel, ale w remoncie. Gdy kręcimy się przed nim, chłopaczek z knajpy pyta czy w czymś pomóc. Owszem - jakiś nocleg? Mamy poczekać. Po pół godzinie pojawia się pyzaty okularnik z miękkimi nadgarstkami, wdaje się w krótką burzliwą wymianę zdań z chłopakiem z knajpy, a potem mówi, że ma nocleg i że mamy pojechać za jego białym BMW. No to jedziemy. Nocleg okazuje się jakąś kwaterą dla robotników, którzy dziwnie się na mnie patrzą znad puszek z piwem, kiedy sprawdzam pokój. Motki miałyby stać na ulicy, niby pod okiem kamer ale okolica jakaś taka szemrana, więc biorąc pod uwagę całokształt - rezygnujemy. Chłopak odjeżdża, a my dalej jesteśmy w punkcie wyjścia, tylko 40 minut później.



Postanawiamy dojechać do Timosoary, znajduję tam jakieś B&amp;B i za cenę tego samego co w Decie mamy przyjemne lokum z przemiłą właścicielką i fajnym psiakiem o imieniu Pufi, który natychmiast oznacza Oliviera sikiem prostym...



Idę do bankomatu, żeby wypłacić kasę za nocleg, ale niestety nie mogę - odmowa z banku. Płacę więc w euro, dostając resztę w lejach. Znowu zgrzyta między mną a Wojtkiem, tym razem w kwestii organizacji i planowania przejazdu i noclegów, bo czuję się w tym zostawiona sama sobie, więc nigdzie nie wychodzimy i wieczór spędzamy na oglądaniu Top Gear Vietnam Special.


Przejechane: 507 km




Informacje praktyczne
- Most Widyń-Calafat jest dla motocykli bezpłatny. Za samochody osobowe opłata wynosi 6 E. Można płacić kartą, w euro i w walucie lokalnej.
- Po stronie rumuńskiej, ale w pobliżu Serbii, lepiej jest wyłączyć roaming transferu danych w telefonie - Serbia nie jest w UE i może przyjść za to słono zapłacić ;)


Macna
Przy zjeździe na tyłku po skale materiał spodni wytrzymał (myślałam, że na ostrych kamieniach będą tu jakieś straty), ale nabiłam sobie solidnego siniaka bo w tym miejscu nie ma żadnych ochraniaczy (spokojnie, w innych spodniach tez w tym miejscu nic nie ma, więc nie jest to absolutnie żadna wada).
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 37
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2018-09-06, 14:15   

Grecja 2018 - Dzień 13 i kolejne - Cel: Polska
07 czerwca 2018 - czwartek
08 czerwca 2018 - piątek
09 czerwca 2018 - sobota
10 czerwca 2018 - niedziela


Jakoś tak się dziwnie składa, że im bliżej do powrotu, tym mniej fotek się robi w trasie. Może dlatego, że wszystko co najfajniejsze już "za nami"? Jedziemy do Oradei, a następnie kierujemy się na Węgry. Tam, omijając wszelkie płatne drogi, jedziemy do Tokaja. Docieramy na miejsce względnie wcześnie, więc mamy czas na pozwiedzanie piwniczek i degustacje wina. Zaczynamy jednak od zakwaterowania, wypłacenia kasy i obiadu. I butelki wina.















Widać, że jest przed sezonem i tak naprawdę większość piwniczek jest zamknięta. Trafiamy do jakiejś jednej, mało reprezentacyjnej, ale kieliszek wina za 100 forintów wszystko wynagradza, zwłaszcza, że jest wyśmienite. W dodatku bardzo dobrze wchodzi więc zamawiamy kolejne i kolejne.
W końcu postanawiamy skoczyć do sklepu po coś na kolację i może jakąś butelkę wina. Niestety to wypite daje znać o sobie i muszę zahaczyć o toaletę. Jest taka automatyczna, za 200 forintów, ale niestety nie przyjmuje monet 200-forintowych, tylko setki. Z toalety korzystam więc w knajpie, ale żeby nie iść tylko na siku, zamawiamy po kieliszku wina - jest gorsze i 8 razy droższe. Ale kibelek jest wart tego dodatkowego wydatku ;)



Wieczorem znowu oglądamy Top Gear Special.


Przejechane: 315 km





Piątek oznacza dzień powrotu do Polski. Pakujemy się na motki i zajeżdżamy jeszcze na główny plac, porobić sobie pamiątkowe fotki i zanabyć wino - to wczorajsze sklepowe okazało się wyborne i w świetnej cenie.



Parkujemy motki jak najbliżej placu i idziemy po zakupy. I tu następuje ciekawe spotkanie z polskimi motocyklistami, których akurat znam :) Świat jest mały! Chwilę gadamy, a potem Wojtek i ja robimy odpowiednie zakupy.



Wracając do motocykli zauważamy, że jedna z piwniczek jest otwarta, więc pakujemy się do niej. Okazuje się, że jest tam jakieś "indywidualne zwiedzanie" dla gościa z UK, ale jak już wleźliśmy, to jesteśmy podjęci pysznym winem i na nic zdają się tłumaczenia, że zaraz wsiadamy na motki i jedziemy w trasę. Właściciel piwniczki mówi, ze jak nas zgarnie policja, to mamy do niego zadzwonić i on im wszystko wytłumaczy. A jak nam nie smakuje, to możemy wylać na ściany i "podlać" w ten sposób pleśń, która nadaje tokajskiemu winu charakterystyczny aromat. Co to to nie! wypijamy więc lampkę wina "za bezpieczny weekend". W pleśń na suficie wbijamy monety, żeby tradycji stało się zadość i kupujemy butelkę wina, które właśnie piliśmy, bo jest genialne. Lekkim krokiem wychodzimy na światło dzienne i zmierzamy do motków.





Na odchodne robimy sobie jeszcze fotki wjeżdżając na plac, pod fontannę i potem kierujemy się w stronę Słowacji.









Po drodze dokupujemy jeszcze kilka butelek wina. Powinno wystarczyć na jakiś czas...



Przejazd przez Słowację trochę się dłuży, ale w końcu jesteśmy w Polsce!





Tam zahaczamy jeszcze o Bieszczadzką Kolejkę Leśną i jedziemy do Stężnicy, prosto na zlot "mojego" forum motocyklowego f650gs.pl Czas na odpoczynek po podróży!














Przejechane: 239 km





W sobotę odpoczywam - nic nie robię. Tzn nie jeżdżę na moto. Za to miło spędzam czas na zlocie. Wojtek też korzysta z "wolnego dnia" - na przykład testując "salonowego" KTMa, którego niestety przewraca na pierwszym zakręcie (i chyba już więcej nie potestuje). Wieczorem jest forumowe rozdanie nagród "Włóczykij 2017", w którym zgarniam dwie nagrody: statuetkę z włóczki i kija za pierwsze miejsce w kategorii relacji z wypraw zagranicznych oraz nalewkę adminowej roboty w kategorii wypraw kobiecych. Dobrze, że nie było nagród w kategorii "najdłuższa droga na zlot", bo obawiam się, że miałabym tu pewne szanse ;)
















W Niedzielę trzeba niestety wracać do rzeczywistości, do Krakowa. Od poniedziałku znowu w korporacyjny kierat...

Przejechane: 282 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,35 sekundy. Zapytań do SQL: 11