BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Przez Wagadugu 2015 - czyli Ruda na Czarnym Lądzie
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-02-16, 22:52   

Dzień 1 - Przywitanie z Afryką
10 stycznia 2015 - sobota


Pobudka!!! Oczywiście jak tylko najciszej mogę zbieram się z łóżka nr 7, pakuję plecak, ściągam pościel i wybywam z pokoju. Biorę szybki prysznic, bo nie wiem, kiedy będzie kolejna okazja na kąpiel w normalnych warunkach. W łazience spotykam jedną ze współlokatorek- widziałam ją wczoraj, ale w nocy chyba jej łózko było puste... Jest nieziemsko ujarana na wesoło i cały czas papla o tym jakie to miała przygodny z policją podczas nocnych imprez. Tak, na pewno jej nie było w pokoju...

Wymeldowuję się i niespiesznie, zygzakiem przez uliczki Amsterdamu, idę na dworzec kolejowy. Stamtąd bardzo sprawnie docieram na lotnisko. Kupuję kawę i croissanta (no w końcu to europejskie śniadanie) i poduszkę, bo wiem, że zapomniałam spakować mojej do bagażu. Niestety nie ma normalnych, albo prawie normalnych, tylko jakieś takie kosmiczne, ale... lepszy rydz niż nic...



Pomimo bardzo silnego wiatru, wylot jest o czasie, bez żadnych opóźnień. Mam miejsce koło muzułmańskiej rodziny z małym dzieckiem, więc na trzech miejscach jest nas czwórka. Na szczęście w samolocie są wolne miejsca, więc jak tylko osiągamy wysokość przelotową, przypuszczam atak na pusty rząd i go zajmuję. Nikt się nie dosiada. No i mam komforcik. Na tyle duży, że słodko zasypiam.

Budzę się za jakiś czas - w zasadzie w idealnym momencie - własnie wlatujemy nad Afrykę i fajnie widać to przez okno. Jeszcze chwila i będziemy w Casablance.



Po lądowaniu pora na formalności. Stoję w chyba najwolniej idącej kolejce odprawy paszportowej na świecie. Gdy obsługiwany jest jeden delikwent, w innych okienkach - co najmniej trójka. Ale w sumie mi się nigdzie nie spieszy, więc wyluzowuję.

Kolejny lot mam za parę godzin, więc idę się odprawić. Na lotnisku nie bardzo jest co robić, a na zwiedzanie mam za mało czasu, więc stwierdzam, że znajdę właściwa bramkę i tam poczekam. Zresztą, czwórka chłopaków, którzy też lecą (a nie jadą) też muszą się tu jakoś pojawić, bo ostatni odcinek pokonujemy tym samym samolotem. Problem w tym, że nie mogę znaleźć wejścia do bramek na loty krajowe. Informacja niewłaściwie mnie kieruje, potem ktoś jeszcze w inne miejsce, aż w końcu, jak na bystrzacha przystało, sama odnajduję właściwą drogę. Kontrola bezpieczeństwa to jakaś farsa - nikt się nie spieszy, żeby mnie sprawdzić; potem okazuje się, że nie trzeba ściągać paska, butów, ani wyciągać nic z bagażu podręcznego...

Siadam w poczekalni, podłączam część elektroniki do ładowania, bo jest do tego stanowisko (!) i coś tam zaczynam notować na moim transformersie. W pewnym momencie podchodzi do mnie ktoś i przedstawia się jako Piotr. No to się poznaliśmy. Podobno reszta chłopaków też już jest na lotnisku. To prawda, po paru chwilach zjawiają się Hubert, Piotrek i Andrzej. No to jesteśmy w komplecie. Teraz oczekiwanie na lot mija jakby szybciej i sympatyczniej.



W końcu samolot jest gotowy, żeby nas przyjąć na pokład.





Okazuje się, że mamy miejsca w kolejnych rzędach, po skosie (z wyjątkiem Piotra, który gdzieś siedzi z przodu). Hubert, Piotrek i Andrzej koło siebie, a ja wciśnięta między dwóch rosłych lokalesów. Trochę się z tego naśmiewam, lokalesi chyba rozumieją o co chodzi i proponują, żebym się zamieniła z ich kolegą z foteli obok. W efekcie, ja siedzę wygodnie za "naszymi" a lokalesi ściśnięci ze sobą, ale też zadowoleni z zamiany.

Lecimy. Niestety nie bezpośrednio. Zatrzymujemy się w Agadirze, na dłużej niż bym chciała. Ponieważ samolot to nie pociąg, podczas postoju korzystam z toalety. Gdy wracam na miejsce, przez okno widzę, że coś nam pociekło z samolotu. Czy ma to jakiś związek? ;) Oczywiście zaczyna się seria żartów na ten temat.



W Dakhla lądujemy już po zmroku. Utykamy w kolejce - policjant w okienku dokładnie wypytuje każdego z nas co my tu robimy, dlaczego, jakie są nasze zawody. A to tylko dlatego, że Piotr, który był w tej kolejce pierwszy coś tam nagadał i teraz inni byli weryfikowani. Piotrusz, który stanął w kolejce do drugiego okienka załatwił sprawę w 20 sekund, bez pytań...



Wychodzimy do hali przylotów i... nic... nie ma czerwonego dywanu, kwiatów, ani dzieci sypiących kwiaty i recytujących wierszyki. Gdzie jest Neno? Pewnie wcale tu nie przyjechał. Wziął kasę za transport, wziął motocykle i tyle go widzieliśmy. Afryki nam się zachciało... Oczywiście to tylko żarty. Przed wejściem widzimy busa na polskich numerach. Pukamy w szybkę, w środku pojawia się zaspana twarz. Neno korzystał z chwili odpoczynku, bo przyjechali z Krzysiem dosłownie parę chwil wcześniej.

Zanim pojedziemy na kemping, robimy zakupy w mieście. W jednym sklepie robimy samoobsługę - wchodzę za kontuar i ściągam z półek co na potrzebne. W sklepiku obok robimy kolejne zakupy - świeże jajka (bo "na zapleczu" jest kurnik ;)) oliwki, cebulę, pomidory, paprykę, cebulę... i pomarańcze... przepyszne...















Dojeżdżamy na kemping. Są! Nasze motocykle, I Krzyś :) Wypak, rozstawienie namiotów, i można zając się rzeczami ważnymi. Przygotowujemy kolację - furorę robi chleb ze smalcem ;) no i mikstura z rotopaxowych kanistrów ;) Ja jej nie piję, bo od samego zapachu mną trzepie. Integrujemy się, poznajemy, opowiadamy niestworzone historie. W końcu przychodzi właściciel kempingu i prosi, żebyśmy byli trochę ciszej, bo w kamperze obok mieszkają "starzy dziwni ludzie" po czym zapala jakiś "staf" i po kilku machach odchodzi życząc nam dobrej nocy. Ja też składam się szybko spać, chłopaki walczą dzielnie dalej. Jutro nigdzie nie ruszymy...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-02-18, 19:34   

Dzień 2 - Przymusowo uziemieni
11 stycznia 2015 - niedziela


Nigdzie nam się dziś nie spieszy, więc "wstajemy jak się obudzimy". Jednym przychodzi to trochę łatwiej niż innym ;) Niestety na wstępie robi nam się jeden dzień poślizgu, bo... papierologia... Neno wjechał do Maroka Samochodem, więc, zęby teraz z niego wyjechać, musi mieć papierek z urzędu celnego, że samochód tymczasowo zostaje na parkingu i że Neno po niego wróci. A urząd będzie otwarty w poniedziałek. Proste.



Może w sumie dobrze, że dzisiaj nic nie trzeba... jest czas na ochłonięcie po ostatnich przygodach - a tych było kilka. Na przykład Andrzej w drodze do Afryki, już na pierwszym locie z Warszawy do Wrocławia zgubił portfel. Dobrze, że ma przy sobie paszport i międzynarodowe prawi jazdy, ale cała reszta - dzięki uczciwemu znalazcy - trafiła do domu. Ale, że to człowiek zaradny, to dzisiaj ma przy sobie 300 euro nadprogramowe. Ale jak to się stało? Wczoraj impreza się trochę rozkręciła i razem z Piotrem skołowali taksówkę i pojechali "w miasto". Niestety zbyt długo zajęło im dogadanie się z taksówkarzem, skąd ich wziął (żeby potem mogli wrócić ;)) i wszystkie "lokale na mieście" okazały się już zamknięte. Wrócili na kemping i dzisiaj okazało się, że jeden ma nadprogramowe 300 euro, a drugi zgubił portfel... Hipotez było wiele, bo jeszcze była podobno jakaś kąpiel w oceanie i tam ów portfel mógł zaginąć... Na szczęście wszystko się rozwiązało - portfel Piotra znalazł się u niego w namiocie, pod materacem, uszczuplony o 300 euro, które wcześniej dał Andrzejowi. Ech ;)
No i trzeba trochę posprzątać po ostatniej imprezie. Resztkę płynów rozweselających trzeba przelać do mniejszych butelek, żeby zoptymalizować przestrzeń...



Ja zaczynam dzień od prysznica. Oczywiście nie ma lekko, bo muszę poczekać na podłączenie nowej butli z gazem, zęby ogrzać wodę, ale po jakiejś godzince znowu czuję się czysta i pachnąca.

Mamy czas na drobny serwis motocykli. Ja wiem, że w Kostku mam za dużo oleju, więc muszę go odpalić, sprawdzić poziom i odciągnąć nadmiar. Gromadzę niezbędne przyrządy, biorę wydrukowaną instrukcję obsługi, organizuję sobie miejsce warsztatowe, włączam zapłon, wciskam starter, rozrusznik kręci, a moto nie zapala. Co jest? Jeszcze raz. No wszystko jest OK, a nie Jest. Przecież parę dni temu odpalał jak złoto. Zachodzę w głowę co i jak. Nie słychać w ogóle pompy. Niedobrze. Sprawdzam bezpieczniki. Są OK. Kolejna próba... nic. Lekko się wkurzam, bo nie lubię jak coś mi nie działa bez wyraźnego powodu. W końcu olśniewa mnie... Nie widzę żeby na tablicy świeciła się na zielono kontrolka luzu... czyli... nie był do końca wrzucony... Wrzucam, odpalam, działa. Pięknie. Dziękuję. Oklaski. Ale czemu rozrusznik kręcił skoro moto było na biegu? Hmmm. No nie wiem, nie znam się. Dobrze, że to była pierdoła, bo już bałam się, że zakończę wyjazd zanim go zacznę.



Grzeję silnik, sprawdzam poziom oleju, odsysam jego nadmiar. To czynność serwisowa na miare moich możliwości. Teraz czas na naklejki mocy. Kostek wygląda jak choinka, ale jest nieźle ;) Zadowolona z efektu, składam narzędzia i moge zająć się kolejną rzeczą - pakowaniem. Nie do końca jestem zadowolona z mocowania rogala do Kostka. X-challenge jest motocyklem, który z tyłu jest dość "pusty" i nie ma o co zaczepić troków bagażu. Próby przedwyjazdowe pozostawiały trochę do życzenia, bo sprawiały, że rogal był dość blisko łydki i stopy, co mogło okazać się dość niewygodne, a nawet niebezpieczne przy upadkach.

Doktoryzowanie się z pakowania przerywa propozycja wyjazdu na pojeżdżawkę na plażę. No to dobra, pakowaniem zajmę się później. Żeby nie tracić czasu, ja się ubieram w ciuchy moto, a Krzyś jedzie mi zatankować motocykl.



Po chwili jedziemy już drogą, szukając dogodnego zjazdu na plażę. Kilometry uciekają, a zjazdu jak nie było tak nie ma. W końcu gdzieś odbojamy z drogi. Na plażę da się zjechać, ale łatwe to nie będzie. A jak zjedziemy, to wyjazd tym miejscem może być utrudniony. Mimo wszystko próbujemy.













W końcu przychodzi moja kolej. Nie glebię ;) Jest dobrze. A jazda po piachu sprawia mi duuuużo radości. Zaczynam ostrożnie i spokojnie, zawracam robiąc duże łuki. Po chwili bawię się już w operowanie w skręcie gazem, i drobne power-slidy. Ja wiem, że to namiastka tego co można na tym sprzęcie robić, ale z moim brakiem doświadczenia w jeździe po piachu i tak jestem dumna z siebie :)











Zauważam, że trochę kiepsko wchodzą biegi - trzeba będzie przeregulować linkę sprzęgła. Jest świeżo założona i pierwotnie regulowana w niskich temperaturach i widocznie musi się ułożyć.
Pożyczam też na chwilę X-a Andrzejowi. I jest miłość od pierwszego wejrzenia ;)



Z plaży postanawiamy wyjechać innym miejscem - i w końcu takie znajdujemy. Pech w tym, że Kostek całkiem zastrajkował w kwestii zmiany biegów i sporą część plaży muszę pokonać na jedynce, co mnie wcale nie bawi. Ale nie mam jak teraz zająć się tą linką.

Na asfalcie chwilowo wszystko zaczyna lepiej działać. jedziemy do miasta, coś zjeść. Znajdujemy knajpkę, gdzie oprócz jedzenia mają też WiFi. I piwo ;) Ja zamawiam kalmary i sałatkę marokańską - świetny wybór. Ci, którzy zamówili hiszpańską tortillę, która okazała się średnio smacznym omletem byli trochę zawiedzeni ;)

Zanim wrócimy na kemping, robimy jeszcze małe torunee po mieście. Kupuję podstawowe artykuły higieniczne tj chusteczki i papier toaletowy. Nigdzie nie ma niestety kremu do rąk... wiem, ze będę cierpieć z tego powodu... Może uda się kupić gdzieś indziej.

Na kempingu Neno poprawia mi linkę sprzęgła - krótki test wykazuje, że jest dużo lepiej, Mogę więc wrócić do koncepcji pakowania.



W końcu rezygnuję z rogala na rzecz drugiej torby. Też nie jest idealnie, bo ciężar jest teraz zamocowany wyżej, moto jest bardziej chybotliwe, ale nie mam raczej innej opcji. Trudno.



Wieczór nadchodzi dziwnie szybko. Są znowu pogaduchy, ale jakoś o 22:00 wszyscy już grzecznie śpią. Jutro pobudka o 6:00 rano. Mam nadzieję, że będzie ciepła woda pod prysznicem...


