BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Przez Wagadugu 2015 - czyli Ruda na Czarnym Lądzie
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2015-05-28, 23:51   

Dzień 19 - Wyścig z czasem
28 stycznia 2015 - środa


Wyjazd planujemy na 7 rano, więc wcześnie wstajemy. Zanim wyjedziemy przemawiam do chłopaków - że mało czasu, że potrzebuję ich wsparcia w dotarciu do celu, czynimy pewne ustalenia co do jazdy w podgrupach i scenariusze w razie W, ale chyba niewiele z nich wynika. Po prostu jedziemy. Jak najszybciej.



U celników załatwiamy papierologię (dokumenty tranzytowe tym razem za 10 Euro, a nie za ponad 20). Może dlatego, jest taniej, że są wypisane w robaczkach? W "biurze" celników stoją trzy pudła z KTMami w środku ;) Tymi prosto z chin, o pojemności 50 cc.





Jedziemy. Krzysiek, Piotrek i ja, Reszta w drugiej grupie. Mauretania to znowu upierdliwe kontrole. I pytania skąd jesteśmy. Raz pytają mnie czy "English" - myśląc, że pytają o język komunikacji odpowiadam, że tak, a oni wpisują w swój kajecik "English"... Z kolei na innym punkcie zrobili z nas.. Kolumbijczyków... Z kolei inna kontrola była wyjątkowo niemiła - jakieś krzyki, groźby, nie-wiadomo-co, bo przecież brak wspólnego języka, ale w końcu puścili.



Dogania nas Andrzej i mówi, że ich grupę strasznie na jednym punkcie przetrzepali. Po pierwsze chcieli ubezpieczenie motocykli (a tego nie mamy, bo nie było gdzie wykupić, a poprzednie się skończyło chyba jeszcze zanim wjechaliśmy do Mali). Po drugie okazało się, że Misiu-Szofer ma prawo jazdy kategorii A1, A2, ale A - nie ma, a tu jest takie wymagane... Neno rozwiązał sprawę 20 eurasami łapówki, ale... no nie może być za łatwo...

Tuż przed Ayoun robią się bardzo ładne widoki - skałki, które zresztą widzieliśmy jadąc "tam". Na stacji benzynowej dalej nie ma paliwa, ale tym razem nie kupujemy tego po niemalże 3 euro.

Nie ma czasu do stracenia. Trzeba jechać, czy się podoba, czy nie. Jezdnia, mimo, że z pozoru czarna jest pokryta cienką warstwą piachu, który znowu wciska się wszędzie. Mrużę oczy, a w głowie natychmiast zaczyna grać mi piosenka Łez "Oczy szeroko zamknięte"...



Droga zaczyna być dziurawa, a potem przechodzi w off... w tą stronę wydaje się on jednak sporo krótszy niż ostatnio. Lecimy szybko is prawnie, choć przy wyprzedzaniu ciężarówki, otoczona tumanem kurzu, wpadam "na ślepo" w grząski piach. Ale mam już wprawę ;)

Off się kończy, zaczyna przyzwoity asfalt, ale nie ma Piotra i Andrzeja. Czekamy z Krzysiem dobrą chwilę. Okazuje się, że Piotrowi odpadł dekiel kufra...





Kiffa. To tu zatankowaliśmy ostatnio mega syfne paliwo. Nie ma rady, trzeba zatankować.. problem w tym, że na tej stacji tym razem benzyny nie ma. Ale jest na innej - może będzie lepsza? Czas pokaże. Tankuję paliwo do butelki, pierwszy raz w ciągu tego wyjazdu. Co prawda, teraz powinno już być coraz łatwiej z "essence", ale jak nie mnie się przyda, to może komuś? Robi się pora obiadowa, więc znajdujemy jakąś knajpkę i zamawiamy coś co mają do jedzenia. Standardowo - ryż, sos i mięso. Okazuje się, że w potrawie są jego trzy rodzaje. Rozpoznaję żylaste mięso z kozy i wątróbkę, ale nie wiem z jakiego zwierzęcia ;) Nie z drobiu, to pewne. trzeci składnik jest dla mnie zagadką.













Do miasteczka wtacza się grupa terenówek - Węgrzy urządzają sobie rajd do Bamako. Zatrzymują się w Kiffa, nawet wchodzą do knajpy, ale, mimo, że "Polak-Węgier dwa bratanki..." to odpuszczają ten lokal...



Knujemy plan, zęby może trochę się cofnąć i zgarnąć resztę grupy, ale gdy przejeżdżamy kilkaset metrów reszta zgarnia się sama. Chwilę rozmawiamy i znowu się rozdzielamy. I znowu klasyka - jazda, kontrole, jazda. Czasem na kontrolach chcą fiszki, a czasami tylko pogadać...

Mamy kolejna przerwę, tym razem techniczną - w GSie Endrju rozszczelnił się kardan... i pampers zaczął się odkręcać, więc go całkiem zdemontowaliśmy.Tym sposobem Andrzej przegrał zakład z Małyszkiem, który twierdził, że pampers i tak odpadnie. Ale grunt, że odpadł jako ostatni - dwa pozostałe GSy już dawno "zgubiły" ten element.



Swoją drogą właśnie doznaję olśnienia, po co w Mauretanii wzdłuż drogi jest tyle opon... to kwietny rekwizyt do wykorzystania jako oznaczenie miejsca awarii i naprawy samochodu. Po prostu z pobocza wrzuca się to na drogę i już jest :ogrodzenie". W Mali i Burkinie tę rolę spełniają gałęzie z przydrożnych krzaków, ale, że tu nie ma krzaków...

Wlewam zatankowane paliwo do baku - bez zebranego na dole syfu, choć i tak mniejszego niż poprzednio... A, chłopaki bawią się na okolicznym polu, robiąc testy, czy wszystko OK.











Niebo zaczyna mieć ołowiany kolor. Jakby zanosiło się na solidna burzę piaskową... Tylko tego by brakowało... W głowie gra mi teraz coś innego... "Byłaś serca biciem" Zauchy



Dociągamy prawie do zmroku. Ponad 600 km i to z załatwianiem papierów - na Afrykę to znakomity wynik. Stajemy na dziko na nocleg. Dajemy drugiej grupie znać SMSem jakie są nasze koordynaty, ale nie odczekujemy się żadnej odpowiedzi. Siostra podaje mi ich koordynaty odczytane z lokalizatora - są jakiś 7 km od nas, gdy SPOT przestaje nadawać. Szkoda, że nie dojechali...

Wieczór upływa nam na jedzeniu pysznych ananasów, orzeszków ziemnych i pogaduchach. Noc jest jasna... aż głupio pójść się umyć bo "wszystko widać"...


Przejechane: 609 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2015-06-02, 22:36   

Sypiemy...
29 stycznia 2015 - czwartek


Poranek jest zimy i ciemny. Wstajemy w sumie przed wschodem słońca, ale jak sobie przypomnę jasny księżyc wieczorem, to teraz jest jakoś tak... dziwnie. Do Celu mamy ponad 1200 km i dwa dni z małym hakiem na dotarcie. Więc trzeba jechać. Rozpoczynamy więc procedury startowe: pakowanie, jedzenie. Jest dość chłodno, w porównaniu z tym, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić... Gdy zbieramy obozowisko słyszymy, że droga jedzie kilka motocykli. Czyżby nasi wcześnie wstali?













Po chwili i my ruszamy i... rzeczywiście, spotykamy się wszyscy na stacji benzynowej. Chłopaki zajmują się ustaleniami co i jak, a ja szybciutko ruszam "w miasto" tj. do okolicznych sklepików. Mam misję, żeby kupić parę metrów tego pięknego niebieskiego materiału, z którego tutejsi mężczyźni mają uszyte swoje wdzianka. Niestety nie udaje mi się to - wszędzie same dywany i materiały ale nie takie, jak potrzebuję.

Ze stacji ruszamy w trzy motocykle: Krzyś, Andrzej i ja. Reszta też rusza, ale mniej spiesznie, później. Jakieś 150 km dalej Krzyś zwalnia i w pewnym momencie tracę go z lusterek. Jak się okazuje później - czekał na Piotra, bo wydawało mu się, że ten z nami ruszył...

Jedziemy dalej. Do Nawakszut. Znowu wbijamy się w specyficzny ruch uliczny w stolicy Mauretanii. Płynność jazdy i kreatywność załatwia sprawę. Jest moc. Ciekawe, czy ja wrócę do kraju, będzie mi brakowało tego chaosu na drodze... czy będę tak sprawnie poruszać się między samochodami, czy raczej grzecznie czekać na swoją kolej, bez przepychania się i "walki" o swoje miejsce...





Dojeżdżamy do oberży Sahara, gdzie w drodze "tam" zostawiliśmy część bagażu. Teraz trzeba to dopakować... Przy okazji korzystamy z prysznica i zamawiamy jedzenie, na które czekamy całe wieki. Krzyś w biurze dodrukowuje sobie fiszki. Ja chcę wydrukować kartę pokładową na samolot z Bergamo do Polski, ale nie mogę tego zrobić - właśnie brakło atramentu w drukarce... Czekając na drugą cześć grupy ucinam sobie pogawędkę z Anglikiem, który tu przyjechał pickupem z małym endurakiem na pace.

Reszta dojeżdża, ustalamy co i jak i znowu ruszamy w podgrupach. Kostkowi schodzi powietrze z przedniego koła, więc jeszcze tylko zahaczam o wulkanizatora na dopompowanie i jazda. Ale ale, nie tak szybko... kontrole drogowe skutecznie nas hamują. Na wyjeździe z miasta są trzy na odcinku 500 metrów. Krzyś ma ewidentnie dość...
Droga "dla odmiany" jest nudna. I wieje. tym razem z prawej. "Od wschodu wieje"...





Spalanie idzie w górę.... przez wiatr i prędkość, którą staramy się trzymać dość wysoką... Ale też zatrzymujemy się tu i tam na mały odpoczynek, bo tyłki bolą...











Na "Totalu" w połowie drogi "od stolicy do granicy" tankujemy i jemy tadżin. Nieszczególnie smaczny, bo odgrzewany, ale zawsze to coś. Zamawiamy też kawkę/herbatkę. Na kubku z cukrem pasą się muchy... Znowu czekamy na resztę, która dojeżdża gdy kończymy posiłek.



Jest już późne popołudnie. Jedziemy jeszcze chwilę,a le powoli szukamy miejsca na nocleg. Udaje się znaleźć klimatyczną miejscówkę, ale przy dojeździe Misiu-Szofer się zakopuje. Potem wkopuje się też Andrzej i Piotr. Przy próbie znalezienia dogodnego miejsca na namioty wkopują się też Krzyś i Neno...W końcu udaje się rozbić obozowisko. Wieczór upływa na robieniu nocnych fotek. W Kostku nie działa mi pokojówka (tj. od razu świeci się światło mijania), więc chcąc zmniejszyć intensywność światła do fotek, między kratkę a reflektor wciskam kominiarkę. Zły pomysł - ciepło wytapia mi dziurę "na uchu"... ech...



Wieczorne przeboje to Toto - Africa, Alice Cooper - Poison i Robert Miles - Children...







Przejechane: 575 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Tato 
Master of Flamaster


Motocykl: Nie mam BMW F800GS (jeszcze)
Rocznik: 2014
Dołączył: 16 Maj 2014
Posty: 91
Skąd: Warszawa
Poziom: 8
HP: 0/159
 0%
MP: 76/76
 100%
EXP: 10/19
 52%
Wysłany: 2015-06-03, 15:46   

Zdąży czy nie zdąży?
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2015-06-08, 22:49   

Dzień 21 - Wraki
30 stycznia 2015 - piątek


Upał jakby zelżał. Jest 18 stopni, co jak na styczeń jest przyzwoitą temperaturą... ale... Po dawce czterdziestostopniowych upałów to jest trochę mało... Nie ociągamy się z jazdą, bo czasu dalej za mało, a kilometrów jeszcze trochę. I czeka nas jeszcze jedna granica, a, jak to w Afryce, może wcale nie pójść łatwo, choć teoretycznie wjeżdżać będziemy do najbardziej "cywilizowanego" kraju. W każdym razie - sypiemy, sypiemy, sypiemy, jakby to Krzysiu powiedział... Gdy robi się zbyt chłodno zatrzymujemy się na lekkie ogrzanie rąk... W końcu nie każdy ma grzane manetki...















W niezłym tempie dojeżdżamy do skrzyżowania dróg. Tam robimy przymusowy postój.



Po pierwsze primo - musimy poczekać na całą ekipę - droga poszła nad wyraz sprawnie, i może wciśniemy jeszcze jeden punkt do planu, skoro "i tak tu jesteśmy". Po drugie, w GSie Andrzeja w tylnej oponie jest gwóźdź i trzeba się z nim rozprawić. Robimy więc operację "kołeczek". Operacja umieszczenia kołka w gumie kończy się sukcesem, ale powoduje całkowity brak powietrza oponie. Niestety kompresory którymi dysponujemy (mój i Neno) właśnie wyzionęły ducha, a Hubert ze swoim jeszcze nie dojechał. Poza tym mamy wątpliwości, czy taki mały da radę napompować koło od zera, one raczej do dopompowania są lepsze... Próbujemy więc zatrzymać ciężarówki - one często są samowystarczalne. W końcu jedna użycza nam swojego kompresora, pompując krótkim psyknięciem koło do 6 atm. Zalecam też dmuchnięcie Kostkowi w przednia oponkę, bo i tam powietrza jest mało (tak, ja wiem, że tylko na dole i w sumie da się jechać ;)) - jeden "psiuk" i są 4 atm. Trzeba trochę spuścić...









W międzyczasie zajmujemy się "wszystkim i niczym". Ja robię typowe dla Mauretanii fotki - piach, wielbłądy i śmieci.









Robimy też zakupy w pobliskim sklepiku - coś do picia i hit: biszkoptowe "guziczki" - małe okrągłe ciasteczka za śmieszne pieniądze. Piotr chce kupić tez coś innego. Na migi i po Polsku tłumaczy sklepikarzowi co chce: takie długie, do jedzenia, co baby w koszach na głowach noszą... Krzyś i ja jesteśmy świadkami tej gry w kalambury. To najbardziej pokrętny opis jaki słyszałam! Powoduje to atak śmiechu i dłuuugo nie możemy się uspokoić. Zgadniecie o co chodzi?

Dojeżdża reszta i ustalamy - jedziemy do Nawazibu (Nouadibou) oglądnąć cmentarzysko okrętów.



W miasteczku tankujemy i przy okazji pytamy lokalesów o drogę do statków. Niestety podobno posprzątali już prawie wszystko i jest do oglądnięcia tylko jeden, na Cap Blanc. Podczas gdy ekipa tankuje, ja przyuważam na przeciwko lokal krawiecki - idę zapytać o niebieski materiał, ale nie ma na sprzedaż - tylko usługa szycia... szkoda.

Nie mamy szczęścia tez z wrakami. Tam, gdzie mają być nie możemy dojechać - raz natrafiamy na port, innym razem droga jest zamknięta i, co gorsza, nieprzejezdna, a z kolejnej zawraca nas żandarmeria.

Udaje się jednak zlokalizować miejsce, gdzie są 3 mniejsze wraki. Zjeżdżamy tam. Piotr się zakopuje w piachu. Hubert nawet nie próbuje wjeżdżać i idzie te kilkaset metrów na piechotę. Widząc tę akcję tez mi się odechciewa walczyć, ale Krzyś, który przejechał znalazł lepszą drogę z drugiej strony, więc korzystam (i Andrzej też) z tej opcji. Jest tylko jedna łacha niemiłego miałkiego piachu, poza tym całkiem przyzwoita droga z "miłego" tj. twardego piachu.



















Czas nagli, więc wracamy. Andrzej i ja zrywamy się ciut wcześniej - on zatankować, ja poszukać sklepu z niebieskim materiałem. Niestety mamy pecha - jest przerwa na modlitwę i wszystko jest pozamykane. Dojeżdżają Neno i Krzyś. Brakuje Piotra, Huberta i Misia-Szofera. Nie zauważyli jak reszta odjeżdżała? Krzyś cofa się po nich, ale dość szybko się znajdują. Ja w tym czasie sprawdzam co w sklepikach piszczy, bo właśnie je otwarli, ale niestety - wszędzie to krawcy. Skąd oni kurde biorą ten materiał???

Zrobiło się trochę późno, więc gnamy na granicę. Mauretańską przekraczamy o dziwo bardzo sprawnie. Gdzie jest haczyk? Załatwiając papiery poznajemy Davida - Słoweńca, który na swojej tenerce chce objechać Afrykę dookoła, potem zahaczyć o Bliski Wschód... i ten ciut dalszy też i wrócić do domu. Jego losy można śledzić tu: http://www.adventure-homeless.com i tu: http://www.facebook.com/A...ss.David.Cafuta







Przejeżdżamy kilkukilometrowy pas ziemi niczyjej. Bułka z masłem. A w tamta stronę to przeciez była masakra! Jednak umiejętności jazdy w offie poszły w górę :)















Utykamy za to na dobre na granicy marokańskiej. Ganiają nas od okienka do okienka. No i obowiązkowy test na Ebolę - tym razem kamera termowizyjna ma pokazać czy nie jesteśmy zbyt ciepli... Każdy jest jednak zdrowy co poświadczają odpowiednią pieczątką na kwitku wjazdowym. Zajmuje się nami jakiś średnio rozgarnięty celnik. Wizyta na tej granicy to ciąg abstrakcji, które nawet trudno opisać. Jedna z nich - musimy mieć marokańskie karty SIM do telefonów, żeby był z nami kontakt. Więc dostajemy prepaidy... Nie da się wytłumaczyć, że nie potrzebujemy... Załatwianie formalności trwa wieczność, więc jemy, pijemy, wylegujemy się na ławce. Ja podziwiam swoje opony - fajnie się ubrudziły i wytarły ;)





W końcu mamy podjechać pod budkę celników. Andrzej podjeżdża tak niefortunnie, że celnicy momentalnie interesują się jego dogońskim mieczem przytroczonym do motocykla. No i się zaczyna, że to broń, że nie można wwieźć bez stosownego zaświadczenia od sprzedawcy. Na nic tłumaczenia, że to pamiątka... Znajdujemy sympatycznego celnika, który odprawiał nas "w tamtą stronę" i prosimy go o wstawienie się za nami... ale jest jeszcze gorzej - on idzie z tym do jakiegoś naczelnika... W efekcie miecz zostaje skonfiskowany, a Andrzejowi zostaje na pamiątkę świstek papieru potwierdzający przepadek miecza. Na szczęście drugie ostrze i kilka mniejszych sztyletów i pochwa zostają "niezauważone".





Pada też pytanie - czy ktoś inny przewozi jakiś miecz. Ależ skąd! Ani ja ani Krzyś nie przyznajemy się co mamy w bagażu bo widzimy czym to grozi. Ok, nie mamy. To zapraszają nas do "rentgena" - będą skanować motocykle. O żesz w mordę... jak teraz wyjdzie że jednak mamy coś w bagażu to będzie mega kwas... bo nie dość, że przemyt to jeszcze kłamstwo... Typują mnie jako pierwszą do wjazdu w wielką maszynę. Pięknie.

Uff, skan niczego nie wykazuje. Inni tez przechodzą bezproblemowo. Pewnie szukali czegoś innego niż kilka ostrzy o długości kilkudziesięciu centymetrów...

Za to jest inny kwas - całkowity brak powietrza w przedniej oponie Kostka. Hubertowy kompresor idzie w ruch i dopompowuję tak, żeby dało się jechać.

Podjeżdżamy pod bramę, ostatnią na granicy i... jest problem - nie mamy jakiegoś zaświadczenia celnego, które w naszym przypadku zostało na granicy, bo podążamy jakąś inną procedurą ze względu na tę całą akcję wjazdu do Maroka motków na busie, wyjazdu bez busa, teraz wjazdu bez busa i planowanego wyjazdu busem. W końcu któryś z celników wyjaśnia strażnikom bramy całą sytuację i możemy jechać. Jesteśmy w Maroku!

Teraz tylko tankowanie i drobne zakupy na stacji i szukamy noclegu. Jest nawet opcja spania w lokalnym hotelu na granicy, ale Krzyś, po rekonesansie odradza tę opcję - syf i drogo. I akcja typu - pokój z łazienka - ale tu nie ma kafelków, bo właśnie się kładą - no problem, za godzinę już będą, bo kończymy ;)

Jest całkiem ciemno, ale jedziemy dalej. Czeka nas nocleg gdzieś w piachu koło drogi, jak znajdziemy w miarę dogodne miejsce. Sahara Zachodnia jest wyjątkowo nieprzyjazna - nie ma żadnego ustronnego miejsca. Dodatkowo mocno wieje i jest zimno. Całości dopełniają zardzewiałe tabliczki informujące i minach, rozstawione przy poboczu. Ciekawe, czy nieaktualne i tylko nikt ich nie pozbierał, czy rzeczywiście coś jest na rzeczy...

W końcu zjeżdżamy gdzieś w bok. Zaliczam glebę - nic nie widzę w świetle Kostka i źle dobieram prędkość (za mała) do terenu (niefajny piach). Jest tak zimno, że nawet nie mam ochoty się myć w tym przeciągu (ale to robię, dzień dziecka będzie za pół roku ;)) To ostatnia nocka na pustyni... Jutro lecę do domu...


Przejechane: 363 km




PS. A Piotr chciał kupić chleb...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2015-06-10, 00:55   

Dzień 22 - Mission: Possible
31 stycznia 2015 - sobota


Ranek jest zimy i mokry. W nocy padało, więc namioty i motocykle są wilgotne. Krzysiu i Piotr niefortunnie wieczorem zostawili na zewnątrz spodnie motocyklowe, żeby wyschły - teraz nie dość, że są mokre to pokryte też warstwą piachu, który jest nawiewany przez silny, zimny wiatr. Namioty też są oblepione piachem, który przylgnął do wilgotnej powierzchni. Wcale nie chce się wstawać, bo jest bardzo nieprzyjemnie. Niestety ja muszę. Większość zbiera się razem ze mną, dla towarzystwa w ostatnich kilometrach. Huber i Neno postanawiają jednak jeszcze trochę pospać. Neno daje mi kasę, która mamy wypłacić Misiowi-Szoferowi jak dojedziemy na miejsce. Dopompowuję hubertowym kompresorem przednie koło Kostka i ruszamy.













Wyjazd ewidentnie dobiega końca. Podczas jazdy myśli uciekają mi w przyszłość, w kolejny tydzień. Do pracy. Do domu i wykańczania mieszkania. Do tego co należy i kiedy.

Stajemy na pierwszej stacji. Dostaję od Endrju kolejną reprymendę, że zamulam... Ja? Kurde, to reszta narzekała, żeby jechać wolniej, bo zimno i wieje, bo spalanie wysokie... No nie można facetowi dogodzić... chłopaki tankują, ja nie muszę. Za to trzeba dolać Misiowi-Szoferowi do piotruszowego motka. Kolejny raz dopompowuję przednie koło. Oprócz tego jemy omlety i pijemy kawę.



Jedziemy dalej, kilometry mijają. Po lewej w oddali widać półwysep, na którym leży Dakhla. Patrzę na czas. Jest nieźle. Zjeżdżam więc z drogi, na klif. Tam robimy sobie fotki. jest pięknie. Ale już tęsknię za Afryką. Nie lubię jak wyjazdy się kończą...





































Mijamy rondo i stację benzynową, na której w drodze "ram" poznaliśmy kanadyjskiego rowerzystę. tym razem też stajemy na krótko, a Krzyś wykonuje kolejna operację - tym razem wyjęcia z ucha Piotra zbyt głęboko zatkniętego stopera ;)







Po wjeździe na półwysep jest czas na ostatnie szaleństwo - zjazd z drogi na plażę i pośmiganie po wilgotnym piasku. Jest bosko.



Na kilometr przed kempingiem jest szczegółowa kontrola na drodze - fiszki, paszporty, sto pytań do... A po drodze w międzyczasie przemykają dziwne pojazdy - jest jakiś rajd i np. jacyś Czesi jadą w fajnym buggy.





Dojeżdżamy na kemping. Wypłacam Misiowi-Szoferowi jego dolę, a on opuszcza nas i idzie w swoją stronę. Ja za to cieszę się jak dziecko, bo udało się dojechać na czas i generalnie Kostek spisał się bardzo dobrze, pomimo incydentu z filtrem paliwa.









Okazuje się, że baza rajdu też jest na "naszym" kempingu, więc możemy sobie pooglądać fajne maszynki.











Ja niestety muszę działać - przepakowanie, prysznic, zapakowanie, liofilizat i herbatka. Zostawiam Kostka pod opieką Krzysia i Andrzeja. Jak ogarną temat przedniego koła, to mogą nawet pojeździć ;) Andrzej, zakochany w Kostku przystaje na taki układ. Wulkanizator przyjedzie do motka jutro.

Zamawiamy taksówkę, która odwiezie mnie na lotnisko, a chłopaków do miasta na jedzenie. Taxi, które podjeżdża okazuje się "małym taxi" i zabierze tylko 3 osoby, a nas jest czwórka. Krzyś stwierdza, że pojedzie na moto.

ruszamy, ale przejeżdżamy zjazd na lotnisko. Pytam na migi czy jedziemy na pewno na lotnisko - tak, oczywiście... wyjeżdżamy z miasteczka... o nie, nie, chyba jednak pan pomylił drogę. Jeszcze raz mówię/pokazuję, że chodzi o lotnisko, samoloty i chyba wtedy kierowca zaskakuje o co chodzi. Zawracamy. Na rondzie przy lotnisku mijamy się z Krzysiem, ale nie udaje nam się zwrócić na nasz taksówkę jego uwagi... Wysiadam, żegnam się z Piotrem i Andrzejem. Idę się odprawić, co zajmuje mi dosłownie dwie minuty. W terminalu nie ma gdzie usiąść, więc wychodzę na parking. I dobrze, bo zajeżdża Krzyś i możemy się pożegnać.





Wchodzę do terminalu i przechodzę przez kontrolę bezpieczeństwa. Siadam w poczekalni. Nie mija kwadrans, a podchodzą do mnie umundurowani panowie i proszą na bok. Pytają, czy byłam w Mali, czy byłam testowana na granicy na ebolę, i gdzie jest reszta mojej motocyklowej grupy (!!!). Wieści szybko się rozchodzą, albo jestem mega charakterystyczna. Albo na twarzy mam wypisane kim jestem, gdzie byłam i co robiłam. Udzielam odpowiedzi na ich pytania i mogę wrócić na fotel w poczekalni. Jest WiFi, więc wrzucam kilka fotek, robię trochę notatek z wyjazdu. Okupuję też dwa gniazdka z prądem, żeby podładować elektronikę.

Lot jest przez Agadir (na tym odcinku wchłaniam podane jedzenie oraz piwo) do Casablanki (tę część przesypiam). Międzylądowanie jest krótsze niż ostatnio, więc i podróż krótsza.

W Casablance mam sporo czasu ładnych kilka godzin, bo kolejny lot jest o 6 rano. Musze jakoś przeczekać. Jest znak na guesthouse, ale tabliczki się urywają po jakimś czasie i nie mogę go zlokalizować. Nie bardzo są miejsca, gdzie można przekimać w miarę wygodnie, więc snuję się z knajpy do knajpy, przysypiając przy stolikach. Nie ma internetu, więc nawet nie ma się czym zająć... Jakoś dam radę przez te 9h...


Przejechane: 339 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Neno 
www.przezswiat.eu

Motocykl: Nie mam BMW F800GS (jeszcze)
Rocznik: 2005
Wiek: 39
Dołączył: 12 Lis 2014
Posty: 19
Skąd: Zambrów
Poziom: 3
HP: 0/44
 0%
MP: 21/21
 100%
EXP: 1/9
 11%
Wysłany: 2015-06-15, 20:04   

Ooo w końcu zobaczyłem jak ta ekipa rajdowa wyglądała bo jak myśmy dojechali to już ich prawie nie było ;(
_________________
https://www.facebook.com/PrzezSwiatZnamiotem
 
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2015-06-23, 00:16   

Dzień 23 - Pożegnanie z Afryką
01 lutego 2015 - niedziela


"Druga zero trzy, nie ma dokąd iść..." dosłownie... siedzę na twardym stołku w rogu zamkniętej lotniskowej knajpki. Obok jakaś grupka Hiszpanów gra w jakieś "Państwa-Miasta". Facet z obsługi zmywa podłogę, więc muszę unieść nogi. Hiszpanie obok zaczynają palić, mimo zakazu. Wynoszę się. O trzeciej można się odprawiać, więc powoli ruszam w kierunku odpowiednich stanowisk. Ja wiem, że mam prawie godzinę czasu, a ten dystans jestem w stanie przejść w trzy minuty, ale... czymś się muszę zająć... W sumie przychodzę w samą porę, bo już jest kolejka do kolejki. Co ciekawe, są nawet jakieś przepychanki, bo starszy Arab coś marudzi i robi zamieszanie.

Po godzinie udaje mi się odprawić. To jeszcze dwie czekania... Zmierzam do hali odlotów, ale zostaję cofnięta - nie wypełniłam jakiegoś papierka. Nadrabiam to i tym razem zostaję przepuszczona. Kolejny przestój - zostaję wyłowiona z kolejki i przepytana na okoliczność posiadanych pieniędzy. Mówię, że mam 50 Euro. Celnik nie wierzy i 500 razy zadaje pytanie czy na pewno byłam tu turystycznie czy w biznesach. wyrzucam zawartość portfela na blat. O mało co tez nie dorzucam komentarza - czy w pracy ma się takie paznokcie???



Następne wstrzymanie jest gdy na fiszce mam się wytłumaczyć z danych jakie wpisałam odnośnie miejsca pobytu w Maroku. Wpisałam Camping w Dakhla. Celnik się dziwi i pyta jaki hotel. Nie hotel. Camping. Pokazuję na migi "namiot". Camping... aha... i co jest napisane przed 'manager" w rubryczce dotyczącej zawodu? Co jak co, ale pismo drukowane mam jeszcze wyraźne... banda pajaców...

Czwarta nad ranem. Ciekawe czy chłopaki śpią czy balują integrując się z rajdowcami? Przymykam oko na pół godziny. Gdy się budzę idę coś zjeść - stawiam na kanapkę z serem na ciepło. Zły wybór. Nie dość, że kosztuje fortunę, to chyba jest sprzed dwóch dni i jest w połowie zimna. Idę siku. Drzwi w kibelku się nie zamykają... a w tej kabinie co się zamykają to kibel jest zapchany... Boszz... co jeszcze "fajnego" się zdarzy?

Boarding. Wreszcie. Nie, nie moja kolej - grube zakutane baby się niemiłosiernie pchają, więc je puszczam, nie chce mi się walczyć o swoje...

W samolocie puszczają ciekawie zrealizowany filmik dotyczący bezpieczeństwa. A potem modlitwę - pierwszy raz się z czymś takim spotykam.

Za mną siedzi dzieciak, który cały czas kopie mi w fotel. Ja pierdziu, ale wszystko jest do niczego... no tak, wakacje się skończyły, witamy w rzeczywistości...

Lądujemy w Bergamo. Chociaż widok jest ładny. Tęsknię za nartami - trzeba gdzieś pojeździć!!! Lubię zimę, taką ze śniegiem i mrozem.







Skoro Włochy, to i kawa - nie pijam, ale tu dla zasady funduję sobie czarny aromatyczny napój.

Na lot do do Krakowa nie muszę jakoś szczególnie długo czekać. Sam przelot też jest dość sprawny.

Na lotnisku czeka na mnie siostra i tata. Wspierali mnie dzielnie przez cały wyjazd. Magda zawozi mnie do domu przy okazji przerzucając zapasy do lodówki, żebym miała coś dobrego. Na szybko pokazuję jej zdjęcia i opowiadam o wyjeździe... Na dłuższe opowieści - jeszcze przyjdzie czas...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Pi 


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2009
Dołączył: 27 Sty 2014
Posty: 307
Skąd: Bogatynia
Poziom: 16
HP: 5/556
 1%
MP: 265/265
 100%
EXP: 15/39
 38%
Wysłany: 2015-06-23, 19:49   

Brawo Doodek, trzymałem kciuki, prawdziwa wyprawa-prawdziwe emocje, prawdziwie zazdroszczę ;-)

pozdrawiam
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2015-09-08, 09:27   

Epilog

Ale ten czas leci. Od pierwszych planów wyjazdowych minęło 14 czy 15 miesięcy... od powrotu z Afryki - 7... A mimo tego, wspomnienia z wyjazdu są tak żywe, jakby wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Nie udało się co prawda zrealizować wszystkich planów, ale przygoda jaką przeżyłam była "wystarczająca", a to, co niezrealizowane być może uda się zrobić w przyszłości.




Ekipa.
Przed wyjazdem z nikim z grupy się nie znałam zbyt dobrze. Większość widziałam raz czy dwa razy, Piotrusza znałam z kilku zlotów forumowych, Piotra wcale. Mimo tego uważam, że dogadywaliśmy się naprawdę znakomicie. Poza kilkoma drobiazgami nie było większych konfliktów, a przecież spędziliśmy ze sobą sporo czasu. Bardzo chciałabym tu podziękować wszystkim i każdemu z osobna za super udany wyjazd i wparcie:
Neno - za zaszczepienie pomysłu i odwalenie sporej części związanej z organizacja wyjazdu, super fotki i regulowanie linki sprzęgła ;)
Krzysiowi - za pomoc w wsiadaniu/zsiadaniu z moto ;) za wspólne sypanie (sprawdź czy dobrze przeczytałeś, po "p" nie ma "i" ;)) i naprawienie motka na środku pustyni.
Endrju - za pomoc w ogarnianiu moto, odkręcanie kraników, drogę powrotną, kilka prztyczków w nos i szczere rozmowy.
Piotrowi - za przejazdy po korytach rzek, gdy nie potrafiłam sama tego ogarnąć i prostowanie kierownicy po glebach.
Małyszkowi - za luz i humor i jazdę w parze.
Piotruszowi - za wytrwałość, dostarczenie emocji i wszelką pomoc.






Motocykl.
Pojechanie do Afryki na Kostku to był strzał w dziesiątkę! Motocykl, mimo tego, że byłam dla niego zbyt niska ;) dał mi niesamowicie dużo frajdy. Lekki, zwinny, zrywny - wspaniale spisywał się zarówno na szosie jak i w terenie. Zestaw opon - dobrany idealnie. Gdybym tylko ja miała większe umiejętności i dodatkowe parę centymetrów... oj, byłoby jeszcze lepiej. Poza problemem z filtrem paliwa i złapaniem gumy - nie było żadnych problemów. A ja naprawdę zrobiłam milowy krok jeśli chodzi o jazdę off. Dalej raczkuję w tej kwestii, ale afrykańska szkoła bardzo dużo mi dała.
Niestety z pewnych względów musiałam Kostka sprzedać - ale na pewno wrócę do motocykla tej klasy - to idealny wybór na wyprawy.




Przygoda.
Była. Nawet intensywniejsza niż się spodziewałam. Niż wszyscy się spodziewaliśmy. Wiedzieliśmy, że będą atrakcje, ale nikt nie przewidział akcji z wojskiem...
Swoją drogą - z Chiefem z Nara wymieniamy SMSy co jakiś czas. Pamięta o naszej grupie i jak stwierdził "nigdy nie zapomni 19 stycznia"... Ponadto spotkania z ludźmi, piękne widoki, wszystkie niewygody - warto tam było być dla każdej chwili. Bez wyjątku.




Afryka.
Jest trudna. Przede wszystkim psychologicznie. To zupełnie inny świat niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Tu rzeczy się dzieją inaczej. Z jednej strony ciągnie, z drugiej nieco przeraża. Jest niepewna i nieprzewidywalna. Jest niestabilna politycznie i epidemiologicznie (choć szczerze mówiąc bardziej bałam się kulki w łeb niż złapania eboli). Tu może zdarzyć się wszystko. This is Africa... Ale jeszcze tu wrócę... pewnie nie raz...





Przejechane: 7121 km










PS. A Krzyś popełnił takie oto wspomnienie :)


_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,17 sekundy. Zapytań do SQL: 11