BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Przez Wagadugu 2015 - czyli Ruda na Czarnym Lądzie
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-20, 21:14   

Dzień 11 - Na końcu świata
20 stycznia 2015 - wtorek


Krzyś zalogował wszystkich do namiotów dzień wcześniej i dzisiaj wszystkim robi pobudkę. Można na niego liczyć w tej kwestii. Procedury startowe idą sprawnie i ruszamy tuż przed ósmą rano.



Wreszcie możemy poznać prawdziwe Mali. Ludzie są uśmiechnięci, radośni, machają gdy przejeżdżamy. Dzieci najpierw z ciekawością wybiegają w kierunku drogi, potem, gdy już nas zobaczą uciekają gdzie pieprz rośnie i ukradkiem podglądają z bezpiecznych lokalizacji. Kobiety są ubrane w piękne stroje, dla nich codzienne, dla mnie wyglądające jak odświętne, kolorowe, zdobione... Mają charakterystyczną posągową postawę, chodzą prosto, nie garbią się, biust, zazwyczaj obfity, do przodu, zaokrąglone brzuszki - też do przodu i zaokrąglone tyłki - jeszcze bardziej eksponowane przez pogłębioną lordozę. Gdy schylają się, nie zaokrąglają pleców. No i noszą niestworzone rzeczy na głowach. Nie wiem jak można utrzymać na głowie pełne wiadro wody, na plecach mieć przywiązane dziecko, drugie uczepione gdzieś ręki i jeszcze spacerować konwersując z druga taką samą... niepojęte...









Stajemy na stacji benzynowej. Jest dość ciekawa, bo to klasyczna pompa zasilana siłą ludzkich mięśni. Tankowanie trwa więc dłuższą chwilę, przy czym okazuje się, że niektóre baki nagle powiększyły swoja pojemność. Do transalpa wchodzi ponad 22 litry paliwa...











Jazda z jednej strony relaksuje, z drugiej mocno absorbuje. Tyle się dzieje dookoła, trzeba uważać. No i te progi zwalniające... Przed jednym zagapiam się na namalowane na (chyba) szkolnym murze znaki drogowe wraz z podpisami (w sumie fajny sposób na edukowanie społeczeństwa) i gdy go zauważam to jest hamowanie awaryjne, które kończy się jazdą bokiem, bo tylne koło wyjeżdża na prawo. Udaje się wyprowadzić motocykl i w miarę bezboleśnie przejechać przez próg.

























Jazda mija od tankowania do tankowania. Nie wyciągnęłam lekcji sprzed kilku dni. Zakręcając kraniki zbiornika na paliwo znowu parzę sobie tę samą dłoń. Nosz... Może się kiedyś nauczę...
Pora jest taka, że przydałoby się coś zjeść. Znajdujemy miejscówkę, która wydaje się być restauracją (jest witrynka, w której na ruszcie kręcą się niewielkie kurczaki i napis restaurant). W środku siedzi jakiś lokales i coś je. Zamawiamy to samo. I jeszcze jakieś kurczaki. I zimne napoje. Tzn. bierzemy je sobie z przenośnej lodówki, która się gdzieś pojawia. Już w sumie nie przeraża nas jedzenie z lokalnych talerzy lokalnymi sztućcami. Ale ręce obowiązkowo myjemy w restauracyjnej stacji higienicznej złożonej z czajniczka z wodą na misce z dużym sitkiem (żeby nie wpadł do niej) i kostki mydła. Takie same czajniczki bierze się zresztą ze sobą do toalety, żeby móc "spuścić wodę" i się umyć ;)





Kończymy jedzenie i pojawia się spory tłum. Okazuje się, że knajpka stoi przy przystanku autobusowym i własnie takowy przyjechał. Ludzie wlali się do restauracji, a placyk przed nią zamienił się w targowisko, bo ludzie to okazja do zrobienia interesu. W ogólnym zamieszaniu młodocianemu pracownikowi restauracji trzeba pomóc w matematyce, żeby rozliczyć nasze posiłki. Ja biorę czajniczek i zmykam do toalety, gdzie zupełnie przypadkiem wpycham się do kolejki przed dwóch młodzieńców.



Obok restauracji jest punkt ksero - można zrobić kopie fiszek czy innych dokumentów. Cena przyzwoita, więc robię 20 sztuk fiszek, a Neno jakieś papiery celne. Możemy jechać. Droga mija bez wydarzeń godnych odnotowania. Ot, jedzie się.









Krajobraz znowu się zmienia. Pojawiają się jakieś zakręty na drodze, skałki, góry... Jest pięknie!

W Sevare robimy ostatni postój na stacji. Tankujemy, zaopatrujemy się w podstawowe artykuły. Najbardziej podstawowe jest... piwo! Każdy wypija duszkiem jedno, bo upał męczy niemiłosiernie, i bierze kilka na zapas. Do tego jakieś chlebki i woda, tego nigdy za wiele. Od lokalnych sprzedawców pamiątek Piotr kupuje jakieś gadżety. Mnie chcą wcisnąć jakiś dywanik... nie, dziękuję.

Jedziemy do Bandiagary. Podobno miał tu być off, ale jest normalny asfalcik. W Bandiagarze czeka na nas komitet powitalny - Boubacar (Buba) i Djigibombo (Dżigi-Dżigi) na swoim skuterku. Będą naszymi przewodnikami w miejscu do którego zmierzamy. A właśnie, gdzie jedziemy? To pytanie nieśmiało zadaje grupie Neno. Ja wiem, ale generalnie jest jakby cisza zamiast odpowiedzi.
Jedziemy do Kraju Dogonów. Do ludzi, którzy, choć uważani za prymitywne plemię, mają ogromną wiedzę kosmologiczną, zwłaszcza o Syriuszu, z którego wg. niektórych nawet pochodzą. Zobaczymy.







Nasi przewodnicy prowadzą nas bocznymi drogami. Co jakiś czas widać, że droga schodzi w dół, przecinając dno wyschniętej teraz rzeki. Każdy taki "rów" jest wybrukowany i... świetnie się na nich skacze! Zjazd, odkręcenie manetki na podjeździe i wyskok. Fajna zabawa ;) Jest też pierwsza duża atrakcja. Naprawdę duża. Piękny baobab, przy który obowiązkowo zatrzymujemy się na fotki. Szkoda, że już słońce powoli zachodzi...





Dojeżdżamy do wioski Djigibombo. To miejsce na końcu świata, gdzie ostatni biały turysta był chyba trzy lata temu. Wparkowujemy motocykle na podwórko naszego "hostelu". Dzieciaki przyglądają się nam z zaciekawieniem, niektóre, te mniejsze są z jednej strony zaniepokojone przybyszami, z drugiej zaciekawione...

Można się rozpakować, wypić zasłużone piwo... choć kolejność chyba jest odwrotna, albo czynności wykonywane są równolegle ;)

Dziś noc spędzimy pod gołym niebem. Lokujemy się więc na dachu/tarasie, ale potem okazuje się, że po drabinie można wyjść jeszcze wyżej, na sama górę. Tam tez przenosi się większość grupy. Krzyś i Hubert zostają "piętro niżej". Ustalamy kolejkę do prysznica. Prysznic oczywiście polega na tym, że bierze się wiaderko wody i wchodzi do niewielkiego pomieszczenie bez drzwi i bez dachu. Oczywiście szybko okazuje się, że z "dachu" dobrze widać prawie całe prysznicowe pomieszczenie. Nie wiem czemu, gdy biorę prysznic odżywają wspomnienia z przedszkola, gdzie największą zabawą dla chłopaków, było podglądanie dziewczynek w ubikacji... tu też spokojnie prysznica wziąć nie mogę, bo słyszę jakieś głupie komentarze "z góry". Ale przynajmniej nie muszę korzystać w własnej latarki - oświetlenie mam zagwarantowane ;)

Na kolację dla odmiany jemy ryż z sosem i kurczakiem :) to i tak dużo. Region jest biedny, kurczaki drogie, więc to naprawdę jest uczta. Dodatkowo zakrapiana eliksirem z rotopaxa, który bardzo smakuje naszym gospodarzom. Miło gaworzymy o wszystkim i o niczym. Buba i Dżigi-Dżigi mówią mi, że imię Agata jest dla nich trudne do zapamiętania. Dlatego nadają mi dogońskie imię. Najpierw (zapiszę oba fonetycznie, bo nie wiem jaka jest pisownia) "jajibe" (nie wiem czemu, ale mam skojarzenie z "ja j*bię", więc średnio pozytywne ;)) a potem "molibemo" (to kojarzy mi się z molibdenem ;)). Nie mam pojęcia co oznaczają.

Czas na spanie. W nocy budzę się koło drugiej. Przez chwilę robię notatki na moim transformersie, a potem chwilę leżę i patrzę w gwiazdy. W ciągu kilku minut widzę cztery, które spadają. Cztery razy powtarzam to samo życzenie... może się spełni... Widziałam raz naprawdę pięknie niebo. W Maroku. Nad Saharą. Tu jest jeszcze piękniejsze. dookoła nieprzenikniona ciemność, żadnych świateł wygenerowanych przez człowieka. Tylko gwiazdy... Stars shining brigh above you...


(a niech będzie takie wykonanie... ;))

Przejechane: 590 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Tato 
Master of Flamaster


Motocykl: Nie mam BMW F800GS (jeszcze)
Rocznik: 2014
Dołączył: 16 Maj 2014
Posty: 91
Skąd: Warszawa
Poziom: 8
HP: 0/159
 0%
MP: 76/76
 100%
EXP: 10/19
 52%
Wysłany: 2015-04-22, 10:16   

Żeby nie było, że nikt nie czyta, ja czytam z wypiekami. Przy fragmencie, który kończył się niewiadomą w dziczy, po którym była dłuższa cisza, aż daty posprawdzałem czy ty aby nie piszesz tego na żywo i was czarny ląd nie wciągnął... :mrgreen:
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-22, 21:00   

W ogóle, to zapraszam jutro (23 kwietnia 2015) na 20:30 do kina Praha w Warszawie na opowieści z wyprawy - jak ktoś chce wiedzieć szybciej jak to się wszystko skończyło ;)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Qcyk 


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2012
Wiek: 39
Dołączył: 12 Mar 2015
Posty: 48
Skąd: Kraków
Poziom: 5
HP: 0/81
 0%
MP: 38/38
 100%
EXP: 10/13
 76%
Wysłany: 2015-04-23, 09:25   

doodek napisał/a:
W ogóle, to zapraszam jutro (23 kwietnia 2015) na 20:30 do kina Praha w Warszawie na opowieści z wyprawy - jak ktoś chce wiedzieć szybciej jak to się wszystko skończyło ;)

A w Krakowie to nie łaska :P
A w ogóle to spamujesz... człowiek się już nastawia że dalszy ciąg przeczyta, a tu takie smaczki.
Pozdro
_________________
Uważaj na myśli, bo stają się słowami...
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-23, 09:41   

W Krakowie będzie 4 maja o 19:00 w Artefakcie na Dajworze - też zapraszam :)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
bird 

Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2014
Pomógł: 1 raz
Wiek: 45
Dołączył: 08 Lis 2014
Posty: 181
Skąd: Kraków
Poziom: 12
HP: 0/319
 0%
MP: 152/152
 100%
EXP: 14/27
 51%
Wysłany: 2015-04-27, 17:01   

A nie wracałaś przypadkiem rankiem 24.04 do KRK....;-) mam wrażenie, że Cię widziałem przed Miechowem. Czekamy na kolejną część;-)
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-27, 21:10   

wracałam :)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-04-28, 21:33   

Dzień 12 - Kraj Ludzi Syriusza
21 stycznia 2015 - środa


Słońce wschodzi leniwie nad dogońska wioską. Teraz dobrze widać jak to wszystko wygląda. Z jednej strony po horyzont domki, z drugiej strony typowy dla regionu krajobraz. Powoli zaczynamy procedury startowe, które dość leniwie idą w tym magicznym miejscu. Również dlatego, ze wczoraj skończył się eliksir z Rotopaxa... Ciekawe kto to wszystko wypił...















Śniadanie czeka na nas gdy schodzimy z dachów. W menu są placki z miletu smażone na głębokim oleju z dżemem z mango, kawa z mlekiem (skondensowanym) i cukrem (rarytas!).



Po śniadaniu ustalamy co robimy. W czasie dyskusji przypadkowo wywołujemy zamieszki wśród dzieci - Andrzej wyciągnął z bagażu wafle ryżowe i zaczął rozdawać... Zamieszanie jest niemałe. Plan gry jest następujący: najpierw zwiedzamy wioskę, potem jedziemy na trekking, a potem na nocleg do innej wioski, jeszcze bardziej "na końcu świata" (konkretnie do Ende - nazwa mówi sama za siebie...). W międzyczasie zlecamy zakup orzeszków koli, które będą przydatne przy zjednywaniu sobie starszyzny wiosek, przez które będziemy wędrować.











Idziemy w głąb Djigibombo. Lepianki z gliny, kobiety pracujące przy ubijaniu miletu na mąkę, mężczyźni pykający fajki i dzieci, pragnące kontaktu z drugim człowiekiem i łapiące nas za wszystkie ręce... Emocje i widoki, które ciężko opisać. I jeszcze widok kranu z wodą, zamkniętego na kłódkę. Człowiek sobie uświadamia jak jest cenne może być coś, co u nas jest powszechnie dostępne...



















































Lekko zmęczeni przedpołudniowym upałem wracamy do naszego hostelu. Orzeszki koli też dotarły. Próbuję - dostaję ślinotoku i cierpnie mi buzia. OK,co kto lubi.





Pakujemy bagaże na motocykle i ruszamy na wycieczkę. Malowniczymi dróżkami jedziemy po płaskowyżu, a potem serpentynami zjeżdżamy do podnóża skalnego uskoku. Pięknie.















Skręcamy w boczną dróżkę i kierujemy się do małej wioseczki. Gdy przez nią przejeżdżamy, niechcący przerywamy lekcje w lokalnej szkole - dzieciaki widząc motocykle po prostu z niej wybiegają. My korzystamy z okazji i zwiedzamy szkołę. Przy okazji uczymy się, jak korzystać z toalety, jak myć ręce i... jak wygląda świat (i Polska). Niezapomniane przeżycie. Andrzej ponownie wywołuje zamieszki - wyciąga paczkę ciastek i banda dzieciaków rzuca wszystko i pędzi w jego kierunku. ciastka musiały być rzucone w tłum, bo inaczej Andrzej zostałby stratowany przez tłum dzieci ;)





































Jedziemy jeszcze parę kilometrów dalej, tam zostawiamy motocykle i cały dobytek, przebieramy się i idziemy na kilkukilometrową wycieczkę.









Najpierw poznajemy jak wygląda życie w wiosce na dole. Płynie spokojnie i zwyczajnie. Tkacze, rolnicy, pasterze... Kobiety ubijające milet, dzieciaki szwendające się wszędzie, ludzie pracujący przy wyrobie cegieł z błotnej masy.





































Potem pniemy się w górę, do kolejnej wioski. Jest tam wielki baobab, pod któreym jest krag, podzielony na 8 części. Każda jest przeznaczona dla jednej rodziny. Buba opowiada nam o Dogonach, skąd się wzięli i jak założyli tu wioskę, o krokodylach, które są święte, bo wskazały ludziom źródło wody. Przychodzą lokalesi, również dzieci. Starszyzna dostaje po orzeszku - bardzo za nie dziękują, jakby to był największy skarb. Dzieci grzecznie czekają aż dostaną ciastka czy pomarańcze. Nie ma przepychanek, każde czeka na swoją kolej...





































W wiosce życie płynie sobie spokojnie, każdy zajmuje się swoimi sprawami. Próbuję zgłębić zasady lokalnej gry w przerzucanie kamyczków z dołka do dołka, ale że nie jestem fanem takich gier, to przychodzi mi to dość opornie.

























Andrzej jest bohaterem kolejnego zamieszania - w kuźni siada na jakimś miejscu, które jak się okazuje bezcześci. Co prawda ma teraz święty tyłek, ale starszyzna radzi, jak to naprawić, a my czekamy... Potem dowiadujemy się, że musimy zasponsorować kurczaka, którego rytualne zarżnięcie oczyści kuźnię. Ech...





Dzieciaki doprowadzają nas kawałek za wioskę, po czym zostawiają i wracają do siebie. My kontynuujemy wędrówkę i powoli schodzimy z płaskowyżu.









Do motocykli mamy jeszcze spory kawałek, a końca nam się zapasy wody. Jednak jesteśmy mało odporni na takie warunki. W sumie widzimy jakieś bajorko, ale po pierwsze woda jest brunatna, a po drugie strzeżona przez krokodyle... jakoś wytrzymamy do wioski ;)









Dochodzimy do motocykli. Wszystko nienaruszone. Co ciekawe, na jednym, z motocykli została pusta plastikowa butelka. Obiekt pożądania lokalnych dzieci, które wykorzystują butelki do przechowywania wody czy soków. Ale jest nietknięta, bo leży na jednym z naszych motocykli, więc jest "naszą" własnością. A tam nikt ręki po cudze nie wyciągnie. Dopiero gdy ktoś od nas wziął tę butelkę w rękę i wyciągnął w kierunku dzieci, te zaczęły się między sobą przepychać, żeby ją dostać...

Idziemy na zasłużony obiad. Tym razem dostajemy dwie potrawy główna to makaron z jakiś sosem warzywnym. Druga to przysmak dla koneserów - najgorsza rzecz, jaka kiedykolwiek jadłam. Pulpa z miletu z sosem z baobabu - szary gniot z zielonym glutem. Wygląda jak smarki, smakuje jeszcze gorzej. Bleeee... Nie wszyscy spróbowali. A Neno podobno podczas swojej poprzedniej wizyty w tych okolicach musiał z grzeczności wsunąć pół kichy tego czegoś...







Po lunchu odpoczywamy na przyniesionych specjalnie dla nas materacach. Chwila nicnierobienia jest bardzo przyjemna, choć mnie jak zwykle trochę nosi. Idę na zwiad po wiosce i udaje mi się znaleźć kilka fajnych pamiątek. Wstępnie pytam o cenę i mówię, że wrócę później. Trzeba będzie trochę ponegocjować.







Czas na nas. Dobijam jeszcze targu w sprawie pamiątek, Krzyś kupuje strój dogoński, również twardo negocjując i po chwili jesteśmy gotowi, zęby jechać do Ende. No, prawie - spuszczamy trochę powietrze z kół, bo przejazd ma być wyjątkowo piaszczysty.

Jedziemy. Jestem królem piasków. No może księżniczką. Czort-księżniczką ;) Łykam piaski jakbym zawsze po nich jeździła. Efekt jest taki, że po jakimś czasie muszę czekać na grupę, bo za bardzo do przodu wyrwałam. Co prawda chyba flak w kole jest jakby większy, ale co tam, jest pięknie.







Dojeżdżamy do Ende, robiąc niemałe zamieszanie wśród lokalnej ludności. Hostel, gdzie się zatrzymujemy jest naprawdę wypasiony jak na afrykańskie warunki - prysznice, kibelki, umywalki.... I standardowo wybieramy spanie na dachu.











Postanawiam umyć camelbaka, bo tam chyba pierwotne kultury wynalazły już koło - nie pamiętam kiedy myłam go ostatnio i aż dziwne, ze nie mam z tego powodu żadnych problemów żołądkowych.

Na kolację dostajemy kuskus. Chłopaki zamawiają jakieś polepszacze humoru z lokalnych plantacji, ale towar okazuje się "not too good" i chyba wujek Buby przychodzi z ratunkiem i swoim "stafem". Podobno lepszy ;)

Okazuje się, że Kostek jednak ma flaka - jutro trzeba będzie mu zrobić serwis.

Zostawiam chłopaków z ich zabawkami, a ja idę spać. Na materac w hotelu miliongwiazdkowym w krainie ludzi pochodzących z Syriusza...

Przejechane: 17 km ;)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
bird 

Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2014
Pomógł: 1 raz
Wiek: 45
Dołączył: 08 Lis 2014
Posty: 181
Skąd: Kraków
Poziom: 12
HP: 0/319
 0%
MP: 152/152
 100%
EXP: 14/27
 51%
Wysłany: 2015-04-28, 22:11   

Ciekawe czy Kostek poprosił pierwotne kultury bakterii o wymianę koła? Skoro wymyślały koło to mogły je rownież wymienić? :mrgreen:
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-05-16, 23:29   

Dzień 13 - Drugi dogoński trekking
22 stycznia 2015 - czwartek


W nocy bardzo mocno wieje. Drobne ziarenka piasku wciskają się wszędzie. To mnie budzi - i dobrze, bo trzeba pochować elektronikę, która jest na wierzchu... tablet, aparat fotograficzny, power bank, telefon, kable... Przeciągam materac pod przeciwległy "murek", bo tam mniej zawiewa (a przynajmniej tak mi się wydaje) i ponownie kładę się spać.

Rano niespiesznie wstajemy na śniadanie. Dla odmiany - placki z miletu z dżemem. Ale że jest go mało, trzeba sięgnąć do własnych zapasów - Andrzej przynosi jakąś konfiturkę, która tu z nim przyjechała.



Kostek jednam ma flaka w przednim kole, więc w porze śniadaniowej próbujemy dogadać jakiś serwis, ale, jak to tutaj bywa, nigdzie nikomu z niczym się nie spieszy. W sumie racja, są wakacje, a my dzisiaj znowu więcej kilometrów zrobimy na nogach niż motocyklami. W końcu pojawia się lokalny magik z odpowiednim sprzętem i naprawia dętkę. Jest w niej mała dziurka. Pewnie wczoraj, podczas jazdy po piachu na zmniejszonym ciśnieniu wpakowałam się na jakiś kamień, co w sumie trudne nie było.









Posileni, czekając na rozwój wydarzeń, kupujemy lokalne wyroby na pamiątki. Ostro negocjujemy hurtowy zakup dogońskich czapek i innych pierdółek - ozdóbek, biżuterii, czy pięknie zdobionych dogońskich mieczy.











Moja poparzona ręka nie ma się najlepiej - spod bąbla wyszło różowe mięsko, a wszechobecny "brud" chyba gojeniu ran nie służy...

OK. Kostek zrobiony, wszyscy względnie zebrani i gotowi do jazdy - wsiadamy na nasze rumaki i jedziemy na kolejny trekking.







Znowu nabijamy kilometry pieszo. Wspinamy się ukrytą ścieżką w głąb skał. Jest ciepło, męczymy się dość łatwo. A tymczasem lokalna grupa kobiet z wiaderkami na głowach pokonuje tę trasę lekko i sprawnie, najpierw nas wyprzedzając, a potem zostawiając daleko w tyle. Taaa...















Docieramy na szczyt, gdzie rozciąga się płaskowyż.







Jeszcze chwila i jesteśmy w kolejnej dogońskiej wiosce "w środku niczego". Zwiedzamy ją, apotem robimy przerwę na fotki w najwyższym jej punkcie.







































Uwagę wszystkich przyciąga pracująca przed jedną z chat dziewczyna. Bardzo ładna.





Jest misja - dotrzeć do niej! :) Gdy jesteśmy obok chaty jej maka (?) częstuje nas orzeszkami ziemnymi. Pyszne, świeże, niesolone. Mmmm... Pytamy, czy możemy wejść na podwórko. Możemy. Wchodzimy. Chłopaki proszą o możliwość zrobienia sobie zdjęć z dziewczyną. Jest zgoda, ale... nie w tym "roboczym" stroju - musi się przebrać. Trwa to krótką chwilę i... aparaty idą w ruch. Fotkę robi sobie każdy. Ja też, a co!









Strój dziewczyny jest uroczy - ma piękne kolory, które mnie urzekają no i jest tamtejszy - autentyczny i tradycyjny (i nieważne, że wzór przedstawia motyw bożonarodzeniowy ;) a jesteśmy w muzułmańskim kraju!). Pytam, czy mogę taki przymierzyć - mogę - ten sam. Jest lekko spocony pod pachami, ale w ogóle się tym nie przejmuję ;) Zakładam go na siebie - nie leży idealnie, bo jednak mam zupełnie inną budowę niż typowa kobieta stamtąd, ale i tak mi się podoba. Jeszcze tylko zawiązanie tego czegoś na głowie i tadam!







A może by go kupić? Pytam o cenę, zbijam i negocjuję. W końcu dochodzimy do kwoty, którą mogę zapłacić za taka pamiątkę. Strój ląduje u Buby w plecaku, pieniążki u matki dziewczyny i wszyscy są zadowoleni.

Idziemy, bo czas nagli, a przed nami jeszcze kawał drogi.

W głębi wioski zatrzymujemy się jeszcze w jednym miejscu. Zjadamy zakupioną przez Bubę papaję (oczywiście nie dziwi mnie to, że tu smakuje inaczej niż te papaje dostępne w Polsce) i podziwiamy figurki robione z brązu przez lokalnego rzemieślnika. Ktoś tam nawet kupuje - są naprawdę ładne, ale ciut za duże, żeby je zabrać do motocyklowego bagażu... niestety...



Resztkami papai dzielimy się z wielkim żółwiem i rozpoczynamy zejście.





Najpierw są tylko skały, ale potem robi się zielono - trafiamy na plantację, głównie cebuli, ale też innych warzyw. Pracują tu głównie dzieci - noszą wodę z pobliskiej rzeczki i podlewają uprawy. Te mniejsze zajmują się zabawą.



























Docieramy do motocykli i wracamy do wioski. Ponieważ jazda znowu mi "wchodzi" jadę pierwsza i na nikogo nie czekam. Wracam po śladzie z GPS - niby droga jest prosta, ale ma sporo odnóg, zwłaszcza w wioskach i nie chciałabym się zgubić :) Nagle ślad mi się urywa... no tak... w tamtą stronę włączyłam nawigację sporo za wioską... Kluczę więc między identycznie wyglądającymi glinianymi domkami, aż w końcu docieram do naszego hostelu. Zanim ruszymy w dalszą drogę chcę wziąć jeszcze prysznic. Gdy spod niego wychodzę, do hostelu docierają ostatni maruderzy z grupy... no to ich odsadziłam...

Granicę z Burkina Faso zamykają o 18. I w zasadzie nie mamy szans zdążyć. Zwłaszcza, że Neno złapał gumę i trzeba wymienić dętkę. Więc ustalamy, że zostajemy tu jeszcze na kolejną noc i dopiero rankiem ruszamy w dalszą drogę. Zjadamy obiad - spaghetti z sosem, a potem kupujemy kolejne pamiątki. Ja za mieszankę walutową (lokalne, eurocenty i złotówki) kupuję słonia do mojej kolekcji, szal i masło do masażu, a w prezencie dostaję bransoletkę :)

Krzyś znowu zabiera się za czynności serwisowe w swojej tenerce - trzeba naprawić jakieś śrubki, które się pokrzywiły przy transporcie na wojskowym pickupie i znaleźć prąd w jednym z gniazdek zapalniczki. A reszta tymczasem idzie zwiedzać wioskę - Buba prowadzi nas do swojego domu i opowiada swoją historię. Potem jeszcze chwilę się włóczymy.

















Jak wracamy, to Krysiu oznajmia, że znalazł prąd w gniazdku usb - wystarczyło przekręcić kluczyk ;)



Wieczór spędzamy przy herbatce, bo jakoś wszystkie inne zapasy się pokończyły, a lokales, który pojechał do sklepu, chyba zaginął na placu boju bo od kilku godzin go nie ma.

SMSowo korespondujemy z Piotruszem, ustalając co i jak. Wiadomość od niego nie jest dobra "Jest źle, złamanie kości i zerwanie więzadła, konieczna operacja." Rozważamy miliony scenariuszy, ale jedno jest pewne - Piotrusz musi pilnie wracać do Polski. A co z jego motocyklem? Wszystkie motki musza razem wjechać do Maroka...

Pojawia się zaginiony kierowca z jakimiś napojami chłodzącymi, ale w zasadzie raraz wszyscy zwijają się spać. Nastroje jakieś takie pochmurne...


Przejechane: 14 km

[/youtube]
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-05-17, 21:00   

Dzień 14 - Przez Wagadugu
23 stycznia 2015 - piątek


Plan był prosty. Pobudka o 5, wyjazd o 6. Ale życie weryfikuje plany. Gdy dzwoni budzik każdy wrzuca drzemkę. I tak tezy razy. I tak jest ciemno, więc nie ma co się spinać. W końcu świta, więc się zbieramy. Śniadanie jest full wypas - jajka sadzone i chleb. Ale nie ma talerzy ani sztućców. Krzyś się upomina, to dostaje tylko on, inni nie ;)

Pakujemy bagaże na motocykle i piaskami śmigamy do główniejszej drogi. Raz udaje mi się utknąć w jednej koleinie za Hubertem, więc jak tylko nadarza się okazja - zmieniam koleinę i łykam kolejne pisakowe kilometry. Na rozdrożu, "przy stacji benzynowej", czekam na resztę robiąc fotki. Okazuje się, że kilka osób po drodze miało przygody w postaci gleb - zdarza się :)

















Hubert tankuje paliwko z bańki, wszyscy też dopompowujemy koła, bo teraz będzie już twardziej. nawet może być asfalt :)



Ruszamy uroczą drogą, znowu poprzecinaną "rowkami", na których można fajnie wyskakiwać. Widzę w lusterku, że Andrzej też podłapał tą zabawę ;)

Zaczynają się szutry. Szybkie szutry. Jedziemy parami, żeby ograniczyć kurzenie. Jadę w parze z Hubertem. I nie ejst to łatwe. To, że wyskakują przed niego byki, to już wiemy, ale wyskakują też osły, kozy, owce, drób a nawet dzieci....









Dojeżdżamy na posterunek celny i... mamy problem. Nie mamy dokumentu, którego nazwy nie wypowiadamy, bo wtedy się zorientują, że jednak wiemy o co chodzi. Więc ustalamy, że nie mamy "wizy dla motocykli". Musimy poczekać w budynku - w sumie dobrze - w miarę chłodno, jest na czym usiąść/uciąć drzemkę i jest telewizor :)



I plakaty dotyczące profilaktyki Eboli.





Tymczasem Neno i szef posterunku na skuterku jadą do innego biura, o wyższym statusie, żeby ustalić "co z nami zrobić".



Czas leniwie mija, wręcz namacalnie czuć tracone godziny... Żeby się nie nudzić, to bawimy się w ćwiczenie zmiany pozycji na GSie. Gdy Andrzej dla zabawy wydaje z siebie odgłos "brum brum" stojący obok osioł zaczyna rżeć, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszał... może i tak jest...

Wraca Neno i szef posterunku - sytuacja opanowana. Jak się tylko dowiedzieli co nas spotkało w Nara i że przez to nie mamy dokumentów, bo były inne priorytety, nie tylko nas puszczają, ale dają obstawę pickupa aż do granicy. Pozwala to bez dodatkowych kontroli przejechać przez następne kilka posterunków. Nie ma tego złego :)







Granica Mali. Idzie wyjątkowo powoli. Każdy nas musi się wyspowiadać z tego co robi. Mówię, że jestem Project Managerem. Krzyś też mówi, że jest Project Managerem. No i jest problem - bo jak ja nim jestem, to Krzyś już nie może być... No i tłumacz się tu człowieku. Każdy więc wymyśla coś czym się zajmuje, żeby się nie powtarzało, bo inaczej jest kwadrans tłumaczenia. Potem pieczątki i pozostała papierologia. Atmosfera się lekko rozluźnia, i zostaję poproszona przez jednego z celników, który tylko siedzi i nic nie robi, o pomoc w przywoływaniu właściwych osób, bo maja problem z wymówieniem niektórych imion czy nazwisk. Dostaję opierdziel od Neno, że z nim w ogóle gadam, bo to na pewno spowalnia procedurę. Zagotowuję się lekko, bo to totalna nieprawda, wręcz przeciwnie... ale ciężko to wytłumaczyć.

W końcu mamy wszystkie paszporty i możemy jechać. Pas międzygraniczny to fajna czerwona szutrówka, z szutrowymi objazdami ;) a jakie maja barykady fajne :)



Dojeżdżamy do granicy Burkina Faso i po raz pierwszy musimy zostać poddani testom, czy nie jesteśmy chorzy. Tu przejmują się Ebolą. Zanim zajmiemy się dokumentami, to musimy umyć ręce i pozwolić puszystej pani w namiociku zmierzyć nam temperaturę. Pistolecik wycelowany w czoło pokazuje temperaturę. Chłopaki mają każdy ok. 36,5 stopnia. Jest to skrzętnie odnotowywane w zeszyciku. W końcu moja kolej, dobrze, bo stanie w upale męczy. Wynik: 37,8 stopnia. No świetnie. Jeszce mnie tu zatrzymają na kwarantannę. Ponowny pomiar - to samo. Pięknie :( Ale pani mówi, że ok i pozwala mi się odprawić. Może z oczu mi na tyle dobrze patrzy i widać było, że słonko nagrzewa mi czachę że mnie puściła...









W budynku pograniczników wpisujemy się do wielkiej księgi, a oni wbijają nam pieczątki w paszporty. Szybko, sprawnie, bezproblemowo. Co nie zmienia faktu, że można uciąć sobie drzemkę, albo postudiować plakaty. Ten o Eboli to standard już, ale druga kartka, która wisi obok, ma dużo ważniejsze informacje: rozpiskę meczów fazy grupowej Pucharu Afryki w piłce nożnej :)







To chyba najsprawniej pokonana granica. Szutrami lecimy jakiś kawałek i zatrzymujemy się na posterunku celnym, żeby wyrobić papiery tranzytowe dla motocykli. tu tez idzie względnie sprawnie.







Upał jest niemiłosierny... Popołudniowe słońce praży jak wściekłe. Gdy tylko ruszamy jest sporo lepiej, bo choć trochę czuć ruch powietrza... niestety gorącego, ale zawsze to coś.



Po Burkina Faso jeździ się jakby inaczej. Tubylcy jeżdżą na rowerach i trakcjach, też są progi zwalniające oraz - nowość - bramki płatnicze za użytkowanie drogi. Na jednych płacimy jakieś grosze, ale tylko dlatego, że nie wybraliśmy objazdu dookoła budki, a jak już jesteśmy pod szlabanem, to musimy zapłacić - normalnie płacą tylko ciężarówki. I wszystko jasne na przyszłość. Za to pojawia się tez ruch kierowany - przez ludzi w fioletowych uniformach :)







W pierwszej wiosce Hubert zatrzymuje się przy straganie z butelkami z paliwem. Bierze da litry po cenie niewiele wyższej od rynkowej, więc jest miłe zaskoczenie. Neno śmieje się, że za 200 metrów pewnie jest regularna stacja. I... ma rację - zatrzymujemy się na niej, ale tankuje tylko Neno, bo dystrybutor znowu jest na "wajchę" więc tankowanie wszystkich motków zajęłoby wieki.







Reszta tankuje w najbliższej dużej miejscowości. Jest tez pora mocno obiadowa, więc decydujemy się, że coś tu zjemy. Neno odtwarza drogę do miejsca, w którym był przed dwoma laty. Znajduje knajpkę, gdzie wtedy zaczęła się najistotniejsza część jego afrykańskiej samotnej przygody, ale najpierw zwiedzamy sklep po drugiej stronie ulicy. Dwie urocze sprzedawczynie maja z nas nie lada ubaw, gdy rzucamy się na zimne picie (i piwo).

W knajpce Neno podpowiada kucharzowi (który go poznał!) co ma dla nas wrzucić do gara i w efekcie dostajemy omlety z podsmażanym makaronem i warzywami. Pycha. Do tego dla niektórych kawka ze słodkim skondensowanym mlekiem.







Po posiłku czeka na nas niespodzianka - do lokalu przychodzi Yves, czyli poznany tu przyjaciel Neno. Czas trochę nagli, więc tylko robimy sobie wspólną pamiątkową fotkę. Neno zostaje jeszcze chwilę na pogaduchy i przekazanie prezentów dla Yvesa i jego rodziny, a my jedziemy do Wagadugu.



Neno dogania nas po jakimś czasie. Jest ciepło. Temperatura mierzona przy prędkości 100 km na godzinę wynosi 41 stopni...



Do Wagadugu docieramy późnym i gorącym popołudniem (co w połączeniu z tutejszym ruchem ulicznym jest mega wyzwaniem). Na tyle późnym, że poczta, która była naszym celem, jest zamknięta. Ale tuzin sprzedawców pocztówek nadal jest aktywny, poznaje Neno i rozpoczyna się wybieranie, grymaszenie, targowani i kupowanie pocztówek. znaczki kupimy gdzieś indziej...

Zaopatrzeni w pocztówki ruszamy dalej. Jeszcze tylko zahaczamy o stację benzynową i możemy wyjeżdżać z miasta i szukać miejsca na nocleg. Niestety gubimy się w ruchu ulicznym część zjeżdża na stację; ja ją przejeżdżam, ale lekko nielegalnie przecinając pod prąd ścieżkę rowerowo-skuterową (a znalezienie tam luki w jadących ludziach graniczy z cudem) w końcu docieram na obiekt, ale Neno całkowicie ją pomija. Próbujemy się z nim skomunikować, przy okazji się trochę odświeżając i nadając w świat komunikaty, bo jest WiFi. Udaje się w końcu ustalić, że Neno jest na kolejnej stacji. Jedziemy tam, zgarniamy go i już nie gubiąc się wyjeżdżamy z miasta.

Szukanie noclegu dzisiaj nie jest łatwe. Długo po wyjechaniu z miasta nie ma absolutnie żadnego miejsca, gdzie w spokoju można rozbić namiot. Z pierwszej wybranej przez nas miejscówki się zwijamy, gdy idzie (albo wydaje nam się że idzie) w nasza stronę ktoś z psem. Drugie miejsce jest sporo gorsze... ale jest. Jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby szukać dalej...


Przejechane: 415 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-05-19, 21:32   

Dzień 15 - I'm lovin' it
24 stycznia 2015 - sobota


Budzimy się gdy jest już dość jasno. Nasza poranna krzątanina jest bacznie obserwowana przez lokalną ludność, przemieszczającą się wzdłuż drogi, przy której się rozbiliśmy. Z dystansu. Bezpiecznie. Nikt bliżej nie podchodzi. Tu nie ma nachalności, jedynie ciekawość. I życzliwość.



Dokładnie to obserwujemy podczas drogi do Bobo Dioulasso. Jest tu jakby więcej ludzi niż w Mali, nie mówiąc o Mauretanii. Kraj biedniejszy, ale "cywilizacja" jakby większa - wzdłuż drogi są knajpki, sklepiki, mnóstwo ludzi. Wesołych, machających, uśmiechających się, pozdrawiających na wszystkie możliwe sposoby. Chodzących, jeżdżących na rowerach o wielkich kołach. Zauważam, że "total" to synonim stacji benzynowej, a "michelin" - wulkanizatora.




Drogi są dość podobne do tych w Mali - też jest sporo progów zwalniających.Czasami droga ma offowy objazd, a na nim... też są progi zwalniające ;) Bramki płatnicze, które pojawiają się co jakiś czas zgrabnie i legalnie omijamy bocznymi objazdami, choć zdarza się kilka sytuacji, że przejeżdżamy "środkiem" i nikt nie zatrzymuje.







Przez Bobo Dioulasso, pomimo ponad czterdziestostopniowego upału przejeżdżamy całkiem sprawnie. Już chyba każdy czuje rytm jazdy po tutejszych miastach.

Kierujemy się do Banfory. Im bardziej się zbliżamy, tym bardziej zmienia się krajobraz. Jest soczyście zielono, wilgotno. Pola uprawne są nawadniane. Zupełnie inny klimat.

Na kemping dojeżdżamy około 14:00. Chyba nigdy tak wcześnie nie dotarliśmy do żadnego celu. Lokujemy się w klimatycznych glinianych chatkach i przy piwku ustalamy co dalej.













Punkt pierwszy na dziś - hipopotamy. Podobno jest tu spore jezioro, a w nim ciekawi lokatorzy, których może uda się zobaczyć (spotkać może lepiej nie ;)) OK, jedziemy. Prawie wszyscy, bo Hubert zostaje w bazie.

Reszta jedzie w wioskę. Skręca w polną dróżkę, mijamy budkę, gdzie uiszczamy opłatę i wtedy łańcuch zagradzający drogę magicznie znika za dotknięciem czarnej rączki. Parkujemy nad jeziorem, na specjalnym parkingu dla motocykli. Zrzucamy motociuchy i lokalny wioślarz prowadzi nas do łódki, którą odbędziemy podróż. Każda, która stoi na "przystani" ma w sobie litry stojącej wody... OK, będzie ciekawie. Wsiadamy do jednej z mniejszych, ale suchszych. chwile głowimy się nad optymalizacją rozkładu masy. Idealnie nie jest ale płyniemy. Żartując z całej niedorzecznej sytuacji, w której obrócenie głowy na bok powoduje przechył łódki dopływamy do miejsca gdzie są hipcie. I naprawdę są! A kątem oka widzimy też grupkę lokalesów: Faceta, jego laskę (ale chyba jakąś nieoficjalną ;)) i jeszcze jednego gościa - nie dość , że są w trójkę, to jeszcze mają większą łódkę. No tak, ale to ich był ten biały samochód na "parkingu"... Nasz wioślarz postanawia, że podpłyniemy trochę bliżej, a on jeszcze pohałasuje, żeby hipopotamy się wynurzyły. To działa, choć mamy trochę pietra, że jak się wkurzą i nas staranują, to będzie niewesoło.





















Czas wracać. Jest fajnie, relaksacyjnie, popołudnie na jeziorze ma w sobie jakiś magiczny spokój.





Bezpiecznie lądujemy na brzegu. Chłopaki, z wyjątkiem Neno idą się jeszcze wykąpać w jeziorze. Ja odpuszczam. W tej wodzie mogą mieszkać jakieś stwory, a w chatkach na campingu są prysznice (tj wydzielone miejsce, gdzie można sobie przynieść wiaderko z woda i się umyć ;)). Relaksujemy się więc na parkingu.



A potem całą grupą wracamy po Huberta, bo mamy dzisiaj w planie kolejną atrakcję: McDonalds w wersji lokalnej! Jest szyld. Jest klaun (nawet na motocyklu). Jest menu. Jest hamburger. I frytki z prawdziwych ziemniaków. Oh yeah!







[url="http://2.bp.blogspot.com/-0F1tLv9-XcQ/VNOUFopEhAI/AAAAAAABNko/TbdoABpdV_k/s1600/20150124_173712.jpg"]





Po uczcie mamy kolejną misję - znaleźć WiFi. Gość z McDonaldsa chce nam pomóc. Więc pomaga - ale zawozi do kafejki internetowej, gdzie owszem jest net, ale tylko w pakiecie z użyciem przestarzałych pecetów. A WiFi - tak jest w jednym hotelu. Jedziemy tam, ale mamy pecha - dzisiaj internetu nie ma. Nie działa. nawet w recepcji jest odpowiednia karteczka na ten temat, więc chyba to nie ściema.

No cóż. Zwiedzając jeszcze kawałek miasteczka wracamy na kemping, gdzie chilloutujemy się przy lokalnym piwku. Jutro rano ustalimy co dalej....








Przejechane: 409 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-05-25, 21:09   

Dzień 16 - Nic się nie stało...
25 stycznia 2015 - niedziela


Mamy czas. Zostajemy tu dzisiaj. W planie jest chillout i nicnierobienie. No, prawie... bo trzeba zrobić drobny serwis motków. W motocyklach Piotra i Neno trzeba pospawać stopki boczne, które się za bardzo "wygły" i nie spełniają już swojej roli. Ja przy okazji sprawdzam filtr paliwa w Kostku - jest ok, sklejone miejsce trzyma. Tym razem mocno dokręcamy uszczelkę i pierścień - powinno już nie przeciekać przy zatankowaniu paliwa na full. Po tych porannych zajęciach pora na relaks - jedziemy and wodospady. Od właściciela kempingu wynajmujemy trakję, żeby odpocząć od jazdy na własnych motocyklach. W zasadzie tylko Neno ma plan jazdy na swoim motku - pewnie chce przetestować "nową" stopkę ;) ruszamy spod kempingu, ale po 500 metrach trajka odmawia dalszej jazdy. Nie odpala.





Podczas, gdy właściciel i jego młody mechanik ogarniają temat serwisu, my dajemy się wciągnąć rzeczywistości. Udaje się kupić mocno schłodzoną wodę w bardzo dobrej cenie (4 razy taniej niż w miejscach turystycznych) i... lody... smaki są różne (od imbirowych do owocowych), a doznania jedzenia takiego loda z plastikowego woreczka - bezcenne ;)











Naprawa się przedłuża, więc idziemy do knajpy. Zamawiamy piwo i jakieś jedzenie, podczas gldy lokalny sprzedawca wszystkiego negocjuje z Hubertem sprzedaż całego "złota" z oferty. A szef knajpy nawet odpala dla nas telewizor... zaraz zaraz... czy dzisiaj aby nie ma jakiegoś meczu? Sprawdzam na fotce tabelki z granicy... jest! Burkina Faso z Kongo. Rezerwujemy stolik z knajpy na wieczór i wysyłamy reprezentacyjną ekipę na lokalny targ, żeby droga kupna nabyła oficjalne stroje piłkarskie - w końcu jak kibicować to z pełną pompą :)











Trajki nie udaje się reanimować, ale że właściciel dostał spore wynagrodzenie, to skombinował nam nową trajkę i jej właściciela. Po zjedzeniu rybki, ubrani w piłkarskie stroje, możemy jechać nad wodę. Jeszcze tylko skoczymy ponownie na targ, bo trzeba wymienić jeden zestaw ciuchów na większy rozmiar. I kupić flagę.







Przejazd jest pełen emocji, bo prowadzi Małyszek, a potem Endrju, ale dajemy radę. Neno dzielnie podąża za nami.



Meldujemy się na parkingu i pieszo idziemy dalej.





Trekking nie jest tak długi, jak te w Kraju Dogonów. I jest sporo więcej cienia. Przy pierwszym wodospadzie trochę mi schodzi, bo pstrykam fotki.





Potem mam lekkie problemy, żeby dogonić resztę, ale na szczęście widzę strzałki. A więc zabawa w podchody? No dobra.





Hmmm...



No chyba jednak nie?



OK, znajdujemy się.



I wodospady. Tu robimy dłuższy postój. W końcu, dawno nie widzieliśmy tyle bieżącej wody ;) trzeba się umyć... odpocząć... zrelaksować...



























Czas szybko mija, brakuje już ananasów do jedzenia, więc wracamy... jeszcze tylko mały wypad w okoliczne skałki... Po drodze Małyszek na prostej drodze nagle skręca w prawo i pakuje całą trajkę i nas w pole trzciny cukrowej, po czym właściciel trajki odbiera nam możliwość prowadzenia pojazdu...













Jest coraz później, mecz będzie lada chwila, więc wysyłamy Neno, żeby pojechał pierwszy, przytrzymać naszą rezerwację, bo w sumie nie mamy pewności, czy nas dobrze zrozumiano.











Gdy wkraczamy do knajpy całą grupą lokalesi bija nam brawo. Chyba się postaraliśmy. Przynajmniej wyglądem, bo chwilę zajmuje nam zajarzenie kto jest kim na boisku i kiedy mamy się cieszyć, a kiedy nie.



Prosimy obsługę o menu - nie ma - ale napiszą dla nas, żaden problem. Nie bardzo wiemy czym są niektóre potrawy, więc zamawiamy to, co potrafimy zrozumieć. Jest z tym trochę zamieszania, bo oczywiście coś gdzieś umyka, ale generalnie jest bardzo pozytywnie.



Za to mecz jest nudny jak nie wiem, Burkina Faso przegrywa 1:2 i zajmuje ostatnie miejsce w grupie (Kongo przechodzi dalej z pierwszego). Śpiewamy więc to, co Polacy umieją najlepiej, bo praktykują bardzo często: "Nic się nie stało, Burkina nic się nie stało..." ;)

Można iść na kemping (jakiś kilometr pieszo) i odpocząć. Jutro odwrót... Trochę mi smutno, że juz powoli widać koniec tego wyjazdu...




Przejechane: 0 km :)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-05-26, 23:28   

Dzień 17 - Splash!
26 stycznia 2015 - poniedziałek


Coś mnie w nocy męczy. Nie śpię za dobrze, co rzadko mi się zdarza, bo w końcu jestem świetna w łóżku - mogę spać godzinami... Poranne procedury startowe zajmują grupie więcej czasu niż zwykle, więc Krzyś i Piotr jada na pocztę, żeby wysłać w końcu pocztówki zakupione w Wagadugu. W końcu udaje się wystartować. Tam, gdzie wczoraj poległa trajka, dziś ja o mało co nie parkuję na czarnym mercedesie, który nagle i bez ostrzeżenia postanawia się zatrzymać. Zjeżdżamy na stację benzynową, gdzie dostaję lekkiego ciśnienia, i chyba nie tylko ja, bo goście z obsługi mają problem z prosta matematyką - nie ogarniają ile to jest 10000 (banknot jaki dostali) minus 5600 (kwota należna za paliwo i na wydanie reszty czekam całe wieki. Ale z drugiej strony rozumiem w czym rzecz - tu każdy podjeżdżający lokales tankuje za "pięćdziesiąt" - podjeżdża, daje banknot, za tyle mu wlewają. Tankowania "do pełnia" nikt tu nie uskutecznia. w Końcu ruszamy w kierunku granicy. ALe nie pierwotnie ustaloną drogą, tylko zjeżdżamy za znakiem wskazującym drogę do granicy z Mali. Trasa jest bardzo malownicza. I w połowie drogi kończy się asfalt i zaczyna zabawa.















Niestety po kilku kilometrach offu odpada mi kamerka zamocowana na kierownicy. Cofam się kilkadziesiąt metrów i znajduję ją "w rowie". Mocowanie na kasku poległo jeszcze w Mauretanii, teraz ułamało się drugie jakie miałam... to oznacza koniec filmów i fotek z kamerki.



Natrafiamy na rzekę. Przejeżdżamy przez nią. Ale nie jeden raz - bawimy się w kilkukrotne przejazdy, ku uciesze lokalnej ludności, która ma chyba z nas większy ubaw niż my z tej całej jazdy. Oprócz dobrej zabawy ma to jeszcze jedną zaletę - woda fajnie chłodzi, bo upał dalej jest spory.











Jazda znowu mi wchodzi. W kilku miejscach muszę poczekać na resztę ;)





Kilkanaście kilometrów przed granicą znowu pojawia się jakiś asfalt i cywilizacja. Stajemy więc na jedzenie, bo pora zrobiła się obiadowa. Tym razem w menu jest smażona ryba i smażone w tym samym oleju banany i jakaś kasza. A do tego - przegląd napojów: kawa z mlekiem, bez mleka, piwo i lokalna cola.





Formalności graniczne po stronie Burkina Faso znowu są załatwiane całkiem sprawnie - dostajemy zieloną kartkę, którą następnie zamieniamy na różową, a w dodatku policja zaprasza nas do wspólnego biesiadowania - w ich menu jest ryż, kurczak i sos. Za to w Mali jest niezły burdel - nie wiadomo, co gdzie załatwić. W końcu znajdujemy jakiś ukryty i zupełnie nieoznaczony posterunek policji. Czekając na załatwienie papierologii suszymy ciuchy i buty, w których większość z nas ma wodę. Jeden policjant pyta chłopaków, dlaczego pozwalają mi prowadzić motocykl - to przecież nie dla kobiet. Ech, jak ja "lubię" takie teksty...



Dostajemy z powrotem nasze dokumenty. No... prawie - gdzieś ginie mój dowód rejestracyjny. Jest lekka nerwówka, ale zguba odnajduje się w paszporcie Piotra - ktoś po prostu go tam wsadził wraz z jego dowodem.

Naprzeciwko posterunku policji jest żandarmeria - idziemy tam z Krzysiem i dokumentami, i w miarę sprawnie załatwiamy procedurę.

Kolejny etap - cło. Wyrabiamy papiery tranzytowe. Tym razem ginie dowód rejestracyjny Piotra, ale okazuje się, że celnicy odłożyli go gdzieś na bok wraz z innymi papierami.

Nie ma czasu do stracenia. Jedziemy do Bamako, tam mamy nocować, w hostelu gdzie zostawiliśmy Piotrusza. A ja już wiem, co mi nie dawało spać w nocy... Podświadomie wiedziałam, że popełniłam jeden błąd. Dość istotny. A teraz wiem to już świadomie... Rozplanowując powrót nie doliczyłam jednego 500-kilometrowego odcinka... w Afryce pokonanie takiego dystansu to ok. jeden dzień... I właśnie tego dnia mi teraz brakuje, żebym zdążyła na samolot do domu. Reszta ekipy ma loty późniejsze, ja miałam wracać razem z Piotruszem w najbliższą sobotę... Trzeba będzie się nieźle spiąć, żeby dojechać na czas... i liczyć, że nie będzie już żadnych przygód.

A'propos Piotrusza - jego noga okazała się złamana, więc musiał czym prędzej wracać do Polski, na operację. Przed wylotem zdążył jednak przeprowadzić casting na kierowcę, który wraz z naszą grupą dotrze jego motocyklem do Dakhli. Udało mu się wybrać odpowiedniego osobnika, spisać umowę i ustalić cenę za usługę... wg mnie zupełnie niemałą... Jak dziś dotrzemy do Bamako, to będzie więcej szczegółów.

Ciśniemy więc do Bamako. Po zmroku jazda robi się mocno nieprzyjemna - jest pył i dym od wypalania traw powodujące łzawienie oczu i do tego robale rozbijające się na wizjerze kasku. Ale udaje się dotrzeć do hotelu, pomimo małego zgubienia drogi już w samym centrum miasta.

Na miejscu jemy zasłużone burgery i oglądamy film na dużym ekranie, bo w ramach atrakcji dzisiaj jest kino plenerowe. Pojawia się też koleś od piotruszowego tematu Uzgadniamy szczegóły jutrzejszego wyjazdu. Dowiadujemy się, że kierowca nie je wieprzowiny i ma numer buta 43. I nie mówi w żadnym "zachodnim" języku poza francuskim. Damy radę.

A teraz - spać!

Przejechane: 550 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2015-05-27, 23:25   

Dzień 18 - Wieje chłodem
27 stycznia 2015 - wtorek


Perspektywa problemu ze zdążeniem na samolot znowu sprawia, że nie śpię dobrze. Nikt nie wyłapał błędu w obliczeniach... w sumie się nie dziwię - tylko mnie się spieszy. I jeszcze dostałam po uszach, że tak nierozważnie podeszłam do tematu :(

O umówionej porze zjawia się kierowca piotruszowego moto. Ciuchy i kask pasują, ale buty nie - pojedzie więc w swoich adidaskach, bez skarpetek. Ruszamy przez Bamako. Poranny ruch jest wymagający, ale dajemy radę. Zatrzymujemy się jeszcze na tankowanie i dopompowanie kół u wulkanizatora.



Droga jest nudna i upływa powoli.









Dojeżdżamy do Didiene - miejscowości, do której odeskortowało nas wojsko z Nara. Tam zatrzymujemy się na obiadek. Rozdielamy się na różne knajpy, żeby było szybciej. Andrzej i ja jemy kurczaka z ryżem i sosem i zapijamy czarną słodką kawą. Zupełnie przestało przeszkadzać to z czego i czym jemy i z jakich kubków pijemy - w zasadzie takich samych używa się do spłukiwania toalet, ale co tam...







Tankujemy i lecimy dalej. W podgrupach, bo tak sprawniej. Moja jest czteroosobowa: ja, Krzyś, Piotr i Andrzej. Odpalam w kasku muzyczkę z komórki, ale brak owiewki sprawia, że hałas z zewnątrz jest za duży, żebym czerpała z tego jakąkolwiek przyjemność, więc wyłączam i znowu jestem sama ze swoimi myślami.

















Na jednym z postojów otrzymujemy wiadomość, od drugiej grupy, że w piotruszowym moto jest kapeć. Ups, a my jesteśmy jakieś 70 km przed nimi i nie zawrócimy, żeby pomóc. Telefonicznie ogarniam temat z Piotruszem, co do kluczy serwisowych i zestawu naprawczego. Informacje przekazujemy drugiej grupie.

I jedziemy dalej. Dookoła jest znajomy malijski krajobraz - czerwona ziemia, seledynowa trawa i ciemnozielone krzaczki. Świetne połączenie kolorów. Przed granicą z Mauretanią zaczyna być coraz bardziej płasko i pusto. Zwierzęta też się zmieniają - pojawiają się na nowo wielbłądy i kozy na normalnych długich nogach - na południu były takie "niskie i pękate" ;) Zmienia się też temperatura. Raz jest ciepło, raz zimno. Przejeżdża się przez takie fale różnych temperatur. Ale coraz częściej jest zimno.



Dojeżdżamy do granicy Mali. Przy załatwianiu papierologii, celnicy mówią nam, że mamy nieważne wizy malijskie, bo są do grudnia. Co za pajace - nie umieją przeczytać, że to data wystawienia... przecież to po francusku tam jest napisane! Choć w sumie generalnie ci urzędnicy (jak chyba wszędzie) robią wszędzie problemy - z fiszkami też - mają tam wszystkie dane, ale dopytują jeszcze raz. I z pieczątkami - często musimy wyszukiwać ich własne pieczątki wjazdowe w paszportach... Do tego wszystkiego jeszcze Andrzej ma do mnie pretensje, że nie ogarniam, że źle przeliczyłam dni i teraz musimy się spieszyć, że trzeba myśleć za mnie i że jestem nierozgarnięta... Przykro to słyszeć... W mocnym słowie mówię mu, żeby się bujał. To chyba najmocniejsze spięcie w grupie podczas tego wyjazdy (o którym wiem). Mimo tego ta granica idzie w miarę sprawnie.

Podjeżdżamy do granicy Mauretańskiej. Tu tez nam mierzą temperaturę - tym razem strzałem w ucho. Oprócz tego jest mnóstwo handlarzy walutą. I problem techniczny - musimy poczekać na wizy. W sumie próbowaliśmy ich przekonać, ze stare są OK, bo ważne 30 dni, ale niestety, nie udało się bo jednak to były wizy jednokrotnego wjazdu. Gość od wiz jest jakiś trochę spowolniony. A komunikacja polega na psykaniu i miganiu. Za to jeden z policjantów wydaje się bardziej ogarnięty i komunikuje się w "ludzkim" języku. Ma też swojego człowieka od wymiany kasy, który choć nie ma dobrego kursu na Euro, ma bardzo dobry kurs na CFA.





Gdy powoli kończymy z formalnościami przyjeżdża reszta - i zostają błyskawicznie odprawieni, bo już przetarliśmy szlaki. W sumie, gdybyśmy jechali razem, to dojechalibyśmy teraz i nie załatwilibyśmy nic, bo już w sumie jest po godzinach pracy. Za to żandarmeria nas dalej nie puszcza - bo ciemno się robi i niebezpiecznie. Mamy zostać u nich na noc na posterunku. Rano dokończymy procedury i pojedziemy.

Kolację jemy w lokalnej knajpce, gdzie za omlety z cebula płacimy jak za zboże. Misiu-Szofer, czyli nasz czarnoskóry kierowca je jakiś makaron, ale mu chyba nie smakuje, bo połowę zostawia ;)

Noc jest zimna...


Przejechane: 507 km (do Dakhli zostało ok. 2000 km)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,25 sekundy. Zapytań do SQL: 11