BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Kolumbia 2016
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-03-27, 13:24   Kolumbia 2016

Plan

Styczeń 2016.


Miała być Uganda i Rwanda. Potem padły inne pomysły: Togo/Benin/Ghana, Oman, Maroko.
W końcu stanęło na Kolumbii.
Bilet jeszcze nie jest kupiony, tak samo jak i nie jest zorganizowany motek na miejscu. Ale jeszcze prawie dwa miesiące - coś się ogarnie.
Aha - nie znam ani słowa po hiszpańsku.
Zapowiada się ciekawie ;)


_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-03-27, 13:25   

Projekt Kolumbia 2016

Luty 2016.


To będzie zupełnie nowy typ wyjazdu. Daleko. W małej, bo dwuosobowej grupie. Na pożyczanych motorkach klasy 200... Jak w ogóle do tego doszło?

Po powrocie z Afryki opisałam tamtejsze wojaże. Przeczytał je m.in, Marek i odezwał się do mnie mniej więcej tymi słowami: "Ty, w przeciwieństwie do większości, nie boisz się Afryki. Ja tam ciągle jeżdżę sam, byłem w większości krajów, może kiedyś uda się pojechać razem?" Propozycja ciekawa i kusząca, bo jak wiadomo, ja chce pojechać wszędzie.

Z Markiem udało się spotkać osobiście i chwilę pojeździć po Roztoczu w maju 2015. Troszkę się więc znamy, a Marek wie, że mam krótkie nogi i czasem trzeba mi pomóc z podnoszeniem motocykla (zwłaszcza jak się na szosowych oponach pomyka skrajem miedzy, a jest grząsko bo po solidnym deszczu i się kółko omsknie i moto wyląduje w zbożu), był nawet pomysł jakiegoś wyjazdu w sierpniu 2015, ale nie wypalił - u mnie jeszcze nie wszystko było wyprostowane, więc nie mogłam sobie na niego pozwolić.

Temat powrócił zimą. I tu się zaczęło. "To gdzie jedziemy?". Może Uganda i Rwanda? Dla mnie bomba! Ale Marek już był w Ugandzie i w sumie chętnie by pojechał w nieznane miejsce. OK, mnie w sumie obojętne, bo i tak tam nie byłam ;) To może Togo/Benin/Ghana? Super! Nadrobię to co miało być w styczniu 2015, a nie było przez afrykańską biurokrację. A może Oman? W sumie kierunek odwrotny niż główne ruchy migracyjne obecnie... A może w drugą stronę? Ekwador? Ceny lotów zabijają promocji akurat nie ma. To może... Kolumbia?

Marek kupił bilet do Bogoty sporo wcześniej niż ja, bo trochę pokomplikowało mi się w pracy i w zasadzie do początku stycznia nie wiedziałam, czy uda się wyjechać. Nawet rozważał odpuszczenie sobie moto, ale skoro dołączyłam do składu, to temat motocykli odżył.

Niestety - wynajem moto w Kolumbii to droga impreza. Można dość łatwo pożyczyć motocykle klasy 650, ale to wydatek rzędu 100 $ dziennie. Do tego często dodatkowe ubezpieczenia rzędu 25 $ dziennie i depozyt paru tysięcy dolarów. Udało się znaleźć wypożyczalnię, która miała motki w akceptowalnej kwocie. Stwierdziliśmy, że "dwusetki" nam wystarczą, bo nie mamy zamiaru tam bić rekordów przejechanych kilometrów - po pierwsze to ogromny kraj, więc i tak się go nie łyknie w 2 tygodnie, po drugie drogi są pozakręcane jak paragrafy, a po trzecie nie mamy zamiaru całych dni spędzać w siodle. Niestety po początkowej dobrej wymianie maili wypożyczalnia przestała odpowiadać :( a my nie znaleźliśmy żadnej innej w Bogocie, która wypożyczałaby chińskie/indyjskie motorki klasy 200.

Nie poddajemy się jednak i szukamy innych możliwości. Czasu coraz mniej, ale musi się udać. Pozostaje jeszcze kwestia dopracowania trasy, ale to może zależeć od tego czy i jakie (i skąd) motki uda nam się wypożyczyć.

Oczywiście nie może być idealnie - w Ameryce Południowej panoszy się wirus Zika (ZIKV). Jak nie ebola to inne cholerstwo ;) Na szczęście komary nie nie lubią, więc będzie dobrze :)

Przetestuję też (choć oby nie) rządowy system Odyseusz do zgłaszania podróży - już się zarejestrowałam i dodałam wyjazd.

Teraz jeszcze trzeba dokończyć sprawę motków, skonfigurować SPOTa, spakować się i lecieć :)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-03-27, 13:27   

Kolumbia 2016 - Prolog

26-02-2016



Jest intensywnie. Zawsze tak jest jak człowiek chce wyjechać.

W pracy względny spokój, ale pod moją nieobecność szykuje się kilka rzeczy, które zespół będzie musiał ogarnąć. Trudno.

Pozapracowo ostatni tydzień to pełny program z wirowaniem.

Przedłużony weekend w Warszawie (a tam oprócz pracy i spotkań towarzyskich było wyjście na Moto Expo, poprzybijanie piątek ze znajomymi wystawcami ale i spotkanymi znajomymi i "pomacanie mojego nowego drugiego" - motocykla AJP PR4 Ultrapassar, który po finalnym uzgodnieniu szczegółów trafi do mojej "stajni").







Kosmetyczka (tj moja mama :)) .

Odebranie motociuchów z lekkiego tuningu i łatania dziur po zeszłorocznej Afryce. Dziękuję Romkowi z Motoodblaski za fachową naprawę!

Manicure (obowiązkowo znowu flagowe kolory), żeby nie było widać brudu pod paznokciami ;)

Fryzjer, żeby nie wygrywać konkursu na najgorszą fryzurę spod kasku.



Pakowanie - najpierw przymiarka, potem modyfikacje - jesssu jak tu się zapakować "z tym wszystkim" w małą torbę i bagaż podręczny? Gdzie spakować kask? Aaaa!



Udało się :)



Do tego miał być jeszcze szybki wypad w czwartek wieczorem, po pracy, na Roztocze na VI Nasze Wyprawy Motocyklowe, tam praca zdalna w piątkowy dzień, wieczorna prezentacja wyprawy do Bhutanu i późnowieczorna podróż do Krakowa, bo rano w sobotę wylot. Ale nie wyrobiłam. Moje opowieści przejął Sambor i zmonopolizował wieczór swoimi opowieściami :)

Uff.

W Medellinie czekają motorki. Bajaj Discover 150 ST. Będzie zabawa :)



Ale zanim je odbierzemy to czeka nas 500 km lokalnym "pekaesem" z Bogoty do Medellinu. A do Bogoty każde z nas leci osobno. Ja z Krakowa przez Amsterdam, Marek z Warszawy prze z Lizbonę.

Trasa wyjazdu jeszcze jest w powijakach - pewnie będziemy ją dopracowywać jak się spotkamy. Bo Kolumbia to olbrzymi kraj i będziemy w stanie sobaczyć jedynie jego wycinek. Jedno jest pewne - z dwóch opcji - nad morze czy w góry - wybraliśmy góry. Jak się uda, to chcielibyśmy odwiedzić: Park Los Nevados, Valle de Cocora i pustynię Tatacoa, a z miast zwiedzić Bogotę, Medellin i Cali.





Kolumbia oferuje naprawdę wiele - wystarczy rzucić okiem na tę mapę: [url="https://goo.gl/qIeN5k"]https://goo.gl/qIeN5k[/url]

Zarejestrowałam się w MSZ-owym systemie Odyseusz - oby nie trzeba było z tego korzystać.




Będzie dobrze. Musi być :)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-03-27, 13:27   

Kolumbia 2016 - Dzień 1 - Pierwsze wrażenia
27 lutego 2016 - sobota




3:15. Jeszcze dobrze nie zasnęłam, a już trzeba wstawać. No dobra, ja zasypiam w tempie ekspresowym, zanim położę głowę na poduszce, więc lekko przesadzam, ale nocka jest krótka. Poranne procedury startowe są "normalne". Łazienka, herbatka, śniadanko, zamówienie taksówki, wyrzucenie śmieci.

Tym razem taxi trafia pod budynek bezbłędnie. Za to na lotnisku czekają mnie niespodzianki. Minęły czasy, kiedy służbowo latałam kilka razy w tygodniu i wiedziałam wszystko. Krakowskie lotnisko jest w przebudowie i można lekko zgłupieć. Pierwszy "zonk" - zrzucenie bagażu - niby się wyświetla, ale nie to... albo nie do końca jasno. Mam lecieć KLMem, a numerek wskazuje stanowisko dla Lufthansy. Potem okazuje się, że to numer bramki, a nie stanowiska check-in. Ale nie tylko ja popełniam ten błąd, więc chyba komunikaty na ekranach nie są do końca jasne. Nadaję mój 15 kilogramowy bagaż do Bogoty. Mam nadzieję, ze doleci. Pani jeszcze zerka na mój bagaż podręczny, że niby duży a samolot mały, ale w końcu macha ręką i mówi, że "przejdzie". Swoją drogą, powinni ważyć bagaż wraz z pasażerem, bo ja plus moje bagaże (mimo, ze narzekam na swoją masę) często ważę (i zajmuję) mniej niż niektórzy pasażerowie "netto".



W samolocie mam miejsce koło chyrlającej pani, mm nadzieję, ze się nie zarażę, bo co rusz kaszle albo soczyście ciągnie nosem.

W Amsterdamie mam kilka godzin oczekiwania, ale nie na tyle, żeby przejechać się do centrum. Spędzam więc czas na lotnisku. Które - tez jest w niektórych miejscach w remoncie ;)



Jem śniadanie, bo kanapka z serem zjedzona w samolocie już dawno została zapomniana. Potem robię rajd po sklepach, bo muszę kupić słuchawki - oczywiście zawsze się czegoś zapomina, tym razem zapomniałam tego. Ładuję też telefon w strefie opanowanej przez rozwrzeszczane dzieciaki.

Czas na boarding. Po okazaniu karty pokładowej i dokumentów jeszcze tylko obwąchanie przez lotniskowego pieska i można lecieć. Świecie, przybywam!



Lot jest poprawny, bez przygód. Karmią dobrze, serwują nawet lody. Nadrabiam zaległości filmowe. A w ogóle to siedzę w "polskiej sekcji" przede mną para z polski, obok mnie Iwona z Lublina, mieszkająca w Belgii. Generalnie bardzo sympatyczne towarzystwo. Kolumbijczyk, siedzący jako trzecia osoba w moim rzędzie zarzeka się że kraj mi się spodoba i wszystko będzie super. No ba! Nie może być inaczej!









Dolatujemy chwilę przed czasem, za to odbiór bagażu trwa wieki. Za szybą hali widzę Marka - przyleciał jakieś półtorej godziny wcześniej i na pewno zorientował się co-i-jak. W końcu mam bagaż, witam się z kolegą, wymieniam 300 dolców w lotniskowym kantorze (1 $ to ok. 3000 COP), co potwierdzam odciskiem palca i łapiemy żółta oficjalną taksówkę (ignorując naganiaczy do tych "lewych"), żeby zabrała nas do hostelu.

Pierwsze wrażenie: jest ciepło. Obserwujemy ruch na drodze - jest dynamiczny. Nikt się nikim nie przejmuje, ale jednocześnie jakby każdy zna swoje miejsce, albo wie, gdzie je znaleźć. Motocykle filtrują ruch. Każdy jeździ w odblaskowej kamizelce i na kasku ma odblaskową naklejkę z numerem rejestracyjnym. Budynki wzdłuż ulic są różne, sporo to wieżowce, biurowce. Normalne duże miasto. W jednej dzielnicy ulice są "podejrzane", w innej zupełnie "normalne". Mury pokryte są mniej lub bardziej wyszukanym graffiti.

Jedziemy do centrum historycznego, z mnóstwem wąskich jednokierunkowych uliczek, często dość stromych. Na jednej z nich jest spora wyrwa w jezdni i nasza taksówka z napędem na tył nie może sobie z nią poradzić, bo koła buksują na żwirze. Ale nikt nie trąbi, za to sporo osób chce pomóc i nas wypycha. Ale trwa to dobre kilka minut...

Dojeżdżamy do hostelu Masaya, który wydaje się bardzo przyzwoity i fajnie zlokalizowany. Łóżko w czteroosobowym pokoju z łóżkami piętrowymi i wspólną łazienką to koszt 38000 COP. Meldujemy się, zrzucamy rzeczy, robimy drobny przepak kosztowności (no właśnie - gdzie nosić kasę lokalną? gdzie dolce? gdzie karty kredytowe? czy paszport ze sobą, czy zostawić w hostelu?) i wychodzimy na zasłużone piwko. Przy wyjściu udaje się na moment połączyć z hostelowym netem, żeby odebrać kilka wiadomości i wysłać te najpilniejsze.