Przejechane: 67 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
Ostatnio zmieniony przez doodek 2015-02-23, 00:07, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-02-22, 23:44   

Dzień 3 - Wymarsz i rozruch
12 stycznia 2015 - poniedziałek


Plan zakładał pobudkę o 6:00. Budzik dzwoni, dookoła ciemno, choć oko wykol, więc wszyscy jeszcze dosypiają do 06:30. Procedura startowa jest zwyczajna - śniadanie, pakowanie, przygotowywanie, dopinanie bagażu na motocykle. I nie wiedzieć czemu, robi się prawie dziewiąta jak ruszamy. W podgrupach. Neno i Piotrusz - do urzędu, załatwić papierologię, która wstrzymała wyprawę. Reszta - niespiesznie w kierunku granicy.



Na pierwszej stacji benzynowej spotykamy rowerzystę. Kanadyjczyk. Pytamy jak długo jest w podróży. Odpowiada, że 5 lat. Opadają nam szczęki. Pełen szacun! My póki co jedziemy dwa kwadranse ;)





Nie spieszy nam się, to jedziemy maksymalnie leniwie. Krajobraz też usypia. Po lewej pustynia, po prawej pustynia. Czasem gdzieś zamajaczy ocean, od którego oddalamy się i znów przybliżamy. Wszystko jest szarobure, przesiąknięte pustynnym pyłem.



Co jakiś czas się zatrzymujemy. Na przykład, żeby kupić coś do picia i przyjrzeć się okolicy. Ja przy okazji postanawiam znaleźć toaletę. Krzyś mówi, ze znalazł, ale chyba męską, bo tam przed nią męskie klapki były. Też znalazłam to miejsce, ale - jako, że to niby męski kibel, to szukam damskiego. Ale nie ma nic w okolicy - same wejścia do domów. Jakiś dzieciak psyka na mnie i pokazuje, że mam wejść tam gdzie męskie klapki. Czyli jednak nie ma podziału... ;)



















Niespiesznie suniemy dalej. Jednostajny wiatr sprawia, że wszyscy jedziemy w przechyle. Andrzej nawet śmieje się, że ma już prawie zamknięte opony z lewej strony, a droga prosta jak drut, po horyzont, bez zakrętów.



Myślę o niebieskich migdałach, a gdy znowu patrzę w lusterka, to nie widzę Huberta, Andrzeja ani Piotra. Zatrzymujemy się z Krzysiem i czekamy. Nawet zawracamy kilkaset metrów i na wysokości stacji benzynowej spotykamy zguby. Okazuje się, że Hubertowi transalp nie pali na jeden gar. Zjeżdża więc na stację i... zalicza szlifa przy niewielkiej prędkości. Niestety niefortunnie upada na nogę i ja sobie nadwyręża - w kolanie i kostce. No pięknie, takie przygody już pierwszego dnia... Chwila odpoczynku i gdy Hubert dochodzi w miarę do siebie, możemy ruszać. Teraz ja zaliczam glebę przy ruszaniu. Nie dodaję wystarczająco dużo gazu przy nawrotce, moto gaśnie, tylne koło przestaje jechać, przednie jest skręcone i zaliczam prawie-postojowego paciaka. Koledzy ponoszą Kostka, marudząc przy tym, że nie ma go za co złapać. No to co? Jedziemy dalej?















Jest tak nudno, że postanawiamy coś zrobić. Na przykład zjechać nad ocean. Znajdujemy dróżkę, która wiedzie do czyjejś "posesji". Lepianka-rudera, a w niej dziwny sprzęt - okazuje się, że lokator jest wojskowym, który ma za zadanie obserwować morze. Nie chcemy nadużywać gościnności, więc robimy tylko kilka fotek i jedziemy dalej.















Robimy się lekko głodni, więc przy okazji kolejnego tankowania zasiadamy też w knajpce i zamawiamy tadżin. No i jest WiFi ;) Pojawiają się też Neno i Piotrusz - w końcu nas dogonili.



Do granicy jest już całkiem niedaleko. Ustalamy, że tuz przed przejściem zatrzymujemy się na stacji i tankujemy wszystko co się da - w Mauretanii nie jest różowo z paliwem i kolejna stacja będzie za ok. 450 km. Może będzie jeszcze jedna w połowie drogi, ale musimy być przygotowani na najgorsze.

Zatrzymujemy się na stacji przed granicą. Oprócz tankowania korzystam z toalety. Nie ma w środku światła i jak zamknę drzwi, to jest całkowicie ciemno, więc prosze Piotra, żeby filował na zwwnątz, a ja zostawię niedomknięte drzwi. Załatwiam co trzeba i kątem oka patrzę na wiadro z wodą. Odrzuca mnie na sam widok, gdy widzę wodę pokrytą warstewką "niewiadomoczego", nawet lekko spienioną, ale na pewno nie dodatkiem mydła... Blee, fuj... brrr... a zanim tu weszłam to widziałam jak lokales w tym wiadrze mył twarz i ręce... Robi mi się zielono na twarzy i wychodzę stamtąd czym prędzej.

Granica marokańska wystawia naszą cierpliwość na niemałą próbę. Milion okienek, problemów, papierów, podpisów. Nawet z tym dokumentem celnym co go mamy, to są jakieś problemy - z urzędu celnego w Dakli maja przysłać jakiś faks, potwierdzający całą sytuację. Kilkukrotnie sprawdzane są dane motocykli między kolejnymi dokumentami. Pieczątka tego, podpis tamtego, i jeszcze kolejna weryfikacja. Niby cywilizowany kraj, a tyle biurokracji. Aż się boję, co będzie potem, w kolejnych "dzikich" krajach. No i sprawa najważniejsza - ze względu na dokumentację celną, nie możemy wrócić w podgrupach... A miało być tak, że ja i Piotrusz wracamy jako pierwsi, bo mamy najmniej czasu wolnego, Hubert, Andrzej i Piotr parę dni po nas, a Neno i Krzyś jeszcze później. Teraz okazuje się, że wszyscy muszą się dostosować do mnie i Piotrusza, a dodatkowe dni wolne "wyjeździć" dookoła komina w Maroku... A wszystkie motocykle musza razem przekroczyć granicę marokańska. Bez dyskusji. Miny trochę rzedną, ale jak się nie da inaczej, to trudno... Robi się coraz później, a my dalej jesteśmy w proszku. Jak tak dalej pójdzie, to nie przekroczymy granicy mauretańskiej, bo po pierwsze, trzeba tam dojechać, a dzieli nas od niej kilkukilometrowy offroadowy pas ziemi niczyjej, po drugie, nie mamy wiz i musimy je jeszcze wyrobić, a po trzecie, zamykają ja o 18:00.

W końcu koło 17:00 zaczynamy międzygraniczną przeprawę. Jest piach, kamienie i wraki samochodów po każdej stronie. Generalnie droga jest mniej więcej wytyczona, ale odbiega od niej trochę "bajpasów". Wbijam się za Andrzejem w taką jedną odnogę i lądujemy w grząskim piasku. Przed przejazdem między dwoma kamieniami mam chwilę zawahania i zaliczam glebę, Ale szybko stawiamy Kostka na koła i pojawiamy się na granicy przed wszystkimi.



















Niestety - wizy zaczęli wydawać 20 minut temu i nie możemy jechać dalej. Musimy spędzić noc w hotelu (nie, nie możemy tu rozbić namiotów, musi być hotel - nie ma to jak napędzanie biznesu) i jutro od 9:00 wszystko zacznie działać od nowa, to załatwimy formalności. Hotel jest kilkaset metrów dalej, ale nie możemy tam podjechać motocyklami, musza zostać tu, na posterunku żandarmerii, więc bagaże musimy sobie zanieść. Jeszcze tylko wymieniamy pieniądze u rosyjskojęzycznego cinkciarza (całkiem przyzwoity kurs) i możemy iść.





Żeby przyoszczędzić, wynajęliśmy sobie "pokój, z trzema łóżkami - trzy osoby śpią wygodnie, reszta na matach na podłodze. Nie dokupywaliśmy dodatkowych pokoi - nie było sensu. Okazało się, że nasz pokój tak naprawdę jest przedpokojem i z niego są wejścia do czterech innych pokoików oznaczonych numerami 1-4. Nasz więc ma na pewno numer 5. CH No 5 ;) Wystrój też pewnie robiony przez jakiegoś ęą projektanta ;) Można dostać oczopląsu, tak jest bogato. Całości dopełnia kiepska świetlówka dająca trupiobladą poświatę. Dostajemy klucz do łazienki (nie ma światła i jest tylko zimna woda) i możemy rozpocząć wieczór.





A wieczór, jak się okaże później, jest pamiętny. Albo wręcz przeciwnie ;) Są nocne Polaków rozmowy, tańce, śpiewy, wiele podejść do wyjścia na frytki jak i tyle samo podejść do poważnej rozmowy ze mną i próby rozgryzienia mojej osoby. Stig polewa miksturę z rotopaxa i upija prawie całe towarzystwo. Lokatorzy mieszkający w pokoikach obok chyba mają nas dość...

















W końcu przychodzi czas, żeby zgasić zimną świetlówkę. Wylosowałam miejsce na podłodze, więc zanim zasnę, toczę jeszcze kilka batalii z łażącym po niej robactwem... Swoją droga, ciekawe czy w tych dywanach mieszkają pchły albo pluskwy. No cóż, jutro się przekonam.


Przejechane: 442 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-02-23, 23:23   

Dzień 4 - Mauretańska Kronika Graniczna
13 stycznia 2015 - wtorek


7:00 - leniwie otwieram jedno oko gdy dzwoni budzik. Noc nie należała do szczególnie wygodnych - spanie w tonach kurzu ziejących z dywanów, w rotopaxowych oparach wydychanych przez współspaczy, z robalami biegającymi koło ucha to nie jest to co lubię najbardziej.

7:15 - nad naszymi głowami przemykają Hiszpanie, którzy spali w pokojach odchodzących od naszego salonu. Chyba czas wstawać. Powoli zaczynamy ogarniać bagaże, lokum, łazienkę... Czyli standardowa procedura startowa.

8:30 - jesteśmy przy motocyklach, pod posterunkiem żandarmerii. Pod budką z wizami ustawia się już kolejka. Majfrend, który wczoraj wymieniał nam kasę przyprowadza swojego kolegę, który ma nam pomóc w temacie wiz i formalności na granicy. Robimy sobie śniadanie - dziś w menu są liofilizaty. Żeby było szybko i treściwie, w końcu lada chwila będziemy ruszać. Teren graniczny jest paskudny - wszędzie walają się śmieci (najwięcej za murkiem, bo jak się tam wyrzuca to "nie widać"), straszą wraki samochodów. Krajobraz wygląda lekko postapokaliptycznie. Jak z Mad-Maxa.











8:50 - podchodzi do nas sympatyczny kolega - Przemek z Żyrardowa, który od pół roku podróżuje autostopem dookoła Afryki. Zaczął od wschodniego wybrzeża, teraz wraca zachodnim, za parę dni chce być już w Polsce. Opowiada co możemy zobaczyć na naszej trasie, na przykład w Beninie i Togo. O 9:00 przekracza granicę, bo ją właśnie otwierają. A my zaczynamy coraz bardziej nerwowo spoglądać na kolejkę po wizy. W końcu mieli zaczac je wydawać o 9:00... tyle zrzumiałam wczoraj, patrząc jak jeden z żandarmów pisze palcem coś na piasku i mówi "nef er". Dla mnie to było "neuf heure"... (taaak, uczyłam się kiedyś francuskiego, ale rozumiem tylko pojedyncze słowa czy zwroty) czyli dziewiąta godzina... Andrzej zrozumiał "never" czyli nigdy... Może zrozumiał lepiej?

9:30 - każą nam przepakować motocykle 50 m dalej, bo tu nagle zaczęły przeszkadzać. Gdy zsiadam z Kostka tracę równowagę i upadam tyłkiem na ziemię. Mam na czym siedzieć, ale nie amortyzuje to upadku. Boli mnie kość ogonowa i lewe kolano (przypominam, że w prawym ma naderwane więzadła boczne po glebie na przedwyjazdowym kursie offroadowym...). Humor siada. Jednak Kostek to wysoki koń...



10:10 - dalej czekamy. Jeszcze nie przyjechał jakiś "big boss" od wiz. Dowiadujemy się, że możemy tu wyrobić jedynie wizę jednokrotnego wjazdu. I że nie mamy jakichś dokumentów celnych z Maroka, bez których nie możemy tu wjechać.



11:00 - wszyscy cały czas powtarzają "rezo". Cokolwiek to znaczy, nie wróży nic dobrego, bo dalej nic się nie dzieje. Potem ktoś wyjaśnia, że nie ma "connexion" i nie można wydrukować wiz. Ciekawe, że lokalesi wchodzą do biura i z niego wychodzą, jakby udało im się coś załatwić... O co chodzi? Pojawia się kolejny majfrend, który chce nam pomóc w załatwieniu papierów tranzytowych dla motocykli i ubezpieczenia. Podobno dzięki niemu zrobimy to w 20 minut. W bardzo dobrej cenie. Na razie go ignorujemy.



11:30 - dalej nic. Afryka chyba nie jest na moją cierpliwość.

12:00 - oho, coś się dzieje. Zostaliśmy grupowo wezwani do biura. Przechodzimy procedurę: skanowanie odcisków palców na usyfionym tłustymi plamami po palcach skanerze (ciekawe kiedy ostatnio ktoś dezynfekował powierzchnię która maca każdy petent); zdjęcie z kamerki, skanowanie paszportu, drukowanie wizy (papier, z którego była odklejona jest rzucany pod biurko, nie ma tu oczywiście koszy na śmieci, no ale "pod biurkiem nie widać".



12:20 - mamy wizy, a każdy jest lżejszy o 50 Euro. Majfrend od ubezpieczeń i dokumentów celnych nie odpuszcza. Neno i ja idziemy bezpośrednio do budki celników i tam dowiadujemy się, że zamiast 30 E od łebka możemy mieć dokumenty za 26. OK, coś utargowaliśmy. Paszporty i dowody rejestracyjne są dane dwóm innym majfrendom, którzy idą działać. Coś kserują, potem jeszcze coś kserują ponownie, bo tamto było krzywo. Opadamy lekko z sił. Neno i ja coś jeszcze próbujemy nadzorować, reszta opala się na murku przy motocyklach.






13:40 - Stwierdzam, że załatwię ubezpieczenia. Oczywiście majfrend od ubezpieczeń nie daje za wygraną i pilotuje całą sprawę. /niech mu będzie. Nie chce mi się już dyskutować. Ubezpieczenia są za szlabanem, który mogę przekroczyć tylko za okazaniem paszportu. Papiery wypisuje półślepy gość, przez dwie pary okularów i pisząc długopisem zaciśniętym w pięści. Koślawe literki pojawiają się na różowym druku i często różnią się od tych, które są w dowodach - raz wpisywane jest imię, raz nazwisko, raz jedno i drugie, MBW zamiast BMW - ale podobno - to i tak nie ma znaczenia, bo liczy się, ze jest papier i ma pieczątkę. Super. Mimo wszystko co udało mi się wyłapać to kazałam skorygować. Takie zboczenie zawodowe i bycie perfekcjonistką w jednym.



14:00 - mamy ubezpieczenie. Wracam do strefy celnej, ponownie muszę okazać paszport przy szlabanie, tym samym ludziom. A oni znowu go oglądają. Neno mówi, ze nic się nie zmieniło, dalej nie ma papierów. Co więcej, właśnie jest przerwa na jedzenie i wszyscy urzędnicy i pomagierzy wsuwają jakieś ryżopodobne żarcie z rybą z wielkiego talerza, rękami. Machaja na mnie i Neno, żebyśmy się dołączyli, ale jakoś nie mamy ochoty. Może gdyby wyglądało nieco smaczniej...



14:30 - dowiadujemy się, że nasze dokumenty będą gotowe za 5 minut. Idę przekazać tę radosna nowinę reszcie ekipy.



15:00 - dalej mamy dostać papiery za 5 minut. Ale kiepsko to widzę,właśnie wezwano na modlitwę i biura opustoszały, bo wszyscy przenieśli się do meczetu...

16:00 - stał się cud. Mamy wszystkie dokumenty w ręku. I 450 km jazdy przed sobą, żeby zrobić plan na dzień dzisiejszy. Każdy jest mocno podirytowany - głodem, upałem, przerośnięta biurokracją. I jeszcze majfrend chce od każdego z nas 5 Euro. Mówimy, że możemy mu dać 5 w sumie, bo nie trwało to 20 minut, jak obiecał. Co ciekawe, nie chce gadać z nikim jak tylko ze mną. Mówi do mnie per "sister" i zę ja go zrozumiem, zę on cały dzień nam poświęcił. Ha, pewnie myślał, że jak pogada o kasie z kobietą, to łatwiej coś wysępi. Błąd. Ja chyba tam najostrzej reagowałam na całokształt sytuacji, nie lubię jak ktoś się za bardzo spoufala, a poza tym jestem Krakusem i wydawanie kasy na nic mnie zupełnie nie podnieca. A poza tym z kobietami o kasie się nie gada i już. O! Negocjacje są twarde. 5 Euro albo nic. Majfrend mówi, że 5 Euro to dla niego nic. No to jak nic, to nie dostanie. OK, w końcu ustalamy cenę na 2500 ugija (ok. 7 Euro). I tak czujemy się wydymani, bo: za ubezpieczenie zapłaciliśmy po 15 Euro, a na kwitku jest cena równa 10 Euro. Tak samo kwity celne - naprawdę ich koszt to 8 Euro, a nie 26, więc pewnie i tak odpala mu działkę z tego co na nas zarobili.

16:15 - podjeżdżamy pod pierwszy szlaban. Pogranicznicy oglądają paszporty i każą przejść do budynku policji. Tam znowu - wprowadzanie danych do komputera za drzwiami po lewej i skanowanie odcisków palców za drzwiami po prawej. Potem powrót do motocykli i jeszcze jeden szlaban. Neno oznajmia, ze właśnie mu się popsuła stopka boczna w motocyklu - jest pęknięta i może całkiem się złamać w każdej chwili.

17:00 - przekroczyliśmy granicę. W sumie spędziliśmy tu nieco ponad 23 godziny. This is Africa.

Mieliśmy dzisiaj dotrzeć do Nawakszut. Zobaczymy ile damy radę pociągnąć. Jazdę po Mauretanii spowalniają check-pointy, porozstawiane co kilkanaście-kilkadziesiąt km (ale czasami co kilkaset metrów). Żandarmeria, policja albo inne służby sprawdzają tam dokumenty. Na szczęście mamy wydrukowane "fiszki" - ksero paszportu z naniesionymi informacjami o motocyklu: marka i model, nr rejestracyjny, VIN, rok produkcji, kolor. to bardzo przyspiesza sprawę. Inaczej, wszystkie te dane spisywaliby od każdego z nas z paszportu i dowodu rejestracyjnego... Mimo wszystko - trzeba się zatrzymać, "pogadać", odczekać swoje, a czasami podać dodatkowe informacje (zawód, czy narodowość, jakby tego drugiego nie mogli odczytać z fiszki...)

Droga jest dość dobrej jakości. Po bokach standardowo pustynia. Ciężarówki, mijane zazwyczaj w seriach, wzbijają tumany kurzu, przez co oślepiają i kilak sekund wtedy nic nie widać. W dodatku bardzo mocno wieje. Masa powietrza pchana przez TIRy przy mijankach prawie spycha z drogi.



Zapada zmrok, ale dzielnie jedziemy dalej. Po ok. 200 km widzimy stację paliw. Niestety nie mają benzyny. Za to maja sklep, gdzie kupujemy wodę. I bagietki, bo właśnie przynieśli świeżutkie i chrupiące. Każdy pałaszuje co najmniej połowę na miejscu. Jesteśmy zmęczeni, przejechaliśmy niezbyt dużo, ale granica nas wykończyła. Odkręcam kraniki w dodatkowym zbiorniku paliwa i pozwalam mu przesączać się do baku głównego i mogę jechać dalej.



Kilkadziesiąt kilometrów dalej mijamy po lewej stację Total. Krzysiu, który prowadzi nie zatrzymuje się na czas, ale robimy to za chwilę i zawracamy. Tak, to ta stacja, jest benzyna, więc tankujemy. Odkręcam korek wlewu do baku głównego i... error... leje mi się paliwo. Aha, to tak to działa. Przy pomocy Andrzeja, bo brakuje mi jednej ręki do trzymania światełka, zakręcam czym prędzej korek i tankuję tylko do zbiornika dodatkowego. Mam nauczkę - gdy w zbiorniku dodatkowym jest więcej paliwa to przelewa się do głównego baku całkowicie go wypełniając. Ponieważ główny zbiornik ma 9.5 litra, a dodatkowy 16, to łatwo przewidzieć, że tak się może dziać. Ależ jestem mądra ;) Niestety podczas całej operacji upada mi na ziemię telefon i rozbija się wyświetlacz. Na szczęście w rogu, więc dalej mogę korzystać z telefonu. Uff.

Nie dojedziemy dzisiaj do Nawakszut, bo jesteśmy z grubsza w połowie drogi. Neno ma ciemny wizjer, ja mam kiepskie światło, a wszyscy są mocno zmęczeni, Zaczynamy poszukiwania miejsca na nocleg. Kilka kilometrów dalej zjeżdżamy w bok. Pod wydmę. To względnie dobre miejsce. Nie jest idealne, ale jest.

Rozstawiamy namioty i chłopaki kontynuują walkę z rotopaxem. Potem zdobywają wydmę. Mimo wszystko walka jest mniej zawzięta niż wczoraj, ale i tak jest wesoło.


Przejechane: 211 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-03-02, 20:44   

Dzień 5 - Południe - południowy wschód
14 stycznia 2015 - środa


Poranek pod wydmą, na której dzisiaj widać ślady wczorajszych zmagań chłopaków. Za dnia wygląda to nieco inaczej, niż wieczorem. Może szkoda, że nie wbiliśmy się jeszcze trochę dalej, ale tam z kolei jest mnóstwo grząskiego piachu, więc pewnie wjeżdżanie tam po ciemku nie skończyłoby się czym dobrym. Słonce wstaje leniwie, my też jakoś tak niespiesznie. jest dość chłodno - czy to na pewno Afryka?
Rozpoczynamy procedurę startową - jedzenie, pakowanie, porządki, ogarnianie zniszczeń powstałych w nocy. Mam strasznie zapchane zatoki, a oczy łzawią mi tak, że leje mi się z oczu ciurkiem po policzkach. Już wiem, czego (oprócz kremu do rąk) mi brakuje - jakichś leków przeciwalergicznych. Dopiszę do listy na kolejny wyjazd.













Znowu z lekkim poślizgiem opuszczamy miejsce noclegu. Oj, trzeba wprowadzić większa dyscyplinę poranną. Niektórzy maja problem z wyjazdem na drogę, bo trafiają na miękki piach, ale generalnie wyjeżdża się jakoś łatwiej niż się tu wjeżdżało.









Można jechać. Nuda. Pustynia, pustynia, pustynia. Wraki. Piasek. Wiatr. Załzawione oczy. Piach świdrujący w nosie.











Zbliżamy się powoli do Nawakszut. Neno proponuje zwiedzenie jakiegoś punktu z boku drogi. Po dwustu metrach zatrzymują nas uzbrojeni żołnierze i każą zawrócić. Bez dyskusji. to by było na tyle ze zwiedzania punktu widocznego w nawigacji jako szczególnie interesujący...

Jeszcze tylko kilka upierdliwych kontroli co kilkaset metrów i wjeżdżamy do stolicy Mauretanii. Od razu zasysa nas lokalny ruch uliczny. Bez reguł, bez zasad, nieprzewidywalny, a jednocześnie dziwnie płynny. Nie przeraża mnie, już kiedyś tego doświadczyłam. Trzeba płynąć z ich prądem i będzie dobrze, nie stosować europejskich zasad i być przygotowanym na wszystko. Ot, cały sekret.









Dojeżdżamy do "Auberge Sahara" - hostelu, w którym mieliśmy nocować. Jest tu WiFi, zamawiamy jedzenie, korzystamy z prysznica. Oprócz tego robimy lekkie przepakowanie i - kto co może i uważa za zbędne w dalszej podróży zostawia tutaj (np. Krzyś i Neno zostawiają drugie komplety opon, z których mieli korzystać na ostatnim odcinku podróży powrotnej, ale że wracamy razem, to nie muszą ich już brać). Zgarniemy to w drodze powrotnej.











W końcu wyjeżdżamy i znajdujemy stację z paliwem. Dostaję lekkiego spięcia, bo, mimo, że stoję grzecznie w kolejce, jestem wyraźnie ignorowana przez obsługę stacji - najpierw tankują wszystkie męskie motocykle, a na samym końcu i jakoś tak niechętnie, mój.





W mieście jest upalnie, więc gdy tylko wydostajemy się z niego poprawiają się humory. Przynajmniej u mnie. Choć jazda dalej jest nudna jak flaki z olejem, a kontrole co chwilę wyjątkowo upierdliwe. Powodują masowy odpływ fiszek. Mam ich co prawda prawie sto , ale ciekawe, czy mi ich wystarczy, jak w takim tempie będę je wydawać?

































Droga usypia, ale trzeba być czujnym. Osiołki idealnie zlewają się z asfaltem i często zauważa się je w ostatniej chwili. Dodatkowo, pobocza czasami są wręcz "wysypiskami" zwierzęcych zwłok w różnym stadium rozkładu. Niektóre to już białe szkielety, inne wysuszone na wiór, ale jeszcze pokryte skórą, ale niektóre dość świeże i napęczniałe od uwalniających się w ich cielskach gazów... Jeden taki spuchnięty wielbłąd majaczy na horyzoncie... Wdech... przejazd obok... odliczenie do trzech... wydech. Inaczej mogłoby być przykro...







Na niebie pojawiają się dwie chmurki - pierwsze, jakie tu widzę. Droga ucieka, czas mija, ustalamy, że dzisiaj na nocleg zjeżdżamy zanim się ściemni. Niestety, jesteśmy zbyt blisko miasteczka, więc nie ma gdzie się rozbić (kilkanaście kilometrów przed i za każdym miastem jest wyjątkowo nieprzyjemni - wszędzie walają się śmieci, a pola są często odgrodzone jakimiś zasiekami). W miasteczku tankujemy i robi się całkiem ciemno.




W końcu znajdujemy jakieś miejsce do spania. Jest zupełnie inaczej niż wczoraj. Temperatura dochodzi do 30 stopni. Ściągam spodnie i stwierdzam, że od gorącego powietrza, przedmuchiwanego przez wiatr z jednej na drugą stronę motocykla, mam lekko poparzone udo. Zapiankuję pantenolem i będzie dobrze, ale póki co muszę się umyć. Kąpiel pod gwiazdami robię w jednym litrze wody. Da się? Da! I jeszcze pranie można zrobić ;) Woda jest brunatna od wypłukanego pyłu.

Dziś wszyscy grzecznie idą do swoich namiotów, nie ma żadnej imprezy wieczornej. W pewnym momencie Neno podnosi mały cichy alarm - ktoś idzie, więc każe zgasić wszystkie latarki. Napędza trochę stracha, więc nie śmiem odpalić tableta, żeby porobić notatki i zgrać ślady z GPSa. Kładę się spać. Noc mija spokojnie. Prawie... Tylko Hubert dostaje jakiejś nocnej fazy i krzyczy przez sen, że ktoś idzie... krzyczy na tyle głośno, że sam się budzi...


Przejechane: 505 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-03-05, 22:19   

Dzień 6 - Kryzys paliwowy
15 stycznia 2015 - czwartek


Tadam! Udaje się wcześnie zebrać. Wreszcie wyruszamy jak biali ludzie bladym świtem ;) I droga staje się jakby ciekawsza - coś się zaczyna dziać. Po początkowym odcinku standardowo prostą jak drut drogą, przecinającą piach zaczynają się pojawiać drobne atrakcje - a to jakieś krzaczki, skałki, a nawet zakręty.























W pewnym momencie robi się naprawdę pięknie - duże masywy skalne majaczą na horyzoncie, potem coraz bliżej. Nie odmawiamy sobie przyjemności zjechania pod jeden z nich i zrobienia małej sesyjki fotograficznej.





















Potem droga ma coraz więcej zakrętów. Można się trochę poskładać... ale ostrożnie, bo za winklem może czaić się łacha piachu albo żywe lub martwe zwierzę (i oczywiście często się czai). Kilometrów przybywa, paliwa ubywa. U mnie to mały problem - po 200 km od tankowania odkręcam kraniki w akcesoryjnym baku i jadę dalej. Piotrusz ma duży zbiornik tak czy inaczej. Neno, Krzyś i Hubert mają rotopaxy (również z paliwem, nie tylko z bimbrem). Andrzej i Piotr wożą jakieś kanisterki czy butelki, ale w sumie i tak mają niezłe zasięgi.







Tym razem jednak stacji benzynowej z "essence" nie ma przez długi czas i mamy nadzieję, że w następnej dużej miejscowości - Kiffa - znajdziemy paliwo. Przed miastem jest wyjątkowo upierdliwa kontrola na check-poście. Dokładnie sprawdzają wszystko, włącznie z numerem VIN. W końcu wjeżdżamy do Kiffy i znajdujemy stację z benzyną (wcale to nie jest takie proste). W dodatku Andrzej jedzie już na oparach. Huber i Neno są już po dolewkach i nikt już nie ma więcej paliwa w zapasie. Tankujemy motocykle i, kto ma i potrzebuje, kanistry czy butelki. Robi się zbiegowisko lokalnych, którzy są jakby bardziej "namolni" niż zwykle. Robimy więc tylko niezbędne zakupy - pieczywo, napoje - i umawiamy się, że na przerwę staniemy za miastem.





Jak ustalamy, tak robimy. 10 km za Kiffa stajemy na chwile odpoczynku i coś do zjedzenia. Nie udaje nam się całkowicie uniknąć towarzystwa lokalesów, bo zatrzymuje się przy nas jakaś wypasiona jak na tamte warunki fura i mauretańska rodzina postanawia się przez chwilę z nami integrować.



Jedziemy dalej. Dzisiaj w sumie jest dość pochmurno i mniej upalnie. Widać, że jest wyraźnie inaczej niż na północy kraju. Zauważam dziwną rzecz - Kostek jakby był mniej żwawy. Gdy dodaję gazu zdarza się, że nie bardzo reaguje. Jakby się przytykał. Ale dzieje się to dość rzadko, więc nie panikuję.







Przed miejscowością Tintane mamy niezły kawałek offu. Jest remont drogi - zdjęli asfalt (być może po powodziach, które ostatnio nawiedziły ten region) i kładą go na nowo. To znaczy zamierzają... bo póki co jest objazd, który prowadzi po jednej lub drugiej stronie głównej drogi.















Krzyś i ja jesteśmy chyba w swoim żywiole, bo odkręcamy manetki i sypiemy ile wlezie. Mimo, że Kostek raz mi gaśnie (akurat przejeżdżam przez jedyną na trasie kałużę i utykam w samym jej środku), to odsadzamy resztę grupy na dość dużą odległość. Meldujemy się na posterunku przed miastem, gdzie dostajemy pytanie - gdzie reszta? Jak widać przepływ informacji działa, bo wiedzą, że jedzie przez kraj gang motocyklowy ;) Wjeżdżamy do miasteczka i stajemy przed sklepem, gdzie czekamy na resztę obserwując lokalne życie.































W końcu są. Okazuje się, że mieli kilka przygód. Na przykład Małyszek prawie wjechał w jedyne drzewo "na poboczu". Podobno lokalesi, którzy zbiegli się na pomoc, postawili jego transalpa na koła, zanim w ogóle ktoś się zorientował, że coś się wydarzyło ;)







Możemy jechać dalej. Główna ulica miasta jest zapiaszczona, jadę tuż za Hubertem i o mało co nie wjeżdżam w niego, gdy ten zalicza glebę na piachu. Lokalesi znowu w tempie ekspresowym go podnoszą, a mi udaje się utrzymać moto i siebie w pionie. Nauka dla mnie - większy dystans za Małyszkiem w piachu ;) Albo inna koleina ;)

Nie mija chyba nawet kilometr i jest kolejna przygoda - Piotr gubi jedną, ale kluczową, śrubkę mocującą stelaż z kuframi. Na szczęście w grupie są sami spece od śrubek, więc w pół godziny temat jest ogarnięty i stelaż trzyma.









Kolejna kontrola na posterunku tez jest dość długa. Odradzają nam jazdę tam, gdzie chcemy - bo terroryści, bo Al Kaida. Chyba przesadzają? Owszem, wiemy, że Mali jest w stanie wojny, ale my nie wybieramy się tam, gdzie jest niebezpiecznie, mistyczne Timbuktu odpuszczamy.






Jest już dość późno, a my przejechaliśmy kawał drogi. Powoli myślimy o jakimś noclegu, bo zaraz się ściemni. Jednak nic ciekawego nie ma w okolicy, zęby tam zjechać i rozbić namioty. Na prostej Kostek znowu mi gaśnie. Ja mu gaz, a on zgasł. Nie podoba mi się to. W końcu całkiem się ściemnia. ustalamy, że czwórka jedzie do Ayoun, po drobne zakupy na wieczór, a reszta (Krzyś, Piotrusz i ja) znajdujemy jakieś miejsce na nocleg.

Udaje się coś znaleźć i dać koordynaty reszcie, która dołącza po chwili. Podobno na posterunku przed miastem mieli kilka niewygodnych pytań o to gdzie jest reszta i dostali zgodę na powrót i podróżowanie po ciemku (tak, policja, czy żandarmeria może nie pozwolić na jazdę nocą!) tylko dlatego, że powiedzieli, ze muszą wrócić do grupy. Zaczynają się wieczorne rytuały - mycie i pranie w litrze wody (muszę jutro umyć głowę, jako jedyna niełysa w grupie czuję że mam na niej zapiaszczone tłuste strąki ;)), rozmowy przy whiskaczu i słuchanie tej samej playlisty hitów co w każdy niemalże wieczór (z obowiązkowym wielokrotnym odtworzeniem piosenek o małej blondyneczce (dedykacja dla Neno) i białej sukience (dedykacja od Krzysia dla mnie ;))

Jest jasno, bo świeci piękny księżyc i bardzo ciepło. O 22:00 wszyscy już grzecznie śpią.


Przejechane: 533 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-03-22, 14:31   

Dzień 7 - Operacja
16 stycznia 2015 - piątek


Rankiem zmierzamy do Ayoun, czyli tam, gdzie część grupy robiła nocne zakupy. Teraz widzimy, że okolica to piękne skałki (i nawet Neno miał pomysł, żeby w takich okolicznościach przyrody zrobić nocleg, ale jak wiadomo po ciemku trudniej się szuka, więc zadowoliliśmy się "czymkolwiek). Z drugiej strony widać, że jesteśmy blisko miasta, bo pobocza usłane są tonami śmieci. Może więc jednak dobrze, ze nocleg był ba bardziej "czystym" obszarze?



W Ayoun naszym celem jest stacja benzynowa. Jest. Jest nawet dystrybutor do benzyny, ale paliwa nie ma. Za to jest dostępne z beczki, za bagatela 1000 ugija czyli nieco poniżej 3 euro za litr. Ja odpuszczam tankowanie - mam odpowiedni zasięg do kolejnego miejsca. Ci, którzy nie mają - kupują paliwo z butelek, albo tankują z kanistrów i butelek to, co zakupili na poprzedniej stacji













Dopiero teraz zauważamy jak koszmarne j jakości paliwo jest wlewane do naszych baków. W butelce zatankowanej w Kiffie jest mnóstwo fusów. Andrzej postanawia wlać to do swojego GSa - przez poczwórnie złożoną moskitierę. Niestety, cały syf przechodzi przez ten "filtr". Jest lekka załamka, ale trudno - już po ptokach.

Jedziemy w kierunku miejscowości Nema. Może tam się uda zatankować. Nie, tam się musi udać zatankować...















Przed Timbedrą jest check-post. Tym razem sprawdzanie trwa dłuższą chwilę, bo fiszki to za mało. Musimy się kolejno odmeldowywać w policyjnym namiocie, gdzie dokładnie sprawdzane są nasze paszporty. W moim policjant nie może znaleźć pieczątki wjazdowej do Mauretanii. Rzeczywiście - mój paszport ma już tylko jedną pustą stronę, więc wyłowienie właściwej pieczątki z całego gąszczu innych może być problematyczne. Ale udaje się - w końcu wjechałam tu legalnie ;)









W Timbedrze szukamy paliwa. Jest jedno miejsce, gdzie można kupić z beczki - za 800 ugija za litr. tym razem na wszelki wypadek biorę dwa litry - to da mi kilkadziesiąt km dodatkowego zasięgu i komfort psychiczny w razie W. Paliwko wygląda na w miarę czyste.













W wiosce robi się nie lada zamieszanie - wszyscy lokalesi chcą obserwować jak tankujemy motocykle. W efekcie tworzy się korek na głównej ulicy, policja musi kierować ruchem, jednocześnie rozganiając towarzystwo kijami jak stado osłów.















Ruszamy w dalsza drogę. Ponieważ mam niepełny bak, za jakiś czas zapala mi się rezerwa i w tej samej sekundzie Kostek zwalnia i staje. Znowu - ja mu gaz a on zgasł. Dziwne. Zsiadam, odkręcam kraniki od dodatkowego baku, paliwo przelewa się do głównego, odpalam i jadę. Jednak trochę mnie niepokoi to co się dzieje...













Przed Nema jest kolejny check-post. Tu dostajemy konwój, który nas odstawia na posterunek policji w mieście. Tam dokładnie sprawdzają nasze dokumenty. Niestety niespiesznie, bo jest przerwa na modlitwę i jedzenie. W takim razie my też korzystamy z chwili "wolnego" - przy posterunku jest studnia, którą trochę osuszamy - robimy jedzenie, mycie, tankowanie kanistrów, żeby była woda techniczna na wieczór.



























Powoli myślimy o tym, żeby ruszyć w kierunku granicy (Adel Bagrou) i do Nara w Mali. Ale, ale, nie tak szybko - Krzysiek ma flaka w przednim kole... Tak więc on - do wulkanizatora, a my na stację benzynową (tak, jest tu!). Poruszać się możemy w towarzystwie uzbrojonego policjanta, więc z obstawą tankujemy. Ja biorę 10 litrów. Do Mali już nie jest tak daleko, a tam paliwo jest bezproblemowo dostępne.





Robimy też zakupy w lokalnym sklepie - oczywiście w asyście. W sklepie obsługuje jakiś dzieciak, pewnie syn właściciela. Policjant pomaga mu w obsłudze nas, pilnując, żeby ceny były takie jak dla lokalnych, a nie zawyżone "dla białych". Po chwili przychodzi właściciel sklepu i robi rozróbę. Są krzyki, niemiła atmosfera, policjant chyba dostaje po uszach, a kolejne osoby (w tym ja) za zakupy płaca już dwukrotnie wyższe kwoty. Heh, bywa. This is Africa. Tu jest drogo...



Czekamy na Krszysia. W końcu przyjeżdża i opowiada historię naprawy gumy. Wiecie jaksię w Nema łata dziury? Robiąc kilkanaście kolejnych! Naprawa dętki polegała na jej... zaszyciu. Potem była oczywiście "wulkanizacja na gorąco" - za pomogą kleju, łatki i podpalania (i tak kilka razy). Niemniej jednak patent ciekawy... Ciekawe ile wytrzyma ;)











W końcu jesteśmy już w komplecie i możemy jechać. Dostajemy informację, że droga do Amourj i Adel Bagrou jest kiepska, łatwo się zgubić, bo jest mnóstwo rozjazdów i generalnie mamy uważać. No to jedziemy. Droga jest idealnie równa, nowa, asfaltowa... Hmmm... Gdzie jest haczyk?



Po kilkunastu kilometrach jednak zaczyna być tak, jak miało być - szuterki, piaski, generalnie off.























Popołudniowe słońce daje się we znaki - jest bardzo ciepło. Kostek marudzi. Coraz częściej traci moc i staje. Jazda zaczyna być coraz trudniejsza, bo ciężko się jeździ po piachu, kiedy nie ma pełnego zaufania do manetki gazu i tego, ze jak potrzebuję mocy, to ją bezproblemowo mam. Po jakimś czasie Kostek porusza się jedynie o maksymalnie sto metrów i gaśnie. Krzysiek wsiada na niego i robi testy - to samo. Generalnie jesteśmy w środku niczego, kilkadziesiąt km od najbliższej cywilizacji w każdą stronę, powoli robi się coraz później. Nie muszę chyba wspominać jaki mam poziom wkurzenia i co mi się kotłuje w głowie i jakie plugawości cisną na usta.



Jedno jest pewne - ja dalej nie pojadę.Postanawiamy, że na dziś to już koniec jazdy. Jedynie zbaczamy trochę w bok, żeby nie stać "na drodze". Tam rozbijamy obozowisko - pierwszy raz przed zmrokiem, więc niektórzy śmieją się, że po raz pierwszy widzą, jak wyglądają ich namioty ;)



Rozpoczynamy akcję serwisową. Telefon do przyjaciela (zasięg jest tylko jak wyciągnę rękę do góry ;)), tęgie głowy, eliksir z rotopaxa... Generalnie problemem wydaje się być filtr paliwa - wiedziałam, że nie jest pierwszej świeżości, ale niestety nowy nie dotarł przed wyjazdem. Przepłukanie go może niewiele dać, więc, po konsultacjach z kompetentną osobą, zapada decyzja, że go przetniemy. To znaczy jego jedną warstwę, bo jest to taka "poduszeczka", która ma na zewnątrz gęstą siateczkę,a wewnątrz trochę rzadszą. Niestety filtr jest umiejscowiony na końcu pompy paliwa, która jest zanurzona w baku, więc to operacja na mocno otwartym pacjencie... Mamy tylko nakaz zrobienia tego w maksymalnie sterylnych warunkach... Tak... jasne... jest środek pustyni, spore zapylenie, jest już ciemno... Będziemy się starali...
Skład zespołu operacyjnego to:
prowadzący operację: prof dr hab Krzysztof
pielęgniarka: Agata,
konsultant: dr Piotrusz,
dokumentalista: Neno,
i Ci, co to narzędzia (i narządy) w alkoholu dezynfekowali: Andrzej, Hubert i Piotr :)

Zdejmujemy akcesoryjny bak, żeby było więcej miejsca (poparzam sobie rękę o gorącą rurę...), odkręcamy uszczelkę trzymającą cały zestaw pompy, wyciągamy ją i filtr, wielką strzykawą odsysamy paprochy z pełnego baku - trochę ich się tam zebrało, w jednym miejscu, więc idzie w miarę sprawnie. Krzyś najpierw dokładnie (tzn na tyle na ile się da) czyści filtr, przepłukując go paliwem, a potem wykonuje cięcie na filtrze - ogląda i mówi, że trzeba było naciąć inaczej... Jednak filtr "w środku" wygląda inaczej niż nam się wydawało patrząc z zewnątrz... Ups... Błąd naprawiamy jakimś super glue i powstaje kolejne cięcie, tym razem prawidłowe.





Można poskładać wszystko do kupy i zrobić testy. Moto odpala, Krzyś robi kilka rundek dookoła obozowiska. Wygląda dobrze, mimo, że nie da się wygodnie pojeździć po zmroku - światła w Kostku to osobna sprawa - są tak beznadziejne, że świecą z 7 metrów przed motocykl, więc szybsza jazda jest niebezpieczna, bo można nie zauważyć jakiegoś uskoku, a tu jest kilka w okolicy. Ale to wada wszystkich X-ów. W każdym razie - jest moc, nic nie gaśnie. Na dzisiaj to tyle. Rano dalsze testy.


Przejechane: 352 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-03-24, 22:12   

Dzień 8 – HardcoreOFFo
17 stycznia 2015 - sobota


Słońce wschodzi na czerwono. A nawet różowo. Kolory są niesamowite - nigdy takich nie widziałam. Okazuje się, że Krszyś spał pod gołym niebem - nie chciało mu się wlogowywać do namiotu, więc kimał przy swojej tenerce. Kostek, ogołocony z "dużej klaty"grzecznie stoi przy moim namiocie i czeka na poranne testy. Krzyś ordynuje - jeździsz 10 minut. Jest siódma z małym hakiem. Rozpoczynam testy.















Moto odpala bez problemu. Jedynka, dwójka, trójka, hamowanie, przyspieszanie, ósemki, zakręty mniej lub bardziej ciasne. Kręcę kółka po pustyni jak głupia. czas płynie wolno a taka jazda trochę nudzi. Ale miało być 10 minut. Boję się tylko, ze na ostrych kamyczkach które tu leżą złapię gumę. Kończę jazdy - wszystko gra. Motek śmiga jak wściekły. Udało się!



Mogę złożyć do końca moto, zjeść śniadanie i spakować swoje graty. Sprawdzam jeszcze profilaktycznie filtr powietrza, bo wczoraj tego nie zrobiłam - jest czysty. Muszę trochę się spieszyć, bo wszyscy generalnie już są gotowi. Gdy w pośpiechu przełykam cokolwiek do jedzenia dochodzi do mnie informacja, że mogę się wyluzować - Neno ma flaka w przednim kole i chwilkę potrwa zanim się to ogarnie.



Zapada jednak decyzja, że tylko dopompowijemy, nie tracimy teraz czasu na łatanie. Trzeba jechać, bo mamy trochę trasy do nadrobienia.



Jazda wcale nie jest prosta - drogi jak nie było, tak nie ma, tzn jest milion przecinających się ścieżek, ale która jest właściwa? Wydaje nam się, że jedziemy równolegle do jakiejś głównej drogi, bo raz po raz majaczą na horyzoncie ciężarówki, ale jakoś tak za bardzo jedziemy na wschód, a powinniśmy na południe.







W końcu dojeżdżamy do punktu, gdzie zapada kolejna decyzja - nie możemy znaleźć drogi, to sami ją sobie wytyczymy. Jedziemy na azymut, na południe.



I tu zaczyna się hardcore. Po drodze mamy kamienie (tzn takie mniejsze głazy wielkości sporej dyni), piachy, gaje z jakimiś krzakami, suche rzeki, w których korytach jest wyjątkowo nieprzyjazny piasek. Teren, w jakim nigdy nie jeździłam. Droga wcale nie ubywa, bo musimy kluczyć między przeszkodami, wybierając przejezdne miejsca.



















Zaliczam dwie gleby, które kończą się prostowaniem kierownicy u Kostka (tu dziękuję Piotrowi) i poprawa mocowania lusterka (klucz mam pod ręką na szczęście). Jest kryzys. Dopada mnie dół. Nie radzę sobie. Pewnych przeszkód nawet nie próbuję forsować, a inne (takie same lub trudniejsze przejeżdżam bez wywrotki, podczas gdy inni mają problemy). Całkowita załamka. Nic nie rozumiem. Łzy ciekną mi rzęsistym strumieniem po policzkach i jedyne co jestem w stanie powiedzieć Krzysiowi, który czuwa nade mną jak dobry duch, to "Zabierz mnie stąd, ja tu nie chcę być, ja chcę do domu".











Do jakiejś drogi zostaje nam kilometr. Neno zalicza koncertową glebę i rozwala jedną sakwę. Musi się trochę przepakować i przy okazji znajduje fasolkę do jedzenia i zapas papieru toaletowego. Odkrycie kwituje z uśmiechem - "oo. fajnie, a tak oszczędzałem, teraz będę trzy razy dziennie chodził" ;)



Łatwiejszym terenem dojeżdżamy do Amourj.







Tam podjeżdżamy do żandarmerii, ale nic od nas nie chcą - wymieniamy więc tylko uprzejmości i stajemy przy jedynym sklepie w centrum wioski. Kupujemy zapas wody i integrujemy się z tubylcami.













Kierujemy się na Adel Bagrou. Krzyś prowadzi, ja za nim. Niestety, standardowo nie możemy znaleźć właściwej drogi wśród piaskowych ścieżek wychodzących z wioski. Zatrzymujemy się, a Krzyś mówi, że wg niego droga idzie bardziej w prawo - podjedzie tam i zobaczy. Odjeżdża, a ja czekam. Krzyś macha, żeby do niego zjechać, ale w tym momencie reszta grupy mija mnie i jedzie dalej, odbijając lekko w lewo. Nie pomaga trąbienie, machanie i wołanie, żeby się zatrzymali. Kurcze, co zrobić? Zanim ruszę, to znikną mi z horyzontu. Krzyś też ich ani mnie nie znajdzie, bo jest w sporej odległości. Po drugie, jak się wywalę, to nawet nikt nie zauważy i utknę. Dobra, są dorośli, poradzą sobie, wiedzą, gdzie mamy jechać. Ja ufam Krzyśkowi, że jego droga jest dobra. Dojeżdżam do niego i postanawiamy, ze jedziemy i spotkamy się w Adel Bagrou,

Tym razem jazda wchodzi jak marzenie. Teren jest różny - różne piachy, ubita ziemia, szutry, kamyczki, krzaczki. Jedziemy szybko. Najlepiej idzie jak prędkość jest w przedziale 60-90 km/h. Przy 40 po piachu trzeba trochę walczyć, a szybciej jest miodzio. Dwuosobowa grupa ma świetną sprawność. Lecimy sobie, jest pięknie, choć słońce prazy niemiłosiernie. Stajemy pod drzewem na chwilkę przerwy. Uzupełniamy płyny i poprawiamy mocowanie mojego bagażu - teraz będzie jeszcze lepiej, bo jest maksymalnie sztywno osadzony na motocyklu. Poprawiam też siedzenie, bo nie było do końca "wkliknięte". Teraz wszystko jest cacy. Otrzymuję SMS od siostry - Rafał Sonik wygrał Dakar! Yeah!!! Gratulacje!!! Ja za to wysyłam SMS do Andrzeja z drugiej grupy, że jedziemy do Adel Bagrou i tam się spotkamy.





Jedziemy dalej. Dobre dakarowe wiadomości powodują, że myśli uciekają w stronę Ameryki Południowej. Wtedy tańczę na piachu. Jednak skupienie na tym, co tu i teraz to podstawa. Ech, chciałabym kiedyś tak umieć jeździć po pustyni... Ups, znowu uślizg na piachu. Skup się dziewczyno! Dobrze, że gdzieś z tyłu głowy majaczy mi "jeśli nie wiesz jak zareagować, dodaj gazu" - to parę razy ratuje mi tu tyłek.





Docieramy do Adel Bagrou. Tam natychmiast przejmuje nas uzbrojona żandarmeria i bez zbędnych ociągań każe nam stawić się u szefa. Ten siedzi przy kolonialnym biurku, popija herbatkę i widać, ze jest dość skonsternowany. Pojawia się też tłumacz, który tłumaczy nam, co mówi szef. Dostajemy herbatkę, a szef pyta nas, gdzie jest reszta, bo wie, ze jedzie grupa siedmiu osób - sześciu mężczyzn i jedna kobieta, a zjawiliśmy się tylko we dwójkę. No cóż, sami chcielibyśmy to wiedzieć co z resztą. Mówimy mu, że się pogubiliśmy. Niechętnie, ale przyjmują nasze wytłumaczenia, upewniając się kilka razy, czy reszta grupy wie, ze maja przyjechać tu, do Adel Bagrou. Heh, no chyba wiedzą...



Możemy tylko czekać. Dostajemy kocyk i podusie w cieniu, przynoszą nam więcej herbatki, możemy pójść do sklepu trzydzieści metrów obok posterunku, ale tylko w asyście uzbrojonego żandarma. Kupujemy zimne picie. Chleb jest tylko wczorajszy, nie ma świeżego. Ponieważ nieświeże pieczywo szkodzi na żołądek, wg naszego tłumacza, to odradza nam jego kupowanie. Ale że nie mamy wielkiego wyjścia i i tak chcemy je kupić, to płaci za nie w naszym imieniu.







Próbujemy zlokalizować resztę. Eureka! Mają SPOTa - zlokalizujemy ich po ich pozycji satelitarnej. Niestety internet tutaj nie działa, więc wysyłam SMSa do siostry, żeby sprawdziła koordynaty i podesłała mi SMSem i tak kilka razy dopóki się nie spotkamy. Okazuje się, że są kilkanaście kilometrów od nas. Okazuje się też, że SMS do Andrzeja wysłałam na zły numer i oddzwonił do mnie jego wspólnik z Polski. OK, to wysyłam jeszcze raz, tym razem na numer, którego używa na wyprawie. Ech, "blądynka" ze mnie...

W końcu słychać silniki. Cała wioska prowadzi przyjezdnych w stronę posterunku. Ekipa przyjeżdża i zaczyna od wylania na mnie Krzyśka kubła zimnej wody że się rozdzieliliśmy. Podobno nie słyszałam, jak Neno przejeżdżając koło mnie powiedział, że ich zawróci. Nie słyszałam. Ale teraz mamy już jasność - jak się zgubimy, to się spotykamy w miejscu gdzie się ostatnio wszyscy widzieliśmy. Podobno to oczywiste. Dla mnie nie było - dowiedziałam się o tej zasadzie dopiero teraz.

O ile Krzyś i ja nie mieliśmy przygód na trasie, to reszta miała. Na przykład Piotrusz zaliczył szczupaka przez kierownicę, a Małyszek znalazł na pustyni drut kolczasty...













Szef żandarmerii wzywa nas wszystkich do siebie i daje wybór - zostajemy tu na noc, bo tu jest bezpiecznie, czy podpisujemy papiery, że na własną odpowiedzialność opuszczamy to miejsce i jedziemy dalej. Chwile burzliwie dyskutujemy. Jest szesnasta. Zanim się zbierzemy, minie pół godziny, do Nara mamy kilkadziesiąt kilometrów, ciemno się robi koło 18:00 z hakiem. Jaka jest droga? Podobno dość dobra i damy radę szybko dojechać. Jest tu paliwo? Nie. A możliwość wymiany pieniędzy? Tak, przyjedzie gość, który zmieni nam walutę, na franki zachodnioafrykańskie, bo jak wjedziemy do Mali to przez jakiś czas będzie problem z wymiana waluty. Jeszce chwila ustaleń i... jedziemy. Podpisujemy papiery (cokolwiek tam jest napisane), dostajemy pieczątki w paszporty i jesteśmy wolni. Pakujemy się na motocykle. Tuż przed odjazdem upada mi na ziemię kask. Odpada mocowanie kamerki, ale to najmniejszy problem. Rozwala się też mocowanie wizjera, więc jest spora szansa, że od tej pory będę miała kask z szybką, której nie mogę podnieść. Kiepska opcja jak na Afrykę... Teraz nie ma czas u na serwis, zajmę się tym przy innej okazji, teraz muszę dać radę tak.

W asyście uzbrojonego konwoju ruszamy w kierunku granicy. Po stu metrach jest budynek celników, gdzie mamy załatwić papierologię związaną z motocyklami. Jednak przy wjeździe na teren jednostki Krzyś wykopuje z ziemi i przerywa kabel, dzięki czemu pozbawia swoją tenerkę osłony łańcucha, a całą wioskę elektryczności pewnie na następny kwartał. W związku z tym, celnicy nie mają możliwości odpalenia komputerków, więc tylko machają ręka i mamy jechać dalej...

Za kolejne sto metrów zatrzymujemy się, bo zaraz przyjedzie do nas kantor. Lokalny cinkciarz podjeżdża wypasioną furą, trwają negocjacje co do kursu. Nie jest idealny (550 za jedno euro, podczas, gdy kurs realny to 650), ale chyba nie mamy wyboru. Każdy wymienia ile uważa za stosowne i znowu ruszamy.



Około siedemnastej z minutami dojeżdżamy do granicy. To po prostu krzak stojący w środku pola. Tu wóz żandarmerii nas opuszcza. Tłumacz daje nam kilak dobrych rad: droga jest dobra, można jechać 120 na godzinę, w pół godziny będziemy w Nara, zapewne lokalna żandarmeria nas przejmie na rogatkach miasta i że mamy nocować u nich. Mówi, że mamy za żadne skarby się nie zatrzymywać, a jeśli zobaczymy martwego człowieka, mamy jechać dalej, bo to może być zasadzka. mamy nie ufać nikomu, poza wojskiem, żandarmerią i policją, a w razie problemów zadzwonić na bezpłatny numer 116 i dodzwonimy się do żandarmerii. Po tym wyciąga rękę po 56 euro (8 od łebka) za swoje usługi (aha! jednak nic nie jest bezinteresowne!) wsiada do pick-upa i odjeżdża z żandarmerią.



No to jesteśmy w Mali! Droga początkowo rzeczywiście jest bardzo dobra, ale potem zaczyna się miałki piach. Mąka. Gips. Masarka. Tempo spada, zmęczenie daje znać o sobie, powoli się ściemnia. Neno ma flaka w przednim kole, Piotrusz marudzi na teren, który jest za trudny dla jego ciężkiego motocykla i nie za bardzo agresywnych opon, Małyszek glebi urywając rotopaxy... Nawet nie jesteśmy w połowie drogi gdy zapada decyzja, że nie jedziemy dalej. Zajeqwabiście :( Najgorsza opcja z możliwych. Zjeżdżamy z piaszczystej drogi w bok, próbując znaleźć miejsce na nocleg. Kątem oka dostrzegam jakiegoś lokalnego pasterza, który nas obserwuje. Boję się. A jeśli to nie pasterz? Oddalamy się od "drogi" ile tylko możemy. Rozbijamy obozowisko, cicho, z minimalnym użyciem latarek. O świeceniu lampami motocykli nie ma nawet mowy. Oby nas nikt tu nie znalazł. Jestem spanikowana. Chłopaki próbują mi wytłumaczyć, ze jest bezpiecznie. Taaa, to po co te zabawy w konwoje i ostrzeżenia? Wiem, teoretycznie tu jest bezpiecznie, w tym regionie, ale... po pierwsze to Afryka, a po drugie to Mali, które bądź co bądź jest w stanie wojny... Wszystko jest jeszcze względnie OK, dopóki chłopaki nie odpalają mikstury z rotopaxa... A wtedy zaczynają się śmiechy, hihy, muzyka na full z komórki, śpiewy. No pięknie, ja tu umieram ze strachu, a ci robią sobie jaja. I to takie w stylu "Uwaga, ktoś idzie! hahaha". Neno podaje mi PIN (1111) do namiotu jego i Krzysia - jakbym się bała, to mogę przyjść spać z nimi. Krzyś zapewnia, że "beeezie mnje broniśśś doo ossstatniej kroppli krfiiii". Fajnie, ale jakoś nie brzmi przekonująco w tych okolicznościach. Naprawdę pękam. Panika przechodzi w lekką histerię. A po drodze ktoś jeździ motocyklem. Nie wierzę, że na piaszczystej drodze nie widać nagle śladów siedmiu ciężkich motocykli, które skręcają w bok. Oby nas nikt tu nie znalazł... A jeśli już to niech nas znajdzie żandarmeria, a nie dżihadyści... Wymieniam SMSy z siostrą, melduję się co chwilę. Nie jest wesoło. Mam nadzieję że dotrwamy do rana...


Przejechane: 161 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-03-31, 21:44   

Dzień 9 - cz. 1 - Aresztowani przez wojsko
18 stycznia 2015 - niedziela


W nocy budzę się dwukrotnie. Jeszcze żyję. Żyjemy. Raz na jakiś czas toś przejeżdża drogą warcząc motocyklowym silnikiem. Melduję się siostrze i dosypiam do rana. Pobudka jest później niż zwykle. Słońce już dawno wstało. Moje śniadanie przymusowo składa się z rybek w sosie pomidorowym. Cienka blacha płaskiej puszki nie wytrzymała chyba wczoraj umocnienia mocowania bagażu i pękła. Mimo, że każda puszka, którą przewożę jest owinięta folią spożywczą, to pół torby jest uwalane sosem i "wali rybą". Ogarniam zniszczenia jakie wyrządziła makrela. Oprócz tego, przy pomocy super glue względnie doprowadzam do stanu używalności kask - sklejam mocowanie wizjera, choć brakuje tam takiej małej sprężynki - musiała się zapodziać przy upadku. Ostrożnie testuję wizjer - można go opuszczać i podnosić, więc jest dobrze. Przy delikatnym traktowaniu może uda się dojechać do końca wyprawy z tym defektem, a potem cóż... niezaplanowany wydatek... trzeba będzie kupić kask... Moje dłonie też wołają o pomstę do nieba - afrykański brud zalazł we wszystkie zakamarki na skórze, a paznokcie powoli odrastają pod kolorkami, jakie na nich mam. Nie mam jednak czasu się teraz nimi zająć. Może później.











Ruszamy około dziewiątej. Zamiast drogą z ciężkim piachem, to bokami, offem, żeby było łatwiej. Czasem jest rzeczywiście łatwiej - grunt jest twardy i zbity. Coraz częściej trafia się jednak piach. Wielkie łachy piachu. Trzeba omijać przeszkody - zagrodzone pola, uskoki, skupiska krzaków. Szczególnie tych z wielkimi kolcami. Przebitych opon jest pod dostatkiem.

















Dojeżdżamy do jakiejś wioski, ale omijamy ją od strony pól uprawnych. To jeszcze nie ta, do której zmierzamy. Pola przedzielone są dróżkami o jakości równie fatalnej, albo i gorszej od drogi głównej, z której zboczyliśmy. Jazda jest trudna i wymagająca. A żar leje się z nieba.
Z Andrzejem i Krzysiem jedziemy z przodu i w końcu stajemy na rozdrożu. Jechać w prawo, gdzie droga wydaje się lepsza, czy w lewo, gdzie wydaje się gorsza, ale zgodna z ogólnym kierunkiem do celu? Dojeżdża Piotr i Hubert. Czekamy na resztę. Widzę jak w sporej odległości od nas Piotrusz na pełnym gazie wpada w pole melonów, niknie w krzakach, a potem słychać jego przeraźliwe wołanie "Ernest! Ernest!!!!" Neno, jadący za nim spokojnie dojeżdża do nas, grająca w słuchawkach muzyczka skutecznie zagłuszyła wołanie Piotrusza, który dalej stoi w tym samym miejscu. Coś się stało. Na pewno. To wołanie nie było tylko wołaniem przywołującym uwagę. To było wołanie o pomoc. Krzyś i Ernest przez środek pola jadą do Piotrusza, reszta czeka. Jesteśmy zbyt daleko by się widzieć czy słyszeć, więc nie wiemy co się dzieje. W międzyczasie pojawiają się lokalesi - jeden na koniu, dwójka na skuterku. Stoją i patrzą na nas. Pewnie "niszczymy" im plony...



Po jakimś czasie Neno, Krzyś i Piotrusz dołączają do nas, czekających w pełnym słońcu na rozstaju dróg. Nie jest dobrze, Piotrusz narzeka na ból prawej nogi w kostce. Wyrzuciło go na piachu i moto poniosło go w pole i tam zaliczył glebę. Niedobrze. Boląca noga w offie, to zła prognoza.

Zwiad sprawdza drogę w prawo (Krzyś) i w lewo (Neno). Lewa odpada - zaraz jest jeszcze gorsza. Prawa, choć nie do końca zgodna z głównym kierunkiem jazdy za chwilę się utwardza i mamy nadzieję, że zaprowadzi nas do jakiejś drogi głównej prowadzącej do Nara. Wg mapy, to powinno być realne.

Ale najpierw pierwsza pomoc. Przejeżdżamy kilkaset metrów, pod najbliższe drzewo i Dr Krzysztof sprawnie ogarnia pacjenta, tym razem żywego. Kostka wygląda na zwichniętą czy stłuczoną. Może nie jest tak źle. Mimo tego, co się przed chwilą zdarzyło, humory nie są najgorsze. Nawet mnie trochę stres odpuścił.











Piotrusz mówi, że po twardym da radę jechać. Ucierpiała jego prawa noga, więc ta "mniej potrzebna", bo od hamowania. No to jedziemy!



Przez chwilę jest ok - twardo, równo, da się jechać całkiem sprawnie. Niestety za chwilę już jest dużo gorzej. Wielkie piaskowe pola. W dodatku z bydłem, między którym trzeba kluczyć. Piotrusz przewraca się kilkukrotnie. Brak możliwości jazdy na stojąco plus zblokowanie wynikające z lęku przed szybszą jazdą (i ewentualnym upadkiem przy większej prędkości) skutecznie utrudniają jazdę po piachu.





Znowu dojeżdżamy do jakiejś wioski. Piotrusz pada po raz enty. Nawet nie wstaje. Krzyś jedzie na zwiad, żeby znaleźć jakiś objazd. Cokolwiek co umożliwi dalszą jazdę. Musimy dotrzeć do Nara, do cywilizacji. Zostało kilkanaście kilometrów, ale to może być dystans nie do przejechania. Czekamy na rozwój sytuacji.





W tym momencie rzeczy zaczynają się dziać jak w filmie akcji. Znikąd pojawiają się trzy pick-upy z ciężkimi karabinami maszynowymi na pakach. Otaczają nas, a z każdego wyskakuje grupka uzbrojonych facetów. Krzyczą coś po swojemu, wymachują kałachami. Generalnie nie wiadomo czego chcą. Jesteśmy jak sparaliżowani, nie wiadomo o cho chodzi. Któryś prawie szarpie Piotrusza, każąc mu wstać, próbujemy wytłumaczyć, że to niemożliwe, bo noga uszkodzona. Moja szczątkowa znajomość francuskiego próbuje wychwycić cokolwiek z padających dookoła okrzyków, rozkazów. Mózg pracuje na 200% możliwości... Nie strzelają, jest dobrze, nie łapią/obezwładniają nas, jest dobrze, niektórzy mają coś na kształt mundurów, nie jest źle. Ukradkiem da się zrobić jakieś fotki...







Rozumiemy, że każą nam wsiąść na motocykle i jechać do Nara. Piotrusza pakują do pickupa, jego motocykl przejmuje Neno, motocykl Neno przejmuje jeden z wojskowych. Ale, ale... a Krzyś? Próbujemy jakoś dać im do zrozumienia, że brakuje jednej osoby. Co będzie jak wróci i nas nie znajdzie? Czy będzie wiedział co się stało? Jak się odnajdziemy? Czy w ogóle? Ale nie ma dyskusji. Mamy wsiadać i jechać przed siebie. Pick-up z przodu, pick-up w środku grupy, pick-up na końcu. I nie ma lekko. Nie ma, że się nie da. Tempo narzucone jest bardzo wysokie. Terenówki nie maja problemu z jazdą po piaszczystej drodze. Wyjeżdżając z wioski widzę Krzysia, też ma towarzystwo. Bo spotkało go to:



Czyli miał chyba jeszcze ciekawiej niż my. Dwóch zakutanych, podjeżdżających na komarku, bez żadnych odznaczeń, sugerujących, że to wojsko czy inni mundurowi. W dodatku Krzyś wyciągnął telefon, i miał na nim dwa nieodczytane SMSy - od żony i od syna. Czy je przeczyta? A może powinien nadać szybką wiadomość "Pomocy!"? Coś to da? Coś to zmieni. Ach te dylematy, gdy się jest na muszce...

Piaszczysta droga daje się we znaki. Tak samo pył, jaki zostawia za sobą pędzący samochód wojskowy. W końcu padam w jakiejś piaszczystej koleinie. Wojskowy, jadący obok na komarku pomaga mi stanąć na nogi i podnieść moto. Dostaję rozkaz jechania dalej.





Jadę więc przed siebie nie bacząc na nic. Po paru minutach staję, bo coś mnie niepokoi. Drogi przede mną nie widać. Co gorsza, obok, ani za mną nie widać, ani nie słychać żadnych pojazdów. No pięknie, jeszcze się zgubiłam. gdzieś przede mną z krzaków wyłania się pickup załadowany ludźmi, jada w moim kierunku. Dobrzy? Źli? Pojazd mija mnie o kilkadziesiąt metrów. To tylko lokalna "taksówka" kursująca między wioskami. Trudno, muszę coś zrobić. Ruszam przed siebie, jak się wyglebię i będę mieć prawdziwy problem, to wtedy się będę martwić.

Po kilkuset metrach dojeżdżam na jakiś punkt kontrolny. Jest tam jeden pick-up, Krzyś i Piotr. Piotr ma wypakowane wszystkie bagaże - przechodził szczegółową kontrolę. Teraz pewnie kolej Krzysia... a potem moja.

Po krótkim czasie dojeżdża reszta. Jednak mój przejazd był spokojny... Za to do Neno strzelali - przed koło, ale zza pleców - żeby się zatrzymał (coś te "prośby" o zatrzymanie do Neno muszą dochodzić dzisiaj "drukowanymi literami), a Hubertowi odebrali motocykl - pewnie za zbyt wolną jazdę w piasku - i wsadzili go do samochodu, razem z Piotruszem.

Mamy natychmiast dalej ruszać przed siebie. Piotr, z rozgrzebanym bagażem jest poganiany karabinem... jakby to miało przyspieszyć pakowanie... Dojeżdżamy do bazy wojskowej. Przed nią stoi kilka wozów opancerzonych czy pojazdów na gąsienicach. Wszystkie na włączonych silnikach. Pojawia się jakiś gruby dowódca. Każe nam zaparkować motki i siąść na ziemi. Po chwili każe nam wstać. Słyszymy sprzeczne rozkazy. Inny dowodzący każde nam iść do środka bazy. Nie, nie iść, jechać na moto. Nie, nie na moto, pickupem. Kurde, panowie, jest nerwowo, ale zdecydujcie się co mamy robić, to to zrobimy. W końcu jakaś decyzja. Idziemy. Na nogach. Pojedynczo przechodzimy prze furtkę. Tak gdyby trzeba było nas wystrzelać to łatwiej gdy przechodzimy przez wąskie przejście... Ten gruby dowódca jest jakiś dziwny. to on wydał rozkaz strzelania do Neno. Jest nerwowy. Lepiej się trzymać od niego z daleka. Na terenie bazy każą nam wejść przez jeszcze jedną furtkę do wydzielonej strefy, gdzie jest jeden budynek i jego "podwórko". Na podwórku spory tłum ludzi - żołnierzy, żandarmerii, policjantów. mamy stanąć pod murem. Ale w cieniu. Zaraz zajmie się nami szef. W międzyczasie jeden z żołnierzy robi nam zdjęcia portretowe cyfrówką trzymaną w trzęsącej się ręce. Nie wiemy, czy pamiątkowe, czy do nekrologu. Mamy się uśmiechać? Wszyscy patrzą na nas. My na nich. Nie wiemy czego się spodziewać. W końcu z budynku wychodzi do nas szef...

...cdn...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-05, 16:05   

Dzień 9 - cz. 2 - Chronieni przez wojsko
18 stycznia 2015 - niedziela


Szef wygląda jak mieszanka Forresta Whitakera i Samuela L. Jacksona. Ma na sobie zielony mundur polowy i klasyczne Ray Bany. Ale najważniejsze, że mówi po angielsku. Nie przedstawia się. Wzywa do siebie Neno, jako głównodowodzącego ekipy, i zaczyna go wypytywać o wszystko. Neno nie do końca jest w stanie podołać temu językowemu wyzwaniu, więc jestem wezwana jako ta, która będzie rozmawiać. Ktoś przynosi wodę w butelkach i nam rozdaje. Mamy się wytłumaczyć, co tu robimy i w ogóle. Szef... Chief... wzbudza zaufanie. Relacjonuję dokładnie co, gdzie i jak. Jak wyglądał nasz poprzedni dzień i dlaczego nie dotarliśmy wieczorem. I dlaczego dzisiaj rano droga szła nam w ślimaczym tempie. Bo piach, bo noga Piotrusza... Chief każe sprowadzić lekarza, żeby sprawdził, co z tą nogą. Przesłuchanie trwa dalej. W pewnym momencie następuje zmiana taktyki - mnie przejmuje dwóch żandarmów i zabiera kilkadziesiąt metrów od grupy. Sadzają na jednym z trzech stołków ustawionych w mini krąg. Jeden z żandarmów, jakaś większa szycha, siada po mojej lewej z notatnikiem na kolanach. On zadaje pytania po francusku. Drugi żandarm, mówiący po angielsku, tłumaczy pytania, ja na nie odpowiadam, ten przekłada odpowiedzi na francuski, a pierwszy żandarm je zapisuje w zeszycie.

Padają pytania o wszystko - o datę urodzenia, wyznanie, czy mam dzieci, męża, imiona rodziców, zamieszkanie, gdzie podróżowałam, skąd i jak długo znam ekipę, z którą tu jestem, czym się zajmuję, co tu robimy na motocyklach i takie tam. Nie pokoi ich kilka faktów - co robimy w Mali, jeśli tu jest wojna? (Tu miało być spokojnie, w rejon konfliktowy, w północnym Mali się nie zapuszczamy) Kto nam dał wizę, skoro tu jest wojna? (tu coś pokręciłam w zeznaniach, bo wizę dostaliśmy w Ambasadzie w Berlinie, a ja chyba powiedziałam, że wydała ją nam Ambasada Francji w Warszawie... pomyliło mi się z wizą do Burkina Faso...) Dlaczego nie zawróciliśmy, jak w ostatnich kilku dniach sytuacja w tym regionie stała się niebezpieczna? Czy nikt nie dał nam znać, że właśnie porwano tu jakiegoś francuskiego cywila, a dzień wcześniej zabito kilku żołnierzy z ich posterunku? Że terroryści się tu ostatnio panoszą? (Hmmm... no skąd mogliśmy coś wiedzieć, skoro jesteśmy w podróży? Wieści z Polski nie mogły przyjść, bo tam naprawdę nie informują w mediach co się dzieje na malijskiej prowincji...) Czy na pewno nie jesteśmy szpiegami? Neno był parę miesięcy temu w Iranie - co tam robił? I czemu teraz jest tu? (My po prostu podróżujemy, po różnych krajach, to hobby takie...) Czy jakieś służby rządowe wiedzą, że tu jesteśmy? (W sumie miałam zawiadomić MSZ, że tu wyjeżdżamy, tak w razie W, żeby wiedzieli, że mają tu siódemkę swoich obywateli-podatników, ale jakoś mi to umknęło tuż przed wyjazdem... Pytam, czy mogę napisać SMS do siostry. Dostaję pozwolenie i wysyłam prośbę, zęby zawiadomiła MSZ. Po chwili dostaję SMS, że MSZ ma generalnie gdzieś zgłoszenie, bo nie prowadzą ewidencji osób wyjeżdżających w miejsca zapalne. Heh, dam sobe głowę uciąć, że widziałam na ich stronie internetowej zachętę do zgłaszania właśnie takich wyjazdów... no ale cóż.... Z innych opcji jest jeszcze powiadomienie ambasady Francji w Bamako, że są tu Europejczycy. Ale jak to zrobić? skoro nie znamy francuskiego, a wątpię, zęby tam mówili w innym języku... Żandarmeria mówi, że nas nie puszczą dalej, jeśli nie zawiadomimy jakiejś placówki. Obiecuję, że to zrobię. Zaraz zaraz - czy powiedzieli "puszczą"? Coraz lepiej!) Pytań jest wiele, wątpliwości z ich strony jeszcze więcej. Po zapisaniu sześciu stron zeznań mam się pod nimi podpisać... Ekstra, tam może być napisane cokolwiek! Że jestem terrorystką, że się do tego przyznałam, że nie wiadomo co. Ale nie mogę się nie podpisać. Neno, który dodał dwa zdania do tej historii, wyjaśniając, że on był w tych rejonach w 2012 roku i tłumacząc się z kwestii irańskiej, też się musi podpisać. Atmosfera jest jakby lżejsza. Żandarm, który tłumaczył na angielski wyraża podziw dla tego, ze tu jestem na motocyklu. Chwilę gadamy ot tak, luźno, o moim imieniu, bo przecież jest takie samo jak u Agathy Christie. Tak, to prawda, moi rodzice dali mi tak na imię właśnie "przez nią". I że ona była silna kobietą i ja tez taką jestem, skoro tu przyjechałam na moto. Taaa. Podryw? ;) Dostaję też radę, że w razie czego mam mówić, że jestem praktykującą katoliczka i to może mi ocalić tu skórę. ciekawe...

Równolegle do mojego przesłuchania reszta ekipy jest maglowana przez Chiefa i żołnierzy. Nawet "przypadkiem" pojawia się ktoś mówiący po rosyjsku. Oczywiście jest to kolejny element weryfikacji naszych zeznań - czy jesteśmy Polakami, turystami.

Tymczasem lekarz wsadza nogę Piotrusza w gips i wypisuje na niej dzisiejszą datę. Każe też ściągnąć gips za dwa tygodnie (chyba ;)). Piotrusz narzeka, że stopę ma ułożona pod dziwnym kątem i mu cholernie niewygodnie. W dodatku, z gipsem daleko nie zajedzie, więc powstaje chytry plan ściągnięcia gipsu, jak tylko "będziemy sami". O ile... Poza gipsem, chce Piotruszowi zaaplikować zastrzyk, ale ten się nie zgadza. W sumie się nie dziwię, w strzykawce może być wszystko, o sterylności całego zestawu nie wspominając. Chief nakazuje mi przekonać Piotrusza, że zastrzyk jest konieczny. Udaje mi się tylko ustalić, że to coś przeciwzapalnego, ale jaka jest prawda - kto to wie. Piotrusz niechętnie, ale zgadza się na zastrzyk.

Teraz Chief bierze mnie na rozmowę. Ma mnóstwo wątpliwości. Streszcza aktualną sytuację w okolicy (że zabici żołnierze, że porwanie, że terroryści). Mówi, że spodziewają się ataku ze strony Mauretanii, a my stamtąd właśnie przybywamy. Że nie wie, czy za nami nie stoi żadna większa siła, a my jesteśmy tylko zwiadowcami wysłanymi na przeszpiegi, dla niepoznaki upozorowani na europejskich turystów. Dlaczego nie przyjechaliśmy wczoraj, jak to miało mieć miejsce? (pewnie przez noc coś knuliśmy). Dlaczego nikt nie wie, że tu jesteśmy? (w sensie żadna placówka dyplomatyczna). No i nasze "największe przewinienie", coś, co Chiefowi nie daje spokoju: dlaczego, gdy nas otoczyli przy aresztowaniu, nie przestraszyliśmy się? (Jak to się nie przestraszyliśmy? Każdy był posikany ze strachu, a przynajmniej ja! No i co mieliśmy robić? Uciekać, krzyczeć i płakać? Zwłaszcza, że dostaliśmy informacje, że mundurowych mamy się nie bać...). Wyjaśniam Chiefowi wszystko jeszcze raz. W sumie doskonale rozumiem jego obawy, są bardzo sensowne. I co gorsza, nie bardzo mam argumenty, żeby je zbić. Nie umiem udowodnić, że to co mówię to prawda, że jesteśmy tylko turystami.

Przedstawiciele wojska i policji skrupulatnie przepisują dane z naszych paszportów do swoich zeszytów. W sumie mamy fiszki, ale przy motocyklach (jejku, tam za bramą jest nasze wszystko - przy sobie mamy tylko niektóre dokumenty, cały dobytek jest kilkaset metrów od nas...) - tez są nimi zainteresowani, więc dostaną przy okazji.

Proszę o pozwolenie na pójście do toalety - dostaję je. I uzbrojonego wojskowego do asysty (kulturalnie zostaje za drzwiami ;))

Czas wlecze się niemiłosiernie. Ile już tu siedzimy? Ja to jeszcze mam jakąś "rozrywkę" w tych przesłuchaniach, ale większość grupy naprawdę usycha z nudów pod tym murkiem...

W końcu Chief mówi, że tu jest niebezpiecznie i że teraz priorytetem dla niego jest odstawić nasza grupę w bezpieczne miejsce. Mówimy, jakie są nasze plany, on mówi, gdzie jest bezpiecznie,a gdzie nie. Na pewno nie możemy tu zostać na noc. Musimy się dostać do Didieni To jakieś 200 km stąd. Dostaniemy eskortę. Halo, gdzie jest haczyk? Gość chce osłabić swój graniczny posterunek, dając nam, przed chwilą uznawanych za wrogów, trzy samochody i piętnastu chłopa do obstawy? A może, to wszystko ściema, pozorne stworzenie poczucia zagrożenia, a za ochronę wystawią nam słony rachunek? Znowu milion myśli w głowie.

Plan jest taki. Najpierw tankowanie, potem zakupy, potem ruszamy w drogę. Jest już dość późne popołudnie, ogromny upał. Wychodzimy z jednostki. Tak samo, przez wąską bramkę, pojedynczo, żeby w razie czego łatwiej nas wystrzelać. Mimo wszystko jest jakoś lżej. Opadło sporo stresu. Żeby szybciej dostać się do motocykli, Krzyś przerzuca Piotrusza przez ramię i zaczyna go nieść. Wojski, widząc to podstawia pick-upa do transportu.

Musimy trzymać się wszyscy "w kupie". Na stacji - tankujemy wszyscy razem, nie można się rozchodzić. Dostajemy zgodę na przejście do sklepu sto metrów dalej. Ale obok nas, dziarsko maszerujących przez "środek wioski" jedzie uzbrojony pick-up. Jedne żołnierz z karabinem jest też z nami w sklepie. Ludzie z wioski będący na targu patrzą na nas jak na kosmitów eskortowanych przez kosmitów...



W końcu wsiadamy na motki. Jeden wóz na początku, drugi w środku, trzeci na końcu. Narzucają solidne tempo jazdy. A droga jest czerwona, wściekle się pyli, zasuwamy pod słońce. Nie ma lekko, trzeba grzać przynajmniej 80 km na godzinę. A droga przypomina wielką tarkę. Zawieszenie motocykli dostaje niezły wycisk. Wszystko trzeszczy i jeśli nie pogubimy żadnych śrubek, które się tu samoistnie wykręca od wstrząsów, to będzie super. Piotrusz jedzie w pick-upie, Neno na moto Piotrusza, a jeden z wojskowych na motku Neno.

Pył zakleja wizjer i co chwilę muszę go przecierać, z obu stron, żeby cokolwiek widzieć. Włazi pod powieki powodując łzawienie oczu (a już zaczęłam się przyzwyczajać i łzawienie po przyjeździe w te rejony zaczynało odpuszczać). Świdruje w nosie i gardle, przez co kicham i kaszlę. Każde kaszlnięcie, każde napięcie mięśni brzucha to dla mnie ból... kości ogonowej. Od stłuczenia jej na mauretańskiej granicy minęło już trochę czasu, a ból nie mija. Mam obawy, że coś tam sobie pękłam...







Jedziemy dłuższa chwilę, co jakiś czas mijając porozstawiane "w krzakach" uzbrojone wozy z żołnierzami. No nieźle, wcale ich nie widać... dobrze, że skręcając wczoraj na nocleg nie wpadliśmy na taki patrol, bo wtedy mielibyśmy to co dzisiaj rano, tylko po ciemku.... Nagle pada komenda "stop". Nie ma reszty grupy. Wojskowi z pick-upa mówią, że jeden z naszych złapał gumę. Neno chce zawrócić, żeby obadać co i jak. Sam nie może, pick-up musi z nim, ale z drugiej strony Ja, Andrzej i Piotr nie możemy zostać sami. Zostaje więc z nami dwóch żołnierzy z bronią, a pick-up i Neno wracają.







Okazuje się, że rzeczywiście, Krzyś złapał gumę (szyta guma chyba popuściła), ale nie ma czasu do stracenia, trzeba jechać...



Krzyś (trzymając się karabinu) i jego Tenerka jadą więc na pace, aż do najbliższej miejscowości. Tam robimy mały postój - na ochłonięcie, na zjedzenie czegoś i na serwis koła.





Wioska Mourdiah wygląda na spokojną, żyje swoim rytmem, jakby nie było żadnego zagrożenia...





Odstawiamy tenerkę do wulkanizatora.















Znowu jesteśmy nie lada atrakcją dla lokalnej ludności. W sumie się nie dziwię - czerwony pył wyrysował na naszych twarzach przedziwne wzory, jesteśmy brudni, ubrani w dziwne ciuchy, na dziwnych maszynach i w dodatku w zbrojnej obstawie.

























Jesteśmy trochę głodni, więc próbujemy lokalnego grilla. Koza, czy cokolwiek to jest, jest żylaste i niedopieczone.











Powoli nadchodzi wieczór, ściemnia się, a my jesteśmy ledwo w połowie drogi...

Jazda po ciemku jest nie lada wyzwaniem. Pył zasnuwa wszystko, prędkość spada do 30-40 km na godzinę, bo droga jest coraz dorsza, oprócz struktury trytytki ma co jakiś czas głębokie dziury. Jedziemy w parach, bo tak lepiej widać drogę (równolegle jedzie ktoś z mocną i słabą lampą w motku), w sporych odstępach, żeby zminimalizować kurzenie. Nie wiem, jak to wpływa na nasze bezpieczeństwo, ale chyba nienajlepiej - Na przykład ja jestem oddalona od jakiegoś wozu wojskowego o dobre kilkaset metrów. Jadę w parze z Andrzejem, który ma w swoim GSie założonego ksenona. Świeci cudnie, o ile świeci. Coś się psuje i lampa mu gaśnie co chwilę. Żeby ją włączyć Andrzej gasi i dopala moto na nowo. I tak co chwilę. Perspektywa jazdy we dwójkę w siedmiometrowym świetle Kostka jest lekko przerażająca, choć całkiem realna...

Trzydzieści km przed Didieni pojawia się asfalt. I nagle jazda jest jakaś taka dziwna - gładko, nie trzęsie. To zbawienie dla zmęczonych mięśni. Ale kolejne wyzwanie dla głowy i oczu - w asfalcie są dziury, jak w szwajcarskim serze. Jedyna "dobra" rzecz jest taka, że w dziury na asfalcie nawiany jest pomarańczowy piach/pył i pięknie się odcinają na tle czarnej jezdni, więc dokładnie je widać. Ale refleks i tak trzeba mieć, bo znowu tempo jazdy wzrosło.

Dojeżdżamy do budynku żandarmerii na rozdrożu. Tu będziemy spali. Dowódcza grupy eskortującej nas wzywa mnie do siebie. Nie mówi po angielsku, ale chce gadać tylko ze mną. Może dlatego, że jest w stanie wymówić moje imię. Z akcentem na "ga". Brzmi to jak rozkaz, więc rzucam wszystko i idę do niego. Daje mi telefon komórkowy, w słuchawce którego rozbrzmiewa głos Chiefa. Pyta jak jest, czy wszystko w porządku i mówi, jakie są dalsze plany. Wojsko zostanie z nami aż do Bamako, gdzie mamy jeszcze dokładnie 164 km. Przekazuję te wieści grupie, która się lekko krzywi na tę eskortę.

Załatwiamy papierologię (w sumie nasze paszporty i tak są w rękach wojska) i rozstawiamy namioty. Główny żandarm na posterunku coś tam mówi po angielsku, głównie "okejtenkju", ale jest to zawsze "coś. W ogóle trochę nieswojo się czuję z tym, że ci ludzie chcą rozmawiać ze mną, że uważają mnie za szefa naszej ekipy. To muzułmański kraj i naprawdę dziwi mnie takie podejście do kobiety...

W asyście wojska ruszamy "do centrum", żeby coś zjeść. Chłopaków umieszczają na pakach samochodów, mnie, jakby najbardziej mnie chronili, wciskają do szoferki jednego wozu między kierowcę, a uzbrojonego dowódcę grupy.

Kolacja smakuje wyśmienicie - kurczak ze świeżymi warzywami (swoją drogą, pani , która przygotowuje jedzenie ma bardzo ciekawa technikę obierania i krojenia warzyw. Nie widziałam jeszcze kogoś, kto tak sprawnie posługiwałby się nożem!) Obok jest sklep, do którego możemy pójść (generalnie bez eskorty, ale jak ja się tam wybieram, to momentalnie jest przy mnie żołnierz).



Wracamy na posterunek. Dowódca przywołuje mnie znowu do siebie. Ustalamy czas pobudki. Oni: 5:00 rano (chyba ich pogięło!). My: co najmniej siódma, jesteśmy wykończeni. Krakowskim targiem staje na godzinie szóstej. Jeszcze tylko mycie... Hmm, jak to zrobić?Mimo wszystko za dużo tu obcych facetów i za duża cywilizacja, żeby umyć się jak zwykle "pod chmurką" w litrze wody. Testuję więc nowy patent - mycie w namiocie - pakuję tam Krzysiową miskę z wodą i robię niezbędną toaletę. Da się. Ale jest mało wygodnie.

Padam, jak zresztą wszyscy... To był dzień, w którym zdarzyło się wszystko...


Przejechane: 251 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Łasica 
Tomek

Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2010
Pomógł: 1 raz
Wiek: 32
Dołączył: 11 Wrz 2012
Posty: 123
Skąd: Wrocław
Poziom: 10
HP: 0/230
 0%
MP: 110/110
 100%
EXP: 3/22
 13%
Wysłany: 2015-04-06, 13:08   

hue hue nikt tu nic nie komentuje bo wszyscy siedzą na f650gs :mrgreen:
_________________
Tomek
 
 
     
JerzB 

Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2014
Wiek: 55
Dołączył: 02 Paź 2014
Posty: 43
Skąd: Kraków
Poziom: 5
HP: 0/81
 0%
MP: 38/38
 100%
EXP: 5/13
 38%
Wysłany: 2015-04-06, 14:05   

A co tu komentować, paszcza mi się z wrażenia ciągle otwiera, czekam na ciąg dalszy ciekaw jak się sytuacja rozwinie, mnóstwo nauki dla siebie czerpię a i pomysłów...
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-06, 19:15   

o, ktoś czyta :)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Qcyk 


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2012
Wiek: 40
Dołączył: 12 Mar 2015
Posty: 48
Skąd: Kraków
Poziom: 5
HP: 0/81
 0%
MP: 38/38
 100%
EXP: 10/13
 76%
Wysłany: 2015-04-06, 19:32   

Dokładnie ... pisz pisz... świetnie się czyta.
_________________
Uważaj na myśli, bo stają się słowami...
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-08, 21:06   

Dzień 10 - Korrida w Bamako
19 stycznia 2015 - poniedziałek


Punktualnie o szóstej jest pobudka. Jakoś wybitnie nam się nie spieszy. Chyba wczorajszy dzień daje się nam jeszcze we znaki. Procedury startowe zajmują dłużej niż zwykle i po dwóch godzinach jesteśmy już gotowi do jazdy. Telefon od Chiefa - wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wojsko nie odeskortuje nas do Bamako, wracają do Nara, a ja mam zameldować się jak tam dotrzemy. Z jednej strony dobrze, bo znowu będziemy "wolni". Z drugiej - trochę źle, bo trzeba jakoś przetransportować Piotrusza do stolicy Mali. Chwila prawdy. Każdy z nas chyba czeka na "niespodziankę" w postaci rachunku do zapłacenia za obstawę. Ale... nic takiego się nie dzieje. Żołnierze żegnają się z nami, robiąc pamiątkowe fotki. Dowódca wciska mi w rękę kartkę, na której jest numer telefonu do Chiefa. Jak również jego imię, nazwisko i stopień. Lieutenant Colonel. Podpułkownik. No to mamy już kontakt w dwie strony. Chief, zanim wyjechaliśmy, wziął nr telefonu do mnie. Zresztą, żandarm, który tłumaczył na angielski pytania podczas przesłuchania też wziął mój numer. Nawet napisał SMS, że jest "very interested to my friendship" ;)









Przy pomocy szefa posterunku żandarmerii gdzie nocowaliśmy udaje się znaleźć lokalesa, który pojedzie motocyklem do Bamako. A Piotrusz? Może lokalnym autobusem tudzież innym środkiem transportu? Zaraz zaraz - Piotr ma zapasowy kask, takiego orzeszka! Piotrusz decyduje się na podróż jako pasażer Neno, który pojedzie na moto Piotrusza, a lokales na moto Neno.

Ruszamy. Po stu metrach mamy przymusowy postój. W dakarze Piotra jest flak w przednim kole. Akurat dobrze się składa, bo tu jest wulkanizator. Przy okazji załatwi się też temat przedniego koła w motocyklu Neno. A w moim Kostku dokręci pierścień mocujący całą pompę paliwa w baku, bo trochę cieknie mi stamtąd paliwo...

























Po godzinie możemy jechać. Asfalt jest dziurawy, co stanowi naturalny tor przeszkód. Ale w jeździe po Mali jeszcze jedna rzecz zasłuchuje na uwagę - progi zwalniające. Są bardzo nieprzyjemne - po pierwsze ich nie widać (bardzo rzadko maja namalowane białe znaczki), a po drugie są cholernie wysokie, i jak się nie zwolni do max 30 na godzinę, to można nieźle wylecieć w górę, przy okazji uszkadzając moto.



Kolejna ciekawostka, w sumie już obserwowana, to to, że pojazdem w dowolnym stanie technicznym można przewieźć dowolny towar, żywy lub nie. Nie ma pojęcia "standard bezpieczeństwa", "dopuszczalna ładowność", "maksymalna ilość miejsc". Może i dobrze, że są te progi zwalniające, to nie szaleją na drogach, bo byłyby nagłówki w gazetach w stylu "w wypadku dziewięcioosobowego busa zginęło trzydzieści osób, cztery kozy i piętnaście kur, a przewożone trzy skutery zostały doszczętnie zniszczone"...







Wbijamy się na pierwszy w Mali szlaban żandarmerii. Mundurowi każą nam zjechać na pobocze. Nie bardzo chcą nas puścić dalej. Biorą fiszki i dzwonią do jakiegoś szefa. Mamy przymusową chwilę wolnego, więc buszujemy po targu, który jest po drugiej stronie drogi, przy szlabanie (tu zatrzymują się wszelakie pojazdy, więc punkty handlowo-usługowe mają rację bytu). Mają tu fantastyczne orzechy, więc się nimi raczymy. Próbujemy też muffinek lub czegoś co tak wygląda. Strasznie zapychają.







W końcu dostajemy zielone światło na przejazd. Dziurawymi drogami, przejeżdżając przez zakorkowane wioski zmierzamy do Bamako.















A w stolicy Mali... oj, jest jazda. Chwilę czasu minęło odkąd ostatni raz jeździliśmy w ruchu miejski, a ten jest tu dość... osobliwy. W dodatku jest mega gorąco. Ale dajemy radę. Trzeba poczuć płynność tego ruchu i wtedy jest dobrze.















Dojeżdżamy do hostelu "The Sleeping Camel". Czas na regenerację. Piwo. WiFi. Prysznic. W takiej kolejności. Mamy mało czasu, więc rezygnujemy z jedzenia. Piotrusz zostanie tutaj, poczeka, aż zatoczymy pętlę po Mali i Burkina Faso. Zgarniemy go wracając - wypoczętego i zregenerowanego. Noga powinna do tego czasu wydobrzeć. Trzeba się tylko pozbyć tego cholernego gipsu.





Czas nagli, więc się zbieramy. Ale, niestety, nie tak szybko. W dakarze Piotrka znowu puściła śruba mocująca stelaż lewego kufra i trzeba zrobić serwis. Przy okazji napotykamy Niemca, podróżującego na F650GS, który mówi, że w razie czego ma wszystkie części do tego moto ;) W takim razie, skoro i tak jeszcze chwilę tu zostajemy, jest czas na jedzenie, i na wizytę w kantorze, którą w imieniu wszystkich załatwiają Neno i Andrzej. A ja melduję Chiefowi, że jesteśmy bezpieczni w Bamako.





W końcu wszystkie tematy są załatwione i wreszcie ruszamy. Czas najwyższy, jest późne popołudnie. Przebijamy się przez miasto i wzmożony ruch. Są wyzwania. Zwłaszcza skręty w lewo na rondach są ciekawe. Ciężko jest się utrzymać całą grupą, więc tworzą się mniejsze grupki. W pewnym momencie ulice są zalane spłoszonym, biegnącym pod prąd stadem bydła. Lokalesi są zdziwieni, więc to chyba nie jest normalny widok na ulicach stolicy kraju. Bydło jest średnio przewidywalne, trzeba zachować ostrożność. Gdy tylko robi się luźniej, grupka przednia, w której jestem, postanawia poczekać na maruderów, którzy zamykają tyły, tj. Małyszka i Krzysia. Wypatrujemy ich, gdy podjeżdża do nas na skuterku lokales w jaskrawym wdzianku i z przejęciem przekazuje informację... że byk, że moto, że jeden z naszych, że wypadek... No pięknie - co tym razem wykombinował Malyszek? Tak, tak, tylko jemu mogło się tu coś przydarzyć - wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że to musi być on. OK, widać dwa motocykle na horyzoncie. Pokazujemy je lokalesowi, a ten wzdycha z ulgą i odjeżdża. Krzyś i Hubert stają koło nas. Krzyś nie może słowa powiedzieć, bo pęka ze śmiechu. Jest w stanie wydusić tylko "patataj, patataj, patataj, hop, dup". Bo mniej więcej tak wyglądało całe zajście, dramatycznie zrelacjonowane przez odblaskowego lokalesa:



Za to Małyszek na dalszą podróż ma traumę - staje natychmiast, gdy tylko widzi krowę...

Jedziemy dalej. Droga jakoś mija, znowu jest luźniej, a uwagę zajmują głównie progi zwalniające. Po kilka w każdej wiosce. Przyglądam się lokalnym billboardom - pojawiają się pierwsze dotyczące wirusa ebola. Po lewej stronie mają komiksowe postacie myjące ręce, a po prawej przekreśloną, dużą, czarną rękę i napis "zatrzymajmy wirusa ebola". Są też inne billboardy, dotyczące SIDA (czyli AIDS), molestowania, jak i te klasyczne, polityczne.

Powoli szukamy miejsca na nocleg, bo zrobiło się w międzyczasie ciemno. Pech chce, że albo na poboczu są krzaki, przez które nawet się nie da przejechać, albo właśnie trwa ich wypalanie, więc jest ogień i dym. Jedna opcja gorsza od drugiej. W końcu udaje się znaleźć odpowiednie miejsce - rozkładamy się pod baobabem, trzeba tylko uważać na cierniste krzaki dookoła.

Można zacząć wieczór. Względnie beztroski, bo tu bezpiecznie. Podobno. Jest eliksir z rotopaxa, muzyczka z telefonu Krzysia (konkurs - kto zgadnie jakie piosenki? ;) do wygrania naklejka wyprawy ;)) i długie Polaków rozmowy. Andrzej, po kursie zbliżonym do kantorowego, wydaje każdemu odpowiednio odliczona kwotę lokalnej waluty, którą zanabył w kantorze. Krzyś robi serwis swojej tenerki - zniwelowanie luzu w główce ramy. Ja robię pranie. Kolor wody jest nie do opisania... taka jest brudna... dopiero trzecie płukanie wygląda obiecująco. Wczorajsza jazda w pyle zdecydowanie odbiła się na czystości... wszystkiego...

Czas nieubłaganie mija, przydział eliksiru się kończy i czas najwyższy położyć się spać. Jedni mają mniejsze problemy ze znalezieniem swojego namiotu, inni większe, ale znowu za powodzenie logowania do namiotów odpowiada Krzyś. Jak zwykle ogarnia temat bez zarzutu.


Przejechane: 279 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,4 sekundy. Zapytań do SQL: 11