W okolicy jest większy placyk a na nim jakiś stand-up czy inny event, bo jest pseudoscena a przed nią siedzą dziesiątki, jeśli nie setki młodych osób. Jest też dużo policji, głównie na segwayach. Ludzie podjeżdżają w to miejsce często na motkach, klasy 100-200. W sklepiku kupujemy dwie puszki piwa (każde ok. dolara) i pytamy, czy można je pić w miejscu publicznym - pani odpowiada, że małe można, z dużymi i mocniejszymi alkoholami może być problem. Ale jest na to rada. Flaszki sprzedaje się wraz z papierową torba i plastikowymi kieliszkami. Pełna kulturka. Nie ma to jak napić się piffka w miejscu publicznym "pod okiem" policji.



Lokalni "panowie żule", głównie starsze osoby, obojga płci, dbają o czystość i utylizują puszki, butelki i inne opakowania w mgnieniu oka do plastikowych worków. Młodsi czasami sępią kasę albo alkohol. Obok stoi straganik z grillowanym plackiem kukurydzianym, który może być z rożnym. Zamawiamy na zapchanie na kolację po jednym, z kurczakiem i pomidorami. Jest mdły i niedoprawiony, ale kosztuje dolara, więc może być.





Zmywamy się do hostelu. Tam pijemy jeszcze jedno piffko, przeglądamy mapy i gadamy o trasie. Mamy wstępny zarys. Modyfikować będziemy w trakcie. Około 23:00 lokalnego czasu (w Polsce 5:00 nad ranem) czyjemy się na tyle padnięci, że idziemy spać. Ja jeszcze biorę prysznic (sanitariaty bardzo OK i jest ciepła woda ;)) i zasypiam na pięterku łózka. to był długi dzień...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
bird 

Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2014
Pomógł: 1 raz
Wiek: 43
Dołączył: 08 Lis 2014
Posty: 180
Skąd: Kraków
Poziom: 12
HP: 3/319
 1%
MP: 152/152
 100%
EXP: 13/27
 48%
Wysłany: 2016-03-27, 20:25   

Wesołych Świąt! Czekamy na CD;-)
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-07, 21:29   

Kolumbia 2016 - Dzień 2 - Bo co? Bogota
28 lutego 2016 - niedziela



Lekki jet-lag daje znać o sobie. W końcu to 6 godzin różnicy czasu. Budzę się o 5 rano, ale zamykam ponownie oczy i dosypiam do ósmej. Zresztą, nie ma nic innego do roboty, bo internet jakoś przestał działać.

Dzień właściwy zaczynam od prysznica. Potem hostelowe śniadanie (za 8000 COP) - jajecznica, grzanki, banan, truskawki, jakiś różowy owoc smakujący jak połączenie gruszki z brzoskwinią z twardymi małymi pesteczkami, do tego kawa, a dla chętnych płatki i mleko. Całkiem przyzwoicie.

Zmieniamy nieco konfigurację zapakowania i korzystamy z faktu, że doba hotelowa kończy się o 11 - idziemy na mały spacer. Tzn gubing, bo obojgu z nas taka forma zwiedzania pasuje - bez ciśnienia. ulice są trochę puste. Jeszcze. Snujemy się po pustych uliczkach. jest trochę śmieci, a mury upstrzone są graffiti - zarówno bazgrołami sugerującymi nie do końca bezpieczne tereny, jak i małymi (nie w sensie rozmiaru bynajmniej) "dziełami sztuki".











Bogota wprowadziła ciekawe rozwiązanie - w niedziele centrum jest zamknięte dla ruchu samochodowego (taksówki i autobusy jeżdżą, ale mam wrażenie, że nie wszędzie tam, gdzie w dni powszednie), więc ludzie poruszają się pieszo i na rowerach. Co ciekawe, w niedziele wszystkie muzea są darmowe, co sprzyja "ruszeniu w miasto".

Idziemy na główny plac starej części miasta. Tam jest trochę więcej ludzi, oraz gołębie - zupełnie tak samo upierdliwe jak "u nas".















Na placu zagaduje nas policjant w jaskrawej kamizelce - standardowo - skąd jesteśmy i takie tam. Namawia na wizytę w muzeum policji. Sprawdzamy czas - mamy ponad godzinę - ok, jest plan, to z niego korzystamy.

Dwie ulice dalej znajdujemy właściwe miejsce. Dostajemy przewodnika - Brayana - który mówi po angielsku i oprowadza nas po muzeum. Mamy okazję zapoznać się z historią kolumbijskiej policji, jej umundurowaniem i wyposażeniem, zobaczyć historyczne pojazdy, kolekcję broni (zaciekawia nas kolekcja policyjnych pałek i kajdanek ;)), mundury, a także zapoznać się z działalnością antynarkotykową, w tym całą historią i rekwizytami wiązanymi z Pablo Escobarem (m.in,. broń, zegarek, biurka ze skrytkami na kasę, telefony satelitarne i maszynki do liczenia pieniędzy, których miał podobno więcej niż kolumbijskie służby). Jest też złocono-srebrzony Harley i spluwo-gitara rodem z "Desperados". Brayan opowiada o wszystkim z dużą dumą i przejęciem.





























W jednym miejscu trochę sprowadzamy go na ziemię, zgłaszając reklamacje co do wyglądu polskiej flagi. Obiecuje nam, że niedługo będzie prawidłowa.



Pytamy o bezpieczeństwo w Kolumbii i w samej Bogocie - czy rzeczywiście jet tak źle, jak się to przedstawia? Otóż i tak i nie. Rzeczywiście, są miejsca, gdzie nie należy się pojawiać, takie, do których nawet lokalesi nie chodzą. W Bogocie taka niechlubną sławę ma oddalony zaledwie o przecznicę "Bronx" - tam lepiej nie bywać. Dlaczego? Na to pytanie odpowiedzią filmiki na YT - wystarczy wpisać "Bronx Bogota" i obejrzeć serię filmików pokazujących przestępstwa wszelkiej maści i to jak policja sobie z nimi radzi (np nagrania z kamer przemysłowych). Ale w zasadzie w dzień, przy zachowaniu normalnej czujności i ostrożności, większość miejsc nie różni się od innych miejsc na świece. Jeśli chodzi o transferowanie się po kraju - też już jest bezpieczniej. Porwania turystów są ekstremalnie rzadko, bo jest "zawieszenie broni" między rządem a wszelkimi organizacjami bojowymi. No, zobaczymy jak to będzie.

Maszerujemy szpagatami do hostelu, bo jesteśmy już lekko spóźnieni na check-out. Pakujemy się do końca i wymeldowujemy, zostawiając bagaże na recepcji. Idziemy na dalsza część zwiedzania. Czas na drugie śniadanie, więc wstępujemy do owocowej kafejki. Ja zamawiam gęsty i pyszny sok z mango, a Marek sałatkę owocową. Z serem. Bardziej żółtym niż białym, choć trochę przypominającym mozarellę. Ciekawe połączenie.



Mamy misję na zakupienie doładowania do telefonu Marka. Polski roaming mu nie działa, a zakupiony prepaid jest pusty. Nie jest to łatwe, bo system doładowań jest tam wybitnie pokręcony. W dodatku jak pytamy (tzn. Marek pyta, bo ja ani słowa po hiszpańsku nie umiem) o doładowanie to w sklepikach oferują na ładowarki... w sumie logiczne... ;)

Idziemy jakąś główniejszą ulicą, pełną pieszych i rowerzystów. Nie potrafię powiedzieć, czy mi się tu podoba. Chyba nie. Albo jeszcze nie. Muszę się przyzwyczaić. Zaglądamy tu i ówdzie, odnotowujemy ciekawe pojazdy czy fajne budowle, ale jakoś tak jest... syfiaście... Wnętrza kościołów są dużo mniej ozdobne niż "u nas" i w sumie niczym nie powalają. Jest trochę jak w południowo-zachodniej Europie.























Marek w małym sklepiku/punkcie ksero w końcu kupuje doładowanie. Niestety nie może robić żadnych telefonów zagranicznych, więc trochę kiepsko, ale mam do niego kontakt jednostronny w razie W.



Były owocki, to może czas na coś konkretniejszego. Siadamy w wielkiej cukierni i zamawiamy co nam się podoba. W efekcie dostaję słoną bułkę ze skwarkami, choć wcale na taka nie wyglądała ;)

Zarządzamy odwrót, bo kolejne miejsce, na naszej liście do zobaczenia jest po drugiej stronie centrum. Jako, że jest coraz więcej ludzi, to i na ulicach dzieje się więcej. Są wszelkiej maści atrakcje - stragany z owocami i sokami, przebierańcy, grajkowie, tancerze, malarze. Są też wyścigi świnek morskich.



























Skręcamy w ulicę, na której wreszcie jeżdżą jakieś samochody. Za to chodnik, to jeden wielki targ wszystkiego. Można kupić używane buty, telefony, telewizory, zabawki, a nawet głowę byka.







Człapiemy pod górę, zęby dostać się do dolnej stacji kolejki na wzgórze Monserrate. Można wybrać kolejkę linową lub linowo-szynową. Postanawiamy jechać w górę jedną,a w dół drugą.





Wagonik wywozi nas na 3150 m n.p.m. Pod nami roztacza się panorama Bogoty. Miasto wylewa się poza horyzont. Nic dziwnego - 8 mln mieszkańców, niska zabudowa (poza kilkoma wieżowcami). Końca nie widać.







Na wzgórzu jest kościół o nijakim wnętrzu.





Za nim jest ścieżka prowadząca jeszcze ciut wyżej. Ale najpierw trzeba się przebić przez cepelię.



Potem jest strefa gastro, kusząca klientów wyszukanymi potrawami ;)



Potem są bardziej knajpki z piwem niż jedzeniem. A na samym końcu można odetchnąć. Albo pojeździć na konikach.







Kupujemy po piwku, siadamy w cieniu i rozkoszujemy się widokiem na dachy z blachy falistej i zielone góry, które będziemy niebawem przemierzać (nie te konretnie, ale takie jak te).







Czuć że jest chłodniej na tej wysokości. W dodatku czujemy, ze nas zjarało. Niby słonko takie przydżumione, ale na wysokości ponad 2500 m n.p.m. opala nie wiedzieć kiedy. A ja w ostatniej chwili wypakowałam z bagażu krem z filtrem ;) Marek wziął, ale jak każdy facet - babrać w kremach się nie lubi - więc nie zastosował go rano.

Powoli czas wraca - jest już późno, a trzeba jeszcze coś zjeść, zanim ruszymy w dalsza podróż. Wracamy przez strefę gastro i mimo pierwotnych chęci oszamania czegoś tu - odpuszczamy, bo ostatnie kolejki w dół ruszą już niedługo, a głupio byłoby się na nie spóźnić.





W dół jedziemy po szynach. Niestety niewiele widać, bo stoimy gdzieś w środku, więc pozostają tylko fotki cyknięte "z góry".



Placyk, na którym wczoraj siedzieliśmy, powoli zapełnia się ludźmi.









Kanjpka "Szary kot", do której się kierujemy ma fajne menu, ale zaporowe ceny. Wybieramy więc okołohostelową wegetariańską restaurację, która za dodatkową opłatą dorzuca do mojego dania (czyli omleta z pomidorkami, serem ricotta i mozarella i zielonymi liśćmi - ni to szpinakiem ni bazylią) trochę kurczaka.

Bierzemy z hostelu rzeczy i przejmujemy taxi, które właśnie kogoś przywiozło. Jedziemy na dworzec autobusowy. Zajmuje to kilak chwil, bo Bogota korkiem stoi, ale mamy zapas czasu. Na dworcu kupujemy bilety do Medellin na linie Bolivariano (65000 COP) i udajemy się do poczekalni. Przy wejściu na salę trzeba okazać bilet. W środku jest trochę przygnębiająco. Są rzędy metalowych krzesełek i sklepiki fastfoodowe. Ale toalet nie ma. Trzeba wyjść do hallu. Żeby ominąć kontrole można to zrobić przechodząc przez jeden sklepo-bar. Wymykamy się więc tak, raz jedno, raz drugie, żeby coś tak kupić sobie na drogę i skorzystać z kibelka "na debet"



W końcu można się przenieść do autokaru. Bagaż jest oznaczany zawieszką, a podróżny dostaje jej część jako kwitek potrzeby do odbioru w miejscu docelowym. Nasz autokar to dwupiętrowy dość nowoczesny autobus. w środku jest sporo miejsca na nogi (na tyle, że ja nie dosięgam do podnóżków), a siedzenia rozkładają się prawie do poziomu, choć brakuje jakiejś siateczki czy kieszeni za poprzedzającym fotelem, zęby wrzucić tam drobiazgi jak np. butelka z piciem. W dodatku na pokładzie jest WiFi. Ale nie mogę się połączyć, bo nie znam hasła.





Wszyscy są na pokładzie, bilety sprawdzone, a drzwi autobusu zaplombowane od zewnątrz. Z lekkim, 20-minutowym opóźnieniem ruszamy w trasę do Medellin. To nieco ponad 400 km, ale jazda zajmie 10 godzin. Drogę mają umilić filmy na ekranach telewizorków. Ja wybieram sen.
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-09, 20:04   

Kolumbia 2016 - Dzień 3 - Kraina kawy
29 lutego 2016 - poniedziałek



Droga jest pozawijana jak paragraf. Same zakręty. Jak ktoś ma chorobę lokomocyjną, to ma przerąbane. Mimo tego autobus jedzie całkiem żwawo. Około drugiej w nocy zatrzymujemy się na postój - zmianę kierowców i krótką przerwę dla tych, którzy zdążyli zgłodnieć. Spora ilość autobusów na parkingu i wielka samoobsługowa stołówka świadczą, że to popularne miejsce postoju. Postanawiamy rozprostować nogi i sprawdzić "jak pachnie powietrze". Schodzimy z pięterka autobusu, wychodzimy na zewnątrz i... szok temperaturowy - jest 27 stopni i ogromna wilgotność. Może jednak wrócić do klimatyzowanego autobusu? Zwłaszcza, że znajduję wielką naklejkę na jednym z okien z hasłem do pokładowego wifi... lepiej późno niż wcale :) Korzystam też z kibelka, bo na pewno podczas jazdy po zakrętach będzie to nie lada wyzwanie. Kręcę się trochę tu i tam, ale wracam do autobusu i sprawdzam co słychać w świecie. W końcu Polska budzi się do życia o tej porze. Autobus rusza bez żadnego ostrzeżenia i powoli toczy się po parkingu. Zerkam na siedzenie obok - jest puste. Gdzie jest Marek? Czy to możliwe, że odjechaliśmy bez niego? Nie widzę go nigdzie za oknem w okolicy baru. No dobra, jest dorosły i doświadczony w podróżach, chyba ogarnia temat odjazdów autobusów... A co jeśli nie? Kurde. Lekko spanikowana rozglądam się po piętrze autobusu. Nie ma go. Idę sprawdzić piętro niżej. Też nie ma. Drzwi autokaru są zamknięte (i pewnie na nowo zaplombowane). Pani z obsługi patrzy na mnie dziwnie i o coś pyta (pewnie o co mi chodzi). Ech, jak tu wytłumaczyć, że brakuje jednego pasażera? Umiem powiedzieć "amigo" ale to raczej nie odda tego co mam na myśli... Pani (jak i większość pasażerów) patrzy na mnie z politowaniem, więc decyduję się na odwrót i wchodzę na piętro autobusu pomyśleć co dalej. Idę na swoje miejsce, a wtedy Marek wychodzi z autokarowego kibelka... Aha, tam się schował...



Do Medellin dojeżdżamy godzinę przed czasem. Jest jeszcze ciemno, ale po światłach widać, że miasto położone jest jakby w siodle między dwoma wzgórzami (i oczywiście na te wzgórza się wylewa). Pomimo wczesnej pory - jest dobrze przed szóstą rano - ruch jest bardzo duży. Dojeżdżamy na dworzec autobusowy i wypakowujemy się z autokaru. Zamieniamy czerwone zawieszki z numerkami na nasze bagaże i schodzimy do budynku dworca. Mamy 4 godziny do odbioru motocykli, więc kupę czasu. Siadamy sobie na spokojnie na ławeczce i na zmianę idziemy do dworcowych łazienek na poranna toaletę. W sumie marzę o prysznicu, ale na ten luksus będę musiała jeszcze poczekać. Marek idzie też na mały rekonesans - gdzie można coś zjeść i poczekać. W efekcie schodzimy jeszcze piętro niżej do jednej z dworcowych kafejek. zaspokajamy głód czymkolwiek co można kupić o tej wczesnej porze - w moim przypadku jest to croissant na ciepło (taki w worku foliowym, wrzucony do mikrofalówki, więc raczej uparzony niż chrupiący), sok z pomarańczy i lurowatą kawę w plastiku. Może to taka dworcowa odmiana, bo w sumie w Kolumbii spodziewałabym się tej sławnej na cały świat aromatycznej i smacznej kawy. W sumie rzadko pijam kawę, ale skoro już tu jestem, to będę ją pić.



Przeglądamy mapy i przewodnik ustalając plan an dziś. I ustalamy, że skoro te autobusy między Medellin a Bogotą są takie sprawne, to może przedłużymy o jeden dzień jazdę? Oczywiście jeśli Harry przedłuży nam wynajem motocykli. Trzeba też wymienić trochę kasy, żeby zapłacić Harremu za motki,. Kaucję dostanie w USD. Marek idzie na zwiad celem znalezienia kantoru. Nie ma go dłuższą chwilę. Jak wraca, to mówi, że był w banku, ale tam nie wymieniają, ale piętro wyżej jest Western Union i tam po dobrym kursie można wymienić. Trzeba mieć paszport, podać jakieś dane dot. zamieszkania w Kolumbii i pokwitować odciskiem palca. 400 USD będzie optymalną kwotą. Żwawo pokonuję stopnie schodów i widzę szyld WU. Podchodzę do drzwi, ale nie mogę ich otworzyć. Na pomoc przychodzi facet, który puka w szybę, a wtedy brzęczek oznajmia, ze można wejść. Mój "wybawca" jest ubrany w niebieska koszulę i ciemne spodnie, ma kamizelkę kuloodporną, przepasaną przez tułów czarną torbę i spory rewolwer w prawej ręce. Aha. Rzut oka na hall, a tam jego kompan, podobnie ubrany, ale zamiast rewolweru w jednej ręce, w obu trzyma shotguna i kręci głową na prawo i lewo, jak prezydent podczas przemówień, lustrując korytarz na prawo i lewo. Aha. To może ja przyjdę później? W sumie nie wiem, czy to, że oni tu są go gwarantuje bezpieczeństwo, czy raczej spodziewają się jakiejś krwawej jatki? Kolo z rewolwerem "wpycha" się do kolejki i zostawia pani w kasie zawartość czarnej torby dostając w zamian świstek papieru, po czym wychodzi, i oddala się korytarzem, a za nim kolega z shotgunem. Uff. Jeden z panów z kolejki mówi mi, że muszę sobie pobrać kwitek z numerkiem. Oczywiście nie rozumiem co mówi, ale wnioskuję po urządzeniu, na które wskazał i po kwitku, który trzyma w ręku. Kolejka idzie dość sprawnie, choć ten sam pan nieco ją wstrzymuje siląc się na jakieś konwersacje z kasjerką. W końcu moja kolej. Daję pani w milczeniu 4 papierki i paszport. Ona o coś pyta, ale nawet nie muszę udawać, że nie rozumiem, więc po chwili mam w ręku kupkę waluty - około milion dwieście tysięcy COP. Kwituję odciskiem palca (innego niż na lotnisku ;)) i wychodzę. Kilo siana - gdzie to schować, żeby nie buchnęli, ani żeby nie zgubić? A gdzie schować karty kredytowe? I euro? Dolarów się t tak zaraz pozbędę na kaucję, ale reszta forsy?

Schodzę na dół, Marek właśnie koczy śniadanie właściwe, które poleca. Właśnie otworzyli koejna knajpkę z lepszym wyborem jedzenia. A co tam, zjem i ja. Po chwili na stoliku ląduje jajecznica z plackeim kukurydzianym z serem i kakao. Taki zestaw. Marek dzwoni do Harrego. Chwilę później jedziemy już żółta oficjalną taksówką. Miasto nieco inne niż Bogota, choć ruch uliczny tak samo zwariowany. A za niedługo będziemy musieli mu sprostać. Taksówka podwozi nas na właściwą ulicę, ale nie możemy zidentyfikować numeru. W końcu się udaje. Taksówkarz dostaje zapłatę, a my witamy się z Harrym i wchodzimy do kliniki weterynaryjnej. Zostawiamy rzeczy, które natychmiast zostają "przejęte" przez lokalne koty i idziemy obejrzeć motki. Są jakieś 300 metrów dalej, w garażu.



Dwa białe motki. Motorynki. hulajnogi. Bajaj Discover 150 ST. Wyglądają dobrze, maja lekkie otarcia tu i tam, na licznikach ok. 7,5 tysiąca km. Jeden z kuferkiem, drugi bez. Kuferkowy trafia do mnie, bo Marek ma lepszy mały plecak na podręczne drobiazgi. Motki mają świeżo wymieniony olej i sa po przeglądzie i wg zapewnień Harrego nic im się nie stanie. Na pytanie, czy da nam jakieś narzędzia (takie były ustalenia) odpowiada, że nie, bo i tak nic się nie stanie. Aha, czyli mamy kilka podstawowych drobnych narzędzi, ale o np. łyżce do opon czy kluczach do kół możemy zapomnieć. Na szczęście mam trytytki i taśmę McGyvera. Damy radę ;)

Wracamy do kliniki załatwić papierologię i przepakować się. Motki zostają na razie w garażu. Dopełniamy formalności, przedłużamy najem motocykli o jeden dzień i każde z nas wyskakuje z miliona COP. Dodatkowo w ramach 500 dolców kaucji, ja wyskakuję z 300 a Marek z 200, bo żadne z nas nie ma "pięćdziesiątek". Przepakowujemy rzeczy - z bagażu wreszcie wywalam kask, spodnie moto i camelbaka, a dopakowuję mały namiot od Marka. Dodatkowo decyduję, ze nie biorę ze sobą dżinsów, polara i jeszcze kilku drobiazgów, bo uważam, że się nie przydadzą.

Przepakowani i przebrani taszczymy bety pod garaż. Już jestem spocona, bo jest prawie południe. Podobno powinno padać, ale nie pada, za sprawą El Niño. Może i dobrze - nie lubię jak jest gorąco i pada. Na szczęście w garażu jest dość chłodno. Mocujemy bagaże, co zajmuje chwilę i na pewno odbiega od optymalności, ale to przybędzie z czasem - pod koniec wyjazdu będziemy mistrzami w tej dziedzinie. Uzbrajam motek w SPOTa. niestety na kierownicy jest malutko miejsca i nie mam już gdzie przymocować nawigacji. Prowadzi Marek, ale chciałabym chociaż zapisywać trasę. No cóż, trzeba będzie pomyśleć.

W końcu jesteśmy gotowi, żeby wyjechać. Harry jeszcze prosi, żebyśmy podjechali do sąsiadującego z klinika warsztatu, bo chce sprawdzić, czy lekki wyciek oleju spod korka w motku Marka to coś poważnego czy pozostałość po wymianie oleju.

Wyjeżdżamy z garażu. Ja pierdziu, nie umiem jeździć!!! Jakie to lekkie!!! Skręca w miejscu!!! Motek kiwa się na prawo i lewo. Zero stabilności. A tu trzeba się przeciskać między autami i być zdecydowanym!!! No i te biegi - luz na samym dole i wszystkie kolejne w górę. Oj, będę się mylić...



Pierwsze 300 metrów za mną. Dwa tysiące kilometrów przede mną. Boszzz.... Motki zostają sprawdzone przez mechanika. Naklejam na mojego kolumbijską naklejkę, daję też jedną Markowi, ale ten jej nie nakleja. Proszę Państwa, oto miś. Tzn. Bzyczek:



Dostajemy od Harrego ostatnie koordynaty i kierujemy się na stacje benzynową, bo w moim moto nie ma zbyt wiele paliwa. Po kilometrze jest stacja - tankujemy, ale jeszcze nie ruszamy w trasę - czas na kawkę i zalanie camelbaka. Kawa znowu jest lurowata. OK, może to taka stacyjna odmiana... Za to nie ma zwykłej wody mineralnej, są tylko jakieś bezkaloryczne smakowe, bardzo słodkie. Nie marudzę i zalewam taką jedną do bukłaka.

Ruszamy! Na południe. Ruch jest spory, ale szybko się do niego przyzwyczajamy. Po prostu nie można się wahać i jakoś pójdzie. Jest ciepło, więc uwaga jest przez to nieco upośledzona, ale dzielnie walczymy. Przy wyjeździe z Medellin się chyba nieco gubimy, ale w końcu trafiamy na właściwą drogę. Opony fajnie kleją się do asfaltu, jazda wchodzi coraz lepiej, a moto "mniej się kiwa". Chyba przyzwyczajam się do jego małej masy i żywej reakcji na każdy mój ruch (z wyjątkiem naciskania na hamulec i dodawania gazu ;)) Po kilkunastu kilometrach zaczyna padać. najpierw lekko mży, więc jedziemy dalej. Ale po chwili zaczyna mocniej padać, więc wbijamy się na jakiś chodnik, pod daszek, a ja nawet dokuję się w jakiejś kafejce internetowej.









Deszcz jak zwykle ma trzy fazy. Pada - mży - pada - mży - pada - przestaje. Te tropikalne mają jeszcze jedną zaletę - jest ciepło i pada krótko (w porze suchej lub przejściowej, bo w deszczowej jest jak w filmie "Forrest Gump": "Pewnego dnia, jak zaczęło padać, tak lało przez cztery bite miesiące"). Jedziemy więc dalej, uważając lekko na śliski asfalt (choć dramatu nie ma) i białe linie, które w tym przypadku są żółte.

Jazda po głównych drogach, zwłaszcza w okolicach większych miast, to walka z ciężarówkami. Jeżdżą one tutaj dość szybko, ścinają zakręty, bo wolą jechać rozpędem niż piłować na niskim biegu. W efekcie albo jest je dość trudno wyprzedzić, albo kąsają na winklach, bo mają założony tempomat na 80 km/h. Przez to często nie mieszczą się na swoim pasie i zahaczają o ten przeciwny. Jeśli tak wyglądała jazda autobusem z Bogoty, to dobrze, że spałam...







Robi się coraz ładniej, I pogodowo i krajobrazowo. Nieco zgłodnieliśmy, więc przyczajamy przydrożną knajpkę i stajemy w niej na popas. Menu jest wypisane kolorowymi literkami na ścianie. Jeden z lokalesów sączący piwko tłumaczy nam to na angielski. Zamawiamy to, co je pan ze stolika obok, bo wygląda optymalnie. Niestety okazuje się, że pan je drugie danie z zestawu i w dodatku zjadł go już większość, a przed nami lądują porcje co najmniej jak dla tirowców. Spory talerz rybnej zupy (niestety doprawionej kolendrą, więc nie zjadam zbyt wiele) i jeszcze większe drugie danie podane nawet nie na talerzu a na półmisku - kurczak, ryż, fasola, jajko sadzone, coś ziemniakopodobnego i odrobina surówki z kapusty. Uff.











Całość kosztuje jakieś śmieszne pieniążki. I to jest fajne. Autentyczne. Tak samo jak autentyczny jest otaczający folklor. Tu akurat kibelek - damski to muszla, bez żadnej spłuczki, za blaszanymi drzwiami, zamykanymi tylko od zewnątrz. Męski to po prostu pisuar we wnęce, w której przez większość naszego pobytu wyleguje się pies. Ręce można umyć w stojącej obok beczce z deszczówką.



Nie ma czasu do stracenia. Jedziemy dalej. Coraz bardziej czuję jazdę Bzyczkiem. Drzewa mają bajecznie kolorowe kwiaty - żółte, fioletowe, różowe, czerwone. Pojawiają się "płaskie" palmy wyglądające jak wachlarz, jak i palmy bananowe z kiściami owoców opakowanych w niebieskie worki. Jest coraz ładniej. Temperatura też robi się coraz bardziej przyjemna.



Na zielonych wzgórzach widać plantacje kawy - nie dziwne, w końcu ten rejon słynie z upraw tej rośliny. Regularne krzaczki wyglądają niesamowicie. Niebo, pomimo chmur, stanowi kontrast dla ciemnej zieleni, więc fotki niestety nie wychodzą zbyt dobrze - albo prześwietlone, albo ciemne :(























Zaczynam dostrzegać lokalne smaczki. Znaki drogowe informujące o zakrętach są bardzo precyzyjne - zaokrąglone strzałki mówią o łagodniejszych zakrętach, kanciaste o tych ostrzejszych. Choć to, że są podziurawione od kul lekko zastanawia. Przy drogach jest sporo kapliczek. Na przykład Matka Boska Energooszczędna od Żarówek. Zresztą, jest to bardzo katolicki kraj, o czym np. świadczą szyby w autobusach i busikach wyklejone obrazkami Świętej Rodziny, różańcami itp.







Dojeżdżamy do Jardin, celu naszej dzisiejszej podróży. Kierujemy się na centrum, bo "tam musi być jakaś cywilizacja". Skutkuje to przejechaniem kilku uliczek pod prąd, o czym próbują nam powiedzieć lokalesi, ale nie bardzo to nikomu w sumie przeszkadza. Stajemy na głównym placu. Kwadratowy deptak, na jednej ze ścian placu - kościół. Klasyczne hiszpańskie w stylu małe miasteczko. Marek w przewodniku szuka informacji o Jardin i jego bazie noclegowej.

















W końcu znajdujemy hotel - przy placu, przy kościele. Marek idzie go sprawdzić. Jest skromnie, normalnie, ale czysto (co zresztą podkreśla właściciel kilkakrotnie). Za 20000 COP od osoby mamy super miejscówkę. Co prawda motki, dla bezpieczeństwa, trzeba zaparkować na oddalonym o kilkaset metrów parkingu miejskim (5000 COP za dobę), ale jest OK. Hotel obok jest za dwa razy tyle, rzeczywiście lepszy i z możliwością zaparkowania gdzieś na dziedzińcu, na co niechętnie zgodziła się obsługa, ale zostajemy przy pierwszej opcji. Jest bardziej swojsko. Nawet jeśli nie ma ciepłej wody pod prysznicem ;)



Odświeżamy się i idziemy na plac. Rozstawiły się tam stragany z jedzeniem, więc próbujemy tego i owego, bo na nic konkretnego nie mamy miejsca po obfitym obiedzie. Jest więc arepa (placek z mąki kukurydzianej) i buñuelos (takie niesłodkie jajowate lub okrągłe "pączki" o lekko serowym posmaku, smażone na głębokim tłuszczu).









Zaczyna lekko padać, więc wchodzimy do kościoła. Z zewnątrz jest naprawdę fajny. W środku trwa remont i figury świętych są przykryte zielonymi płachtami, a aniołki są trochą w stylu bondage...









Siadamy pod parasolem w knajpie koło kościoła i zamawiamy piwo. Dzisiaj Aguila. I gadamy o wrażeniach z jazdy i dzisiejszego dnia. Obsługa pyta, czy ryczaca z głośników muzyka nam odpowiada, czy maja zmienić. Lecą latynoskie piosenki, pewnie ichniejsze "disco polo", ale niech leci. To też część lokalnego folkloru :)





Czas się zwijać spać. Jeszcze tylko robimy pierwsze pranie, które wywieszamy w pozbawionym szyb oknie. Miasteczko gra w tle, a my regenerujemy się przed jutrzejszym dniem.


Przejechane: 140,8 km



(Mapka nieco koślawa, bo z późno włączonego SPOTa, Zumo siedział grzecznie schowany w plecaku.)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-10, 14:59   

Kolumbia 2016 - Dzień 4 - Welcome to the jungle!
01 marca 2016 - wtorek



Chyba przełączyliśmy się na tryb wakacyjny. Pomimo ambitnych planów wyszło jak zwykle i pobudka następuje koło ósmej. Obiecujemy sobie lekką poprawę w tej kwestii. Zastanawiamy się gdzie zjeść śniadanie, ale w końcu staje na naszym hotelu. Siadamy na tarasie i po chwili dostajemy wielkie porcje żarcia, jakby to był obiad. ryż z fasolą, pierś z kurczaka, arepa, ser, jajecznica, krakersy i słodka lurowata kawa. Dziwne, że nawet w tym regionie taką podają, mimo tych wszystkich pól dookoła.



Powoli się pakujemy i przyprowadzamy moto pod hotel. Poświęcamy nieco czasu na drobne prace serwisowo -optymalizacyjne. Marek podłącza sobie gniazdo zapalniczki, zęby miał ładowanie do telefonu służącego za nawigację. Ja przerzucam SPOTa na prawego gmola, a na jego miejscu na kierownicy montuję nawigację. próbuję też jakoś dorzucić uchwyt do kamerki, ale mam o jedna przedłużkę za mało więc niestety ujęć z motka nie będzie. Za to przymocowuję kamerę do kasku i za pomocą aplikacji w komórce ustawiam ją tak, żeby ani nie filmowała przedniego koła, ani nieba, czyli, żeby było optymalnie.



Czas na wyjazd. Niestety przyblokowała nas ciężarówka i żeby wyjechać musimy pokonać krawężnik i przejechać parę metrów po deptaku.







Kierujemy się na południe, gdzie mapa pokazuje drogę linią przerywaną, więc może być wesoło. Asfalt jednak okazuje się najlepszy, jaki do tej pory widzieliśmy - równiutki, gładziutki, jakby położony zupełnie niedawno. Marek nie kryje zdumienia, komentując tę sytuację. Zatrzymujemy się co chwilę chłonąc i fotografując zieleń pobliskich gór. Ja jeszcze lekko mocuję się z etui na nawigację, które mi się trochę telepie i przekręca. Dokręcam kilka śrubek i jest jakby lepiej.









Komentarz oczywiście padł nie w porę, bo chwilę potem asfalt zmienia się w szutrówkę. Czasami lepszą, czasami gorszą. Mając w pamięci brak jakichkolwiek narzędzi jedziemy raczej ostrożnie - nasze motki to nie enduro i o jakaś gumę na kamieniu jest dość łatwo. W dodatku na co bardziej wymagających podjazdach muszę pamiętać o tych nieszczęsnych biegach - żeby sobie nie zredukować do luzu, bo wtedy może być niewesoło. Dżungla dookoła jest powalająca. Jest soczyście zielono, gęsto, że bez maczety nie da się przejść. Co chwilę zatrzymujemy się na fotki. A to przy wodospadzie, a to przy strumyku, a to tak po prostu wśród zieleni. Motyle w brzuchu - dosłownie i w przenośni ;) Jeden motyl był naprawdę fascynujący - wielkości dłoni, majestatycznie i powoli machał białymi skrzydłami, które opalizowały na fioletowo. Welcome to the jungle!













































Przez ciągłe postoje powodowane zachwytem na pięknymi okolicznościami przygody droga idzie masakrycznie powoli. Większe tempo wyzwala w nas jedynie niebo, które zasnuwa się ołowianymi chmurami - nie chcemy moknąć, więc wrzucamy drugi/trzeci bieg i przejeżdżamy na drugą stronę gór - tam jest w miarę bezchmurnie.









Przejeżdżamy kilkanaście kilometrów i znowu lądujemy na asfalcie i w większym ruchu. Chociaż dzisiaj już nie jest tak, że wszyscy nas wyprzedzają, czasami udaje się wyprzedzić jakiegoś lokalesa, co oznacza jedno - coraz lepiej czujemy jazdę w tutejszej rzeczywistości.





Na rozstaju dróg stajemy na kawę. Znowu jest lurowata. Zauważyliśmy, że podają ją ze słomką - przecież picie wrzątku w taki sposób to najlepsza droga do poparzenia podniebienia. a może to po prostu mieszadełko?

Jazda w tumanach spalin wyrzucanych przez ciężarówki na głównych drogach i wyścigi z nimi średnio nam leżą, więc ustalamy, że jedziemy w kierunku Manizales drogami bardziej bocznymi, pokręconymi, ale o potencjalnie mniejszym natężeniu ruchu.



Przekraczamy rzekę i znów cieszymy oko zielonymi górskimi krajobrazami, bambusowymi lasami, bananowymi i kawowymi plantacjami i drogą z przyjemnymi winklami, od których nie ma odpoczynku. Trafiamy na skupisko jakichś paskudnych padlinożernych ptaków, które okupują kilka drzew - w dolinie jest jakieś wysypisko, więc wszystko jasne, co tu robią.

























Na przedmieściach Manizales tankujemy motki, choć wskazówka poziomu paliwa u mnie nawet nie drgnęła i po przejechaniu prawie 300 km dalej pokazuje maksimum.



Przejazd po mieście to korrida, chaos i walka o swoje. Ale w końcu udaje się wyjechać na kolejną mniej uczęszczaną drogę, choć dalej pokręconą jak spinacz biurowy.









Przejazd przez kolejne większe miasto - Pereira - jest już łatwiejszy, ale dalej jest to walka.



Do naszego dzisiejszego celu - Salento - mamy jakieś 30 km. Jest prawie zachód, a niebo zasnuwają ciężkie ciemne chmury. Czy damy radę wygrać wyścig z deszczem? 14 km przed celem wiemy, że nie damy rady, bo zaczęło lekko kropić. Nawet lokalesi zatrzymują się, żeby ubrać przeciwdeszczówki, więc bierzemy z nich przykład. Ja w moim kondomie na ten wyjazd wyglądam jak w białej sukience. Albo jak jakiś pracownik fabryki chemicznej, czy inny ufoludek. Zakładam też lekko za dużą kamizelkę odblaskową, która jest obowiązkowa do jazdy po zmroku. Marek to olewa i nie zakłada swojej, ale za to on ma obowiązkowe odblaski na kasku - numer rejestracyjny motocykla (choć w jego przypadku niezgodny z tym na tablicy ;)), a ja nie.



Deszcz bardziej postraszył niż faktycznie popadał, ale przynajmniej było nam ciepło i sucho. Wraz z ciemnością nadeszła też mgła lub chmury, które nieco utrudniały zakręcony podjazd do miasteczka.

Wjeżdżamy do centrum Salento. Jest jak w Jardin: plac z deptakiem i kościół. Marek idzie na rekonesans, a ja zdejmuję przeciwdeszczówkę, bo tu nie pada i jest dość ciepło, mniej więcej jak u nas w maju lub czerwcu wieczorem ;) Mimo podobnego układu, tu nie jest tak klimatycznie jak poprzedniego dnia. Widać, że to miejsce jest bardziej komercyjne i turystyczne. Więcej też "białych".



Przychodzi Marek z wiadomością, że znalazł hotel, jakieś 300 metrów stąd, w bocznej uliczce - za 80000 COP za pokój, ale ze śniadaniem i motki można zaparkować na miejscu. Ciut drogo, ale biorąc pod uwagę, że to lokalne "Zakopane", to nie marudzimy. Po chwili parkujemy motki w części restauracyjnej Hostal Vincente i lokujemy się w dość przyjemnym pokoiku z kiczowatym obrazkiem z palmą na tle czerwono-fioletowego nieba.



Szybki prysznic i jesteśmy gotowi na podbój miasta. Pora na kolację, więc szukamy knajpki, która nas zachęci do zjedzenia właśnie tam. znajdujemy takową, przed nią koleś podaje nam menu, wygląda dobrze, choć ceny lekko wysoki ale znowu - nie marudzimy. Wtedy naganiacz prowadzi nas w uliczkę obok i wskazuje na jakiś night club i ze to tam. Nieee, nie chcemy takiej knajpki, więc rezygnujemy i wchodzimy do tej, która przed chwila nam się spodobała. Niestety zamykają już kuchnię i nie zjemy. Szkoda. Inne zauważone przez nas knajpki to albo fastfoody albo jakieś takie niezachęcające molochy. Decydujemy się na jeden z nich, a w nim na hamburgera. Ten jest jednak średni, ale za to z namiastką warzyw, których tutaj zaczyna mi brakować - plastrem zielonego pomidora.





Na wieczorne piwko i pogaduchy o wrażeniach dnia idziemy do do knajpki na rogu, gzie leci głośna muzyka odtwarzana z winyli. Stolik mamy na chodniku, który ma ciekawy wyżłobiony wzór. Możemy podpatrzeć wieczorne życie miasteczka :)





Znowu nie wiedzieć kiedy robi się późno, więc wracamy do pokoju i poświęcamy czas na codzienne obowiązki m.in. pranie. Rozwieszamy je na balustradzie przed pokojem, ale pani gospodyni się to nie podoba i gdzieś je przenosi. Mam nadzieję, że rano je odnajdziemy...


Przejechane: 239,7 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-17, 12:36   

Kolumbia 2016 - Dzień 5 - Las Palmas
02 marca 2016 - środa



Cel na dziś jest bardziej pieszy niż jeżdżony. W końcu trzeba trochę się poruszać, a że ja w środy mam swoje treningi na siłowni, to tym bardziej wypada się poruszać.

Po standardowo ubogim w warzywa śniadaniu i cienkiej kawie wsiadamy na motki. Tym razem i ja na lekko, co powoduje cholerny dyskomfort. Nie lubię i boję się jeździć, gdy na nogach mam cienkie spodnie i buty przed kostkę, a na grzbiecie bluzę, ale może przez 12 km dojazdu nic się nie stanie.

Wjazd do Doliny Cocora zwiastuje pojawienie się charakterystycznych palm woskowych, których wysokość sięga nawet 60 m. Te palmy to narodowe drzewo Kolumbii. Cocora z kolei to imię księżniczki z ludu Quimbaya, którego czasy świetności przypadają między IV a VII w. n.e. Niestety poza fantastycznym dorobkiem złotniczym niewiele po tej kulturze zostało, bo choroby zawleczone przez europejczyków w dobie "odkrycia Ameryki" zdziesiątkowały Quimbaya, a reszta niedobitków zasymilowała się z innymi plemionami.























Parkujemy motorki na parkingu, a który kasują nas po 5000 COP od sztuki. Kask wrzucam do kuferka, Marek oddaje swój obsłudze na przechowanie, choć w motku obok kask wisi sobie spokojnie na kierownicy, więc pewnie można i tak zostawić.

Nie ma nigdzie żadnych kas, które sprzedawałyby bilety wstępu do Parku Narodowego, więc po prostu wbijamy się na szlak. Postanawiamy się przejść najbardziej typowym ze szlaków, który najpierw wiedzie przez pola, następnie wbija się w dżunglę, a potem można wyjść jeszcze wyżej, na rozległe paramo wiodące aż pod wulkan Nevado del Tolima. Mniej aktywni fizycznie turyści mogą sobie wynająć konika i lokalnego pana w walonkach i kapeluszu, który będzie szedł za konikiem trzymając go za ogon.



My jednak wybierany własne nogi i ruszamy w trasę. Jest ciepło i ekstremalnie wilgotno. Wysokość, (na razie tylko ok. 2000 m n.p.m.) też robi swoje.











W oddali widzimy kondora - wielkie bydlę, ale jest dość daleko, więc na maksymalnym zoomie bez statywu ciężko mi zrobić ostre zdjęcie...





Z pól wchodzimy do zielonego lasu. Dżungla jest gęsta, absolutnie nieprzyjazna wszelkim stworzeniom (mnóstwo kolczastych roślin) które chciałyby się przedrzeć, ale jednocześnie hałaśliwa od ptaków i jakichś cykad. Idziemy wzdłuż rzeki, więc co jakiś czas pokonujemy chybotliwe mostki. Znajdujemy też całkiem spory wodospad.

































W wilgoci pniemy się w górę, oddech robi się coraz krótszy. Marek ma ambitny plan wyjść na paramo. Ja wiem, że z moimi krótkimi nogami na stromym podejściu będę dla niego niepotrzebnym hamulcem, więc ustalamy, że się rozdzielamy i spotykamy przy motocyklach za parę godzin.





Schodzę więc kilkaset metrów, do odnogi szlaku prowadzącej do Acaime - domu kolibrów. Mijam kilka ręcznie malowanych tablic informacyjnych. Jedna jest o kolibrach, kolejna o wiewiórkach (rzeczywiście, maja tu super fajne dwukolorowe czarno-rude wiewióreczki, "u nas" widziałam tylko albo czarne albo rude") a następna o deszczu. I własnie zaczyna kropić.









Do kolibrowej chatki docieram jak już solidnie leje, więc nigdzie mi się nie spieszy. Wstęp kosztuje 5000 COP, w cenie dostaje się ciepły napój (domyślnie czekoladę, ale można opcjonalnie poprosić o coś innego) i ser. Gospodarze jakoś omijają mnie szerokim łukiem - fakt, nie pogadają sobie, ale może to picie i serek bym dostała? ;) W końcu zamawiam czekoladę. Sera nie dostaję. Za to spokojnie sobie fotografuję koliberki. tzn staram się, bo te małe ptaszki ruszają się w nieprawdopodobnym tempie, jakby miały ADHD w najbardziej zaawansowanym stadium.

















Są też szopy, ale deszcz je gdzieś wygonił i już się więcej nie pokazały.



Pogoda się nieco poprawia, więc mogę pomyśleć o dalszej części wycieczki. Ręcznie zrobiona mapka wisząca na ścianie pozwala rozeznać się w sytuacji ;)



Kolejne dwa kilometry to ostre podejście pod górę.



W końcu docieram do La Montana - kolejnej chatki na szlaku.













Stąd prowadzi już łagodne, szerokie zejście do doliny.













Jest nawet punkt widokowy, ale stojąca chmura nie pozwala na podziwianie krajobrazu.





Docieram do palmowego raju - jest tam kilka osób, ale szybko się rozchodzą, więc siedzę sobie sama, wśród palm i rozmyślam o wszystkim i niczym. Pełen relaks.













Ostatnie kilometry mojej dwunastokilometrowej trasy są nie mniej urokliwe.













Do wioski startowej docieram koło 17:30. Parking jest zamknięty na cztery spusty i zagrodzony drutem kolczastym. Motorki stoją, kask Marka wisi na kierownicy jednego z nich. Restauracja właśnie się zamyka. Kilku turystów czeka na ostatnie jeepy wracające do Salento około szóstej. Kierowcy patrzą trochę dziwnie na mnie, że siedzę i nie chcę wracać do miasta, ale udaje mi się wytłumaczyć, że mam transport, tylko czekam na kolegę. Mijają dwie godziny, jest już ciemno, a Marka dalej nie ma. Kontakt mam jednostronny, tzn ja mogę się odezwać do niego, ale nie jest to takie proste, bo zasięg jest kiepski. I tak naprawdę zgłodniałam i zmarzłam.



Obczajam, że da się wyjechać z parkingu przez przerwę w ogrodzeniu, bo nie chce mi się walczyć z brama z drutem kolczastym. Ubieram przeciwdeszczówkę jako zabezpieczenie przed wiatrem i chłodem, piszę Markowi karteczkę, że pojechałam do "domu" i wsadzam ją do etui na nawigację w jego motku.

Jadę ostrożnie do Salento, bo ciemno, trochę mokro, droga pozakręcana, a ja na lekko, więc komfort średni. Wstawiam motek do naszej "restauracji" i idę pod ciepły prysznic. Marek dojeżdża po pół godzinie - zrobił jakieś 10 km więcej niż ja i zwiedził parę fajnych miejsc, ale nie wszystko co chciał, no i nie przeszedł przez palmową część doliny.















Idziemy na kolację - dziś siadamy w knajpie Arrieros, która wczoraj wpadła nam w oko, ale jak już byliśmy po jedzeniu. Zamawiamy specjalność regionu - pstrąga. Jest fantastyczny - bez ości, idealnie wysmażony, z chrupiącą skórka, w towarzystwie jakiegoś smażonego cienkiego placka i dojrzałej limonki. Palce lizać. Sałatkę z kolendrą oddaję Markowi ;) A wina maja tam takie jak u nas ;)





Tak naprawdę oboje padamy z nóg i nieco po 22:00 idziemy spać. Ale fajnie się było trochę rozruszać :)


Przejechane: 24 km
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-24, 23:03   

Kolumbia 2016 - Dzień 6 - Zaginiona autostrada
03 marca 2016 - czwartek


Schodzimy na śniadanie, a tego... nie ma... Pani nie wiedziała, że mamy nocleg ze śniadaniem,. Ale to żaden problem - raz dwa na stole ląduje jedzonko, podobne do wczorajszego, ale nie takie samo. Pakujemy się na motki, lokalizujemy nasze pranie sprzed dwóch dni (niespecjalnie wyschło) i ruszamy. Nie chcemy wyjeżdżać ta samą drogą, więc Marek opracowuje trasę alternatywną. Oczywiście jest to off, bardzo zresztą ciekawy...

Zaczynamy od kluczenia między plantacjami kawy. Dróżki są wszystkie jednakowe, i nie widać, która jest "główna", a która zaraz zakończy się u "chłopa na polu". Jest wesoło.









Pojawia się coraz więcej dowodów na to, że w ostatnich dniach popadało. Marek wkleja się w błotną koleinę i chwilę czasu zajmuje mu wykopanie się z brązowej papki. Ja postanawiam ten odcinek przejechać drugą strona i ta wątpliwa przyjemność mnie omija. Uff :)











Droga prowadzi przez miejsca całkowicie abstrakcyjne, jak rejon wycinki drzew palmowych,









czy dżunglę, gdzie rezydują rajskie ptaki o niesamowitym upierzeniu.



Dojeżdżamy do głównej drogi, a tam zaczyna się wdychanie spalin i kluczenie między tirami, które urządzają sobie wyścigi, kąsając nasze Bajaje po tyłkach. Odkrywamy też ciekawą funkcję - samozwańczych dyspozytorów ruchu. Otóż na co bardziej newralgicznych zakrętach stoją sobie lokalni panowie uzbrojeni w mniej lub bardziej sprane kolorowe szmatki i machają, kiedy można jechać, lub wstrzymują ruch, kiedy nie bardzo. Chodzi o to, żeby ciężarówki, które często ciągną dwie-trzy naczepy płynnie jechały pod górę na tych pozakręcanych drogach. Żeby nie tracić prędkości i w efekcie nie piłować na jedynce, to ścinają zakręty lub biorą je bardzo na okrągło, więc jazda z naprzeciwka bywa ryzykowna - i tu nieoceniona rola panów kierujących ruchem - w razie zatrzymują tych z góry, żeby przepuścić tych pod górę, a jedni i drudzy sypią im drobniaki do czapek.

Najwyższa pora na kawkę, więc zatrzymujemy się w kafejce, sąsiadującej z warsztatem samochodowym, w którym ekwadorska klasyczna indiańsko wyglądająca rodzinka naprawia swojego jeepa.











Potem droga robi się jakby luźniejsza, bardziej malownicza, ale niestety są przestoje spowodowane remontami drogi. A oczekiwanie na wznowienie ruchu to możliwość podziwiania pojazdów jadących z naprzeciwka czy też lokalnych sprzedawców wszystkiego przewożących cuda na swoich motorynkach.





Pora lunchu nastaje bardzo szybko, więc trzeba gdzieś zjechać. W moim przypadku kończy się to hamowaniem awaryjnym przy knajpie. Udaje się zamówić fajne jedzonko, jest WiFi, więc znowu schodzi nam ciut dłużej niż planowaliśmy.



Znowu wjeżdżamy w mniej uczęszczane drogi, więc przestoje organizujemy sobie sami. Na przykład obserwując padlinożernego ptaka dzielnie obrabiającego szczura na drodze.



Potem znowu przestoje są wymuszone czynnikami zewnętrznymi - na przykład wycinką drzew.





Trochę straszy deszczem, ale nie przechodzi to w ulewę, więc nie specjalnie się przejmujemy. krajobraz staje się coraz bardziej płaski i nijaki. tzn taki agro-przemysłowy. Nieatrakcyjny.





Nie chcemy jechać głównymi drogami, więc gdzieś zbaczamy, trochę się kręcimy, ale w końcu udaje się wytyczyć jakąś drogę. Na szybkie picie zatrzymujemy się w knajpie na skrzyżowaniu z przeraźliwie głośna muzyka z głośników i brakiem światła w toalecie.









W pobliskim miasteczku kluczymy uliczkami, żeby w końcu wylądować na bulwarze rzeki, bez możliwości przejazdu.



Klucząc po miasteczku w końcu znajdujemy jazd na drogi między drzewami.



A potem między polami. Po lewej stronie trzcina cukrowa. Po prawej to samo. Potem się okazuje, że rzeczywistość nie pokrywa się z mapą i jesteśmy w skserowanym krajobrazie i nie bardzo wiemy jak dojechać do głównej drogi, która w dodatku jest po drugiej stronie rzeki, Napotkani lokalesi mówią nam, że aby dojechać do "via major" musimy się cofnąć, na pierwszym skrzyżowaniu skręcić w prawo, a potem prosto i dojedziemy do głównej drogi. Podążając za ich radą, docieramy do... promu na rzece.





Przeprawiamy się na druga stronę i wbijamy na główną drogę, na szczęście nie jakoś bardzo uczęszczaną. Za to znaki drogowe, które są dziurawe od kul, powodują u mnie lekki niepokój i rozmyślania, czy aby jesteśmy w odpowiedniej okolicy...



Stajemy, żeby zatankować. Mój wskaźnik poziomu paliwa chyba nie działa - przejechaliśmy 312 km od poprzedniego tankowania, a wskazówka jest dalej na maksimum. Zalewamy baki paliwem, a żołądki kawą. Wczoraj była środa, więc nadrabiam ten dzień fundując sobie loda.





Czas nagli, a my mamy jeszcze kawałek przed sobą. Dookoła jest nijako, jakieś śmierdzące fermy kur i industrialne widoki. W dodatku zaczyna dość mocno wiać.



Postanawiamy, że nie pchamy się do Cali, tylko znajdziemy nocleg wioskę wcześniej. Rozbestwieni łatwodostępną bazą hotelową przeliczyliśmy się nieco w tym przypadku. Po centrum wioski Yumbo kręcimy się przez 1.5 h robiąc dobre kilkanaście kilometrów i nie znajdując żadnego miejsca. Nie pomogła policja, nie pomogli taksówkarze. Popyt przerósł podaż i wszystkie miejsca we wszystkich hotelach w mieście są zajęte. Nawet wycieczka poza miasto, przez jakieś podejrzane dzielnice, bo ktoś nam powiedział, że tam coś może być nie przynosi efektu.



Sprawdzamy więc ostatnia opcję, którą widzieliśmy na wjeździe - hotel dla tirowców przy głównej drodze. Maja jeden pokój, z jednym łóżkiem, z oknem wychodzącym na ruchliwą ulicę, za 30000 COP. Poddajemy się i bierzemy co jest, Motki parkujemy za 1000 COP od sztuki na tyłach stacji benzynowej przylegającej do hotelu. W międzyczasie cena hotelu wzrasta o 5000 COP.



Odświeżamy się i idziemy na zasłużoną kolację i piwo, sprawdzając w recepcji hotelu, czy uliczka, którą chcemy przejść jest OK, czy lepiej tam się nie zapuszczać. Jest OK. Po drodze mijamy Matkę Boską Klatkową - figurki bywają tu bardzo zabezpieczone, zwłaszcza na główniejszych skrzyżowaniach. Sklepy są często zakratowane, na murach jest graffiti - od ozdób bożonarodzeniowych po klimaty komiksowo-kosmiczne...





















Zaczynamy od kolacji. Najpierw jest sok i dodatkowo dla Marka sałatka owocowa z serem. Potem spacerek, a potem piffko w Corner Bar, z widokiem na ulicę, na której są stragany z żarciem masowo odwiedzane przez lokalesów i którą przejeżdżają nieziemsko podświetlone autobusy. Z głośników ryczy muzyka, jeden przebój lokalny i jeden zachodni, I tak na zmianę. Jakaś salsa, a potem "Paradise". Może trochę tak jest...











Zaczyna padać, ale dalej jest ciepło i fajnie. Wakacje. Chłoniemy atmosferę tego miejsca, bo jest niesamowite. Luźne.

Czas się zbierać, bo późno. Płacę w barze za piwa i słyszę standardowe pytanie - skąd jesteśmy :)

Wracamy do hotelu. Jest głośno od ulicy. Niby można zamknąć drzwi balkonowe, ale wtedy momentalnie robi się gorąco w pokoju. Można uruchomić wiatrak, ale huczy i mocno wieje. Każda opcja ma plusy ujemne. Robimy jeszcze pranie, które wywieszamy na plastikowym krzesełku na balkonie, może wyschnie. Wystawiamy tam też buty - może nie zmokną ;) Idziemy spać. Zagrzebuję się w swój śpiworek. Materac, jak i hotel też jest pod spasionego tirowca - strasznie twardy...


Przejechane: 259,3 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-25, 20:50   

Kolumbia 2016 - Dzień 7 - Back from Cali
04 marca 2016 - piątek


Rano mamy totalna głupawkę z powodu super miejsca do spania - hałas od tirów jest niemiłosierny, jak również wibracje przenoszące się od drogi, przez budynek i twardy materac, nie wspominając o smrodzie spalin, który wdziera się do pokoju. To skutecznie mobilizuje nas do wstania. Idziemy do centrum na śniadanie (a potem okazuje się, że śniadaniową knajpkę, pewnie kilka razy tańszą, mieliśmy w brami obok ;)) - ja zajadam jakiegoś pieroga z pikantnym farszem i ziemniaka i popijam prawie litrem soku z mango. Marek wybiera coś bardziej na słodko i sok. Rachunek chyba nie uwzględnia wszystkiego, bo płacimy 8000 COP za całość, ale nikt za na mi nie krzyczy ani tym bardziej nie strzela, więc nie ma tematu. W międzyczasie lokalny pucybut koniecznie chce wypastować nam nasze turystyczne buty...

Wracamy do hotelu, pakujemy się i uzbrajamy motki w bagaże. Jeszcze tylko siku na debet w kibelku na stacji (pominę jego opis, bo co bardziej wrażliwi mogliby przestać czytać) i ruszamy.





Droga jest "taka se". Industrialne klimaty nie zachwycające absolutnie niczym, a do tego dość spory ruch, bo w końcu jesteśmy w okolicy dużego miasta. Cali... nie wiedzieć czemu w głowie zaczyna grać mi "Back from Cali" Slasha...



Nieco kluczymy po autostradzie próbując się z niej wydostać na mniej uczęszczane drogi.



Kilka węzłów przemierzamy więcej niż raz, żeby w końcu wyplątać się z nitki asfaltu i wjechać w delikatny off z polnymi drogami i błotem i kolejnymi zakratkowanymi figurkami na skrzyżowaniach.









Na zjeździe z offu na główną drogę stajemy na drugie śniadanie - lurowatą kawę i croissanta, jest też WiFi, więc mogę się zameldować tu i tam.

Przed nami wyjątkowo prosta i nudna droga - prawie bez zakrętów. Dlatego też rozglądam się na prawo i lewo, żeby czymś zająć głowę. Na przykład widać serie kominów, po trzy, a każdy z nich produkuje inny odcień szarego kolorku. Albo "vehiculo extra longo" - mega długie pojazdy - ciągnik siodłowy i 5-6 naczep z kontenerami, albo traktor z 6 przyczepami wypełnionymi drewnem lub trzciną. Na szczęście wszystkie jadą z przeciwka, bo wyprzedzać takie to istny koszmar, zwłaszcza na motkach, które mają przyspieszenie malucha jadącego pod górę. W jednym miejscu jest zagłębie figurek ogrodowych. u nas są to krasnale, a tu kilkumetrowe Jezusy i baranki...



Jakieś 80 km przed Popayan znowu zaczynają majaczyć na horyzoncie jakieś górki, a droga nieco bardziej się zawija. Pojawia się tez coraz więcej wojska. Rozsiani co kilkaset metrów żołnierze stoją przy drodze z uniesionymi w górę kciukami. Ciekawe czy to oznacza, że droga jest "czysta", bo raczej nie łapią stopa. W sumie ma to sens - departament Cauca, po którym się poruszamy do super bezpiecznych nie należy...

Zaczyna lekko kropić, więc zatrzymujemy się na stacji benzynowej w knajpce krótką przerwę konsumpcyjno-higieniczną i poczekanie jak rozwinie się sytuacja pogodowa. Marek popija kolejną cienką kawę, podziwia lokalne wyroby piekarsko-cukiernicze (drożdżówki-żółwiki), a potem lata jak najęty po całym parkingu z aparatem próbując "ustrzelić" żółte ptaszki. Ja stawiam na uzupełnienie wody i rozprostowanie nóg. Na stacji też jest sporo wojska, które się gdzieś snuje po kątach.







Deszcz się nie wzmacnia, więc jedziemy dalej. Widoki znowu się zmieniają, pojawia się czerwona ziemia i plantacje ananasów. Jednak radość z poprawy pogody nie trwa długo, bo znowu zaczyna padać, ale po chwili przestaje, i tak na zmianę, przez jakiś czas. Widać, jak asfalt mieni się tęczą od plam oleju - przynajmniej teraz je lepiej widać i łatwiej ominąć. robi się coraz zimniej, więc zarządzamy postój na ubranie się.







Przed Popayan zaczyna padać na całego - jesteśmy prawie całkiem mokrzy, bo nie zdążamy na czas ubrać przeciwdeszczówek. W dodatku ja nie bardzo mam ochronę na spodnie - mogę je zdjąć i wpiąć membranę, ale to bezcelowe w tym momencie, więc nogi falej mi mokną. Ściana deszczu jest tak nieprzyjemna, że po wjeździe do Popayan decydujemy się na znalezienie hotelu i zakończenie jazdy prawie 3 godziny przed przed czasem.

Standardowo jedziemy w kierunku centrum i znajdujemy całkiem przyzwoity hotel (55000 COP za pokój). Rozlokowujemy się, wieszamy mokre ciuchy w patio, służącym za suszarnię. O ile spodnie moto wieszam pod dachem, to rękawiczki w części niezadaszonej - własnie wyszło słońce, więc może je wysuszy, a ewentualny deszcz bardziej im nie zaszkodzi ;)

Idziemy pozwiedzać miasteczko. Jest bardzo ładne. Co mi się tu wyjątkowo podoba, to jednolitość szyldów - wszystkie kamienice są białe, a szyldy - to proste napisy złote lub czarne. Gdyby tak ładnie było w Krakowie... standardowo robimy mały gubing. Po drodze kupujemy świeże pokrojone w kostkę owoce - ananasa i papaję - w kubeczkach z wykałaczkami (1000 COP), a potem straganowe żarcie - chorizo z ziemniakiem, kurczaka, kukurydzę. Jest mnóstwo innych ciekawych rzeczy, choć niektóre wyglądem nie przypominają absolutnie niczego (jakieś takie szarobure flako-pieczarko-owoce morza. Ciekawe jest to, że w centrum miasta obowiązuje zakaz jazdy dwóch mężczyzn na jednym motocyklu - związane jest to z częstymi kradzieżami i rozbojami, a policjanci skutecznie ten zakaz egzekwują od pojedynczych "zapominalskich".



























































O ile wczoraj było mnóstwo knajpek z piwem, to dzisiaj nie namierzamy żadnej. Za to wreszcie trafiamy do kawiarni z dobrą kawą! Różnica jest wyczuwalna w smaku, jak i cenie (10 razy drożej). Knajpka ma ogródek z parasolkami w patio i tam dokujemy się na dłuższą chwilę. Potem zaczyna się ulewa, więc tym bardziej zostajemy w knajpie.



Niestety nadchodzi czas jej zamknięcia i wszyscy goście są delikatnie wypraszani. A dalej leje. Na szczęście lokalna architektura to przewidziała i większość kamienic ma dość spore gzymsy, które skutecznie chronią przechodniów przed deszczem, co niecnie wykorzystujemy. Labiryntem uliczek zmierzamy w kierunku hotelu, choć ochota na wieczorne piwo jest niemała, ale nie ma gdzie kupić. W końcu przechodzimy obok lokalnego klubu bilardowego i knajpy i decydujemy, że tam wejdziemy. Raz kozie śmierć. Miejscówka okazuje się całkiem spoko, siedzą tam zarówno młodzi ludzie, jak i wesołe dziadki prowadzące jeden drugiego bo wypili już całkiem sporo. Lokales przy stoliku obok mruczy pod nosem wszystkie piosenki,które sączą się z głośników. Jak się okazuje jest dziennikarzem radiowym i chętnie gada z Markiem. Z kolei z innego stolika co chwilę podchodzi do nas wesoły starszy pan, równie co chwilę odciągany przez swojego syna, który bardzo nas przeprasza za zaistniałą sytuację. Xawier, bo tak ma gość na imię, nie odpuszcza i podchodzi z butelką rumu lejąc pół szklanki Markowi (mnie udaje się wymigać). Alejandro, syn, jest bardzo zmieszany i tłumaczy nam, że jego ojciec jest po prostu dzisiaj wesoły, ale nie jest złym człowiekiem, więc żebyśmy się nie bali. Nawet nie mamy takiego wrażenia, że jest jakieś zagrożenie - ot wesoły lokales polewa nam lokalny alkohol, bo ma taka fantazję. Jest bardzo fajnie i wesoło, ale poziom procentów trzeba kontrolować, żeby nie sprowokować niemiłych sytuacji. Wesoła rodzinka żegna się z nami wylewnie i wychodzi. My jeszcze chwilkę siedzimy, ale też w końcu decydujemy o powrocie do hotelu. Przestało padać, a nam, włączyła się lekka gastrofaza. Niestety stragany z mięchem już się zwinęły, a jedyna knajpka (w której dostrzegamy "naszą" wesołą rodzinkę pałaszującą jakieś kurczaki) właśnie zamknęła kuchnię. Trzeba więc doczekać do śniadania.



Mimo zakończonej wcześniej jazdy dzień okazuje się być pełnym wrażeń. A rękawiczki oczywiście mi nie wyschły...


Przejechane: 185,6 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-26, 22:36   

Kolumbia 2016 - Dzień 8 - Opole '77 unplugged
05 marca 2016 - sobota


Ulice są jaskrawożółte. I moro. Jest pełno policji i wojska. Każdy uzbrojony. Żołnierze w kaskach z siatką, w polowych mundurach, z plecakami. Maszerują po ulicach we wszystkich kierunkach. Na skrzyżowaniach jest ich sporo, a im bliżej głównego placu w mieście tym więcej. mam mieszane uczucia - to, że są, to znaczy, że jest niebezpiecznie, czy wręcz przeciwnie? Śniadanie w typowej kolorowej soko-cukierni upływa na rozmyślaniu o bezpieczeństwie w Kolumbii i patrzeniu na przemarsz mundurowych przed lokalem.



Po śniadaniu odbieramy motki z parkingu. W sumie nie napisałam wcześniej, ale parking to po prostu tak zaaranżowane patio, dostępne przez mikro wjazd. Parking za nockę kosztuje o ile pamiętam 10000 COP - zostawia się motek, można tez kask, dostaje kwitek. Motek odbiera się na podstawie kwitku, lub jeśli się go zgubiło - na podstawie dowodu rejestracyjnego. Nasze motki stoją w zupełnie innym miejscu niż je wczoraj zostawiliśmy. Mój nie ma już zblokowanej kierownicy, ale co to dla "fachowców", gdy trzeba go było przeparkować. Na kanapie mam odbite kocie łapki.





Pod hotelem parkujemy motocykle. Lokalni żebracy podchodzą do nas jak do bankomatów prosząc o kasę. Czasem trzeba się na to znieczulić. A dodatkowa informacja, że jesteśmy z Węgier ucina wszelkie pogawędki, bo nikt w tym języku nie mówi absolutnie nic

Możemy wyjechać. Postanawiamy jednak zatankować, więc chcąc nie chcąc po chwili znowu wjeżdżamy do centrum. Tym razem (w przeciwieństwie do akcji z Włoch rok temu) Zumo znajduje stację i tankujemy motki. I wyjeżdżamy z Popayan po raz drugi.



Wbijamy się na mniej uczęszczaną drogę. na jednym z murów widzę wielki czerwony napis CAMP. Kolejne pytanie w głowie - czy to po prostu oznacza, ze jest tu kemping, czy to 'graffiti" wyznaczające terytorialne granice jakiegoś zbrojnego ugrupowania typu FARC, mimo, że w tym kontekście ten skrót nie brzmi "znajomo"...

Droga jest urocza, kręta. Dookoła jest zielona dżungla. Co jakiś czas pojawiają się faceci z maczetami. Tłumacze sobie, że to oczywiście do przedzierania się przez zielone chaszcze, a nie w celu zarzynania turystów ;)





























Przed zjazdem na Purace, które było naszym celem na wczoraj, utykamy na dobre pół godziny. Ruch jest całkowicie wstrzymany ze względu na budowę mostu. Jest prawie południe, prawie równi, prawie nie ma cienia - ciekawe wrażenie. Mimo wszystko gdzieś tam próbujemy chronić si przed palącym słońcem, jednocześnie podglądając pracowników kierujących ruchem - są to lokalni Indianie, ubrani w charakterystyczne regionalne stroje.







Gdy ruch zostaje wznowiony pniemy się pod górę. Droga wije się na niemalże 3500 m npm i jest mega widowiskowa.



























Nagle kończy się szerszym placem, przy którym stoi schronisko prowadzone przez Indian. Tu byśmy zatrzymali się na noc wczoraj, gdyby deszcz nie uziemił nas w Popayan... Jeśli ktoś ma jeden dzień "wolny" i czuje się na siłach, można stad zrobić sobie wycieczkę na wulkan...









Zamawiamy tam herbatkę i obiad. Czas oczekiwania to ok. pół godziny, więc idziemy na małą wycieczkę po okolicy. Jeden z lokalesów doradza, żebyśmy wzięli przeciwdeszczówki, bo popada. Owszem, są chmury, ale wg nas padać nie powinno. Mimo tego słuchamy jego rady.







Wysokość daje w kość. Kilka kroków i zadyszka gotowa. Powietrze jest rzadkie i chłodne. Ale krajobrazy wynagradzają wszystko.



















W pewnym momencie zrywa się olbrzymi wiatr i zaczyna zacinać zimnym deszczem. Warto było wziąć stroje przeciwdeszczowe - jednak wiedza lokalnych "górali" jest niezastąpiona.



Wracamy na obiad. Przestało padać, więc zrzucamy z siebie kondomy, żeby się wysuszyły. Jedzenie już na na s czeka. Zupa jest bardzo konkretna - z makaronem i fasolką, ale i kolendrą, więc Marek dostaje większość mojej porcji. Za to pstrąg jest idealny. Przepyszny. Do tego słodka herbata, ale raczej jakaś ziołowa i nie słodzona cukrem, bo zupełnie inaczej smakuje.







Czas się zbierać. Płacimy za posiłek, żegnamy się z gospodarzami i wracamy tą samą drogą, podziwiając po drodze widoki. Rozdzielamy się - Mark zostaje w tyle. Na rozjeździe czkam na niego dłuższą chwilę. Zaczyna padać, więc znowu uzbrajam się w przediwdeszczówkę. Marka dalej nie ma. Już mam zamiar zawrócić i sprawdzić co z nim, kiedy pojawia się na horyzoncie i możemy jechać dalej.











[center][url="https://2.bp.blogspot.com/-w2O5uoFjiDg/Vu7T4crxJ0I/AAAAAAABdFk/-4teXHFoQukTIzvAVcGDLdWvYNhPonSygCKgB/s1600/20160305_151156.jpg"]







Dojeżdżamy do miejsca robót drogowych i wyjeżdżamy na główną drogę. Po chwili natrafiamy na całkiem spory wodospad. Zatrzymujemy się przy nim nie tylko na fotki, ale i ubranie w ciuchy, bo zrobiło się dość zimno. Parkując moto pod wodospadem o mało co nie zaliczam gleby, bo motocykl mocno przechyla się na stopce bocznej, ale że masa niewielka, to utrzymuję go i stawiam stabilnie.









Jest w sumie dość późno, a przed nami jeszcze spory odcinek do przejechania. Spektakl chmur na niebie zachęca do częstych postojów na fotki.







Pniemy się w górę i wjeżdżamy na teren Parku Narodowego Purace. Droga znowu przeradza się w off. Wjeżdżamy na rozległą równinę, zwaną Doliną Espeletii, usianą tymi ciekawymi roślinami.









Chwilę dalej - Dolina Tapirów, jednak żadnego nie spotkaliśmy.





Za to w przeciwną stronę co jakiś czas suną powoli ciężarówki z owocami lulo. Aż dziwne, ze nie robi się z nich marmolada na tych wertepach. Ale w razie czego - jest to pocieszające, że ktoś tędy jeździ, więc w razie W można liczyć na pomoc.



Co jakiś czas widać pojedynczych żołnierzy w kamuflażu... Zastanawiam się ilu z nich nie zauważyłam, jak poszłam w krzaczki za potrzebą...



Znowu zaczyna padać. Potem droga robi się czerwona. Jest niesamowicie, bo ołowiany kolor nieba dodaje wielkiego uroku. Nie mamy tyle czasu na zatrzymywanie się, ile byśmy chcieli. Powoli się zmierzcha, a my mamy przed sobą kilkadziesiąt kilometrów, a jazda nocą po Kolumbii nie jest wskazana. Zwłaszcza w tym regionie.

















Przy wyjeździe z parku są koszary wojskowe - zasieki, druty kolczaste, worki z piaskiem, wieżyczki strzelnicze i wszechobecne karabiny. Bezpiecznie?

















Wjeżdżamy na asfalt. Robi się ciemno. Lokalne pojazdy jeżdżą jak dzikie, a my nie mamy odwagi z nimi walczyć ani wyprzedzać tych mniej żwawych, dlatego grzecznie jedziemy do San Agustin. Na miejscu lokujemy się w hotelu "El Turista". Mamy pokój z widokiem na patio, w którym są ogólnodostępne toalety, stanowisko do prania i... parking dla motocykli...







Szybko się odświeżamy i ruszamy w miasto. Zaczynamy od porcji witamin - soków ananasowego (ja) i ananasowo-bananowego (Marek). Potem z lokalnych straganów kupujemy kurczaki na patyku, żeby zaspokoić pierwszy głód. Idziemy tez na główny plac, gdzie stoi klasyczny lokalny autobus, a w nim siedzi orkiestra i gra lokalna muzykę. Za spora ilość gotówki można wsiąść do tego autobusu i posłuchać muzyki z bardzo bliska. Ciekawy pomysł, bo stojąc obok autobusu można tez posłucha, za darmo ;)



Wracamy do budek z jedzeniem - na "drugie danie" bierzemy chorizo z drugiego straganu, Lokalny piesek, wyglądający jak biały Pankracy idzie z nami krok w krok na wypadek gdybyśmy nie dojedli...

Idziemy do baru na piwo. Na dwóch ekranach wyświetlane są teledyski/teksty piosenek karaoke. Te nowe przeplatają się z takimi bardziej klasycznymi. Modzi, piękni, wyfotoszopowani z okresu bieżącego mieszają się z wąsatymi brzuchatymi w strojach a'la Abba z lat 70-tych. Wrażenia jak z festiwalu w Opolu. Albo Sopocie. A potem wysiada prąd. w całej wiosce. Może to partyzanci robią wstęp do jakiejś akcji? Mimo wszystko zamawiamy kolejne piwko, obsługa baru przynosi świeczki. Tylko panie ze straganami z jedzeniem maja własny prąd do własnych żarówek i blackout ich nie dotyczy. Po pół godzinie wszystko wraca do normy i znowu jest głośno i kolorowo. Ulica sunie wesoły autobus z muzyką na żywo...


Przejechane: 169,6 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-27, 19:50   

Kolumbia 2016 - Dzień 9 - Prekolumbijskie wykopki
06 marca 2016 - niedziela


Dziś mamy w planie trochę zwiedzania i mniej jazdy, Planujemy odwiedzić Park Archeologiczny. W okolicy jest dość sporo miejsc, które słyną z prekolumbijskich rzeźb i rękodzieła wykopanych spod ziemi, ale na pewno nie uda nam się zwiedzić wszystkich, więc stawiamy na jedno dobre miejsce.

Zostawiamy bagaż w pokoju i "na lekko" jedziemy parę kilometrów za miasteczko. Znowu mam stres związany z nieodpowiednim ubiorem. Zostawiamy motki na parkingu przed parkiem i idziemy po bilety. Wstęp kosztuje 20000 COP. W zamian otrzymuje się paszport uprawniający do wejścia do kilku atrakcji rozsianych wokół San Agustin. My odwiedzimy te zgromadzone w parku: Muzeum, Mesita A, B, C, D, Bosque de las Estatuas (Las Staui), Fuente de Lavapatas i Alto de Lavapatas. Wejście do różnych sekcji jest oznaczane w paszporcie suchą pieczęcią w kształcie rzeźb.

Zanim zaczniemy zwiedzać korzystam z toalety. Pierwsze drzwi, które otwieram ukazują przede mną muszlę pełną żołtego płynu. Wkurzam się, gdy ktoś nie spuszcza po sobie wody... sprawdzam kolejną kabinę i jeszcze kolejna i to samo. W końcu sama spuszczam wodę w jednej i... muszla wypełnia się żółtą cieczą. Aha, taki kolor wody, no dobrze ;)

Jest dość ciepło i wilgotno, więc nawet ten kilkukilometrowy spacer trochę daje w kość. Zaczynamy od muzeum, gdzie w kilku salach pokazane są figurki, na których podstawie wyjaśniona jest ich symbolika i przedstawiona historia odkrywania tego miejsca i prowadzonych prac.















Następnie, przemierzając niewielkie stanowisko D, idziemy do Lasu Statui. To ścieżka w lesie, gdzie rzeźby sobie stoją na postumencikach, zadaszone paskudnymi daszkami z blachy falistej. Gdyby chociaż były to jakieś liście, robiłoby to o niebo lepsze wrażenie.















































Potem odwiedzamy stanowiska B i C...

























...i kierujemy się do Fuente de Lavapatas, gdzie cicho szemrze strumyk i jest fajny most.









Teraz czeka nas wspinaczka na położone wyżej stanowisko Alto de Lavapatas. Po drodze są jednak atrakcje w postaci kramów z lokalną chińszczyzną tudzież rękodziełem ludowym :) Chwilę oglądam co można zanabyć w charakterze pamiątek. W jednym ze sklepików sprzedają lody - zamrożone słodkie soki z owocami. Biorę czerwonego, Marek zielonego. Są słodkie i dość szybko topią się w upale, co skutkuje pojawieniem się kolejnej plamy na moich spodniach (przy śniadaniu odkryłam mega tłustą plamę na mojej bluzie z kapturem na wysokości klatki piersiowej, więc mam kolejne do kompletu). W tym samym sklepiku kupuje też kolczyki w kształcie słoników, pomalowane w typowo kolumbijski wzór z kolorowych kropeczek - dołączą do kolekcji).

Na wyżynie jest kilka figur i fajny widok na okolicę. A jednocześnie jakaś taka dziwna pustka.











Odpoczywamy chwilę i rozpoczynamy odwrót. W jednym ze sklepików kupujemy kilka pamiątkowych drobiazgów.

Jeszcze tylko zahaczamy o stanowisko A i wracamy do motorków. Nie wiedzieć kiedy zrobiło się już dość późno.





Zanim jednak wracamy do miasteczka odbijamy nieco w bok i zjeżdżamy do przełomu Rio Magdalena. Droga jest wyjątkowo kamienista, a mój nieodpowiedni ubiór wcale nie ułatwia zjazdu. Wiem, że większość to uprzedzenie w głowie niż faktyczne zagrożenie, ale tak mam - na moto - tylko w pełnym stroju...











W San Agustin parkujemy przed knajpką i każde z nas wsuwa dwudaniowy obiad (pożywna zupa, ogromianste drugie danie, sok) po 6000 COP (8 zł). Zabieramy rzeczy z hotelowego pokoju, przebieramy się i ruszamy w kierunku Pitalito.











Już po pierwszych paru kilometrach mam dość jazdy na dzisiaj, bo prawie ląduję na czołówce z jakimś pickupem, który ni stąd ni zowąd nagle postanawia na podjeździe, podwójnej ciągłej i zakazie wyprzedzić autobus gwałtownym manewrem pojawiając się na pasie, którym ja jadę w dół. Marek przejechał, a wtedy tuż przede mnie wyskoczył ten samochód. Nawet nie próbował zjechać czy wrócić na swój pas czy zwolnić. To ja miałam hamowanie awaryjne i ominięcie ruchomej dużej przeszkody... Robi mi się ciepło, a kolejne kilometry przejeżdżam w maksymalnym spięciu.

W przeciwną stronę sunie sporo motorków dosiadanych przez wojsko. Trochę śmiesznie wygląda dwóch rosłych facetów z długa bronią jadących na motkach klasy 150 ;)

Droga jest ciut nudnawa, ale nie dlatego, że jest jakaś nieatrakcyjna - po prostu człowiek przyzwyczaja się do krajobrazów i zieleń i wszystko przestają już robić takie wrażenie. W miejscowości Timana stajemy na soki i kawkę.







Krajobraz ciut się zmienia. Pojawiają się niewysokie góry, ale bez zieleni - suche, porośnięte jedynie krzakami. A w ogóle to już walkiem wprawnie jeździmy "po kolumbijsku" trochę naginając przepisy i wciskając się w wolne miejsca na drodze. Coraz rzadziej zdarza się, że lokalesi nas wyprzedzają, a ciężarówki kąsają po tyłkach. Udało się też sprawdzić jak szybko jeżdżą nasze motorki - wyciągnęły stówkę z góry, ale skończył się prosty odcinek testowy, więc nie wiem czy jadą szybciej ;) W dodatku wyprzedza nas DL (to pierwszy z większych motocykli jaki tu widzę), więc odpuszczam bicie rekordów prędkości...

Jeden odcinek drogi, między skałami, jest szczególnie malowniczy. Chcę nagrać pomykanie po winklach, ale kamerka robi mi pipipi oznajmiając zapełniona kartę. Pikanie nieco mnie wytrąca ze skupienia, przez co jeden z ostrych zakrętów w prawo pod górę mnie ciut zaskakuje, ale wychodzę z tego bez większych problemów, choć nieco koślawo. Może i dobrze, że się to nie uwieczniło, bo Instruktoru by miał co "chwalić" ...

Jedziemy doliną rzeki Magdaleny, więc co jakiś czas mijamy jej mniejsze dopływy, a w nich kapiących się ludzi. W końcu trafiamy nad całkiem urokliwe rozlewisko rzeki.







Na nocleg zjeżdżamy do małej miejscowości o wielkiej nazwie Gigante. Motki tak samo jak wczoraj, wjeżdżają do hotelu po desce - wszyscy są profesjonalnie przygotowani na taka okazję. Podczas wprowadzania Bzyczka deska się jednak osuwa i mój motek centralnie zawiesza się na progu. Na szczęście wszystkie newralgiczne miejsca zabezpieczyła stopka centralna, więc oprócz lekkiego odpryśnięcia betonowego progu nie ma zniszczeń. Widok z naszego okna znowu jest na motki :)



Idziemy na spacer po miasteczku. Sklepy są zakratowane, co znowu nasuwa różne myśli na temat bezpieczeństwa. Siadamy na piwko w knajpie z lokalną muzyka przekraczającą wszystkie normy głośności. Nie może się obyć bez kilku spotkań z naciągaczami, którzy chcą od nas wysępić kasę, a z którymi Marek chętnie wdaje się w rozmowy, żeby poćwiczyć swój hiszpański.



Piwko powoduje lekki głód, więc udajemy się do strefy gastronomicznej na centralnym placyku z mini parkiem i kościołem. Dziś w menu mamy pizzę z chorizo i ananasem - całkiem smaczną i sprawnie przygotowywaną przez ojca i jego dzieci.









Gdzieś dochodzi już świadomość, że minęła już połowa wyjazdu, że powoli zaczęliśmy odwrót na północ, i choć pewne atrakcje jeszcze przed nami, to za nami już naprawdę sporo. Ech... Fajnie jest...


Przejechane: 167,9 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-04-28, 20:27   

Kolumbia 2016 - Dzień 10 - Operacja "pustynna burza"
07 marca 2016 - poniedziałek


Zwolniłam miejsce na karcie w GoPro. Muszę przyznać, że nie nadaję się na operatora kamery - pół wyjazdu minęło i, pomimo ustawienia kamerki z pomocą podglądu w aplikacji na telefonie większość filmików przedstawia radosne poczynania przedniego koła :( W sumie nawet nie wiem po co ja to kręcę, za filmiku z Bhutanu sprzed 2 lat nawet się nie zabrałam, więc z tymi nie będzie lepiej...

Dla odmiany od ostatnich słodkich i tłustych śniadań to dzisiejsze jest ful wypas - jajecznica, tosty, soki. W nocy i nad ranem popadało, ale jest ciepło i zmierzamy na pustynię (czyli ma być sucho!) więc w ostatnim momencie wypinam membranę. Walka ze spodniami trwa dobre kilka minut i przypomina próbę założenia mokrych dżinsów. Więc albo przytyłam i tyłek mi się nie mieści w gacie, albo nie wiem co...

Jedziemy! Droga jest jakaś takaś mało widokowa, ale cóż zrobić. Potem jest trochę lepiej.









Zjeżdżamy na stację benzynową, bo chcemy zatankować - nie ma paliwa. Oho? Zaczyna się? Następna stacja jest za pół godziny jazdy. Tam jest benzyna, więc zalewamy baki i przy okazji wypijamy lurowatą kawę.





Jedziemy wzdłuż Magdaleny, ale, że do celu naszej dzisiejszej podróży mamy stosunkowo blisko postanawiamy trochę pokluczyć po okolicy, żeby tę drogę wydłużyć.









Zjeżdżamy więc w boczne dróżki. W jednej z nich ścierwojady obrabiają zdechłą krowę dłubiąc jej dziobami w nozdrzach i innych zakamarkach.





Potem jedziemy przez ciekawy stopień wodny...





... mosty...





... i mniejsze dróżki...









... i wypadamy na "główną" drogę, która wcale na taką nie wygląda. Choć potem jest już bardziej cywilizowana.













W jednym miejscu zatrzymujemy się pod drzewem zasiedlonym przez dziesiątki zielonych papug. Jazgot jest niemiłosierny, ale są bardzo płochliwe i uciekają całym stadem zanim udaje się je sfotografować.

Jest coraz cieplej, choć lekko mgliście. Za to zakręty bardzo dobrze wchodzą :) Drzewa dookoła wyglądają zupełnie inaczej niż te w dżungli - są drobnolistne i bardziej suche. W ogóle jest bardziej sucho.

W Palermo zatrzymujemy się na croissanta i sok. Jesteśmy znowu zafascynowani tortami, które kręcą się w chłodzonych witrynkach. I nie są to atrapy!. Wygląda, jakby codziennie pół miasteczka miało urodziny, no chyba, że jedzą te torty ot tak, bez okazji.







Czas jechać dalej.



Przejazd przez Neiva jest bardzo OK, bo nie zapuszczamy się do centrum. Wyjeżdżamy w kierunku pustyni Tatacoa. I tu zaczynają się schody - mnie chce się siku, a nie ma się gdzie zatrzymać. W końcu uda je się znaleźć jakiś kawałek krzaczka przed drutem kolczastym. Niestety załatwianie potrzeby dostarcza mi również traumatycznych przeżyć - bo gdy spokojnie sobie kucam, mój wzrok pada na twarz... ludzką twarz... no może nie do końca ludzką, ale lalki... lekka makabreska.





Skręcamy w kierunku pustyni, i zaczynają się pustynne klimaty. Jest zjawiskowo, a co dopiero będzie później?















W Villawieja lekko się gubimy - tzn musimy zawrócić (jak i kilka samochodów), bo na końcu drogi jest wykopany głęboki rów.



Im bliżej celu, tym krajobraz bardziej zachwyca.









Zajawieni pięknem przyrody dookoła co chwila się zatrzymujemy. Ja przy okazji wklejam się w błoto, którego wcześniej nie zauważyłam.





















W końcu dojeżdżamy do celu naszej podróży. Dziś stawiamy na nocleg pod gwiazdami - w końcu trzeba wykorzystać namioty! Camping jest za 6000 COP, Marek zdobywa piwo i można rozłożyć obozowisko. Temperatura oscyluje wokół 30 stopni, co jak na wieczór jest niezłym wynikiem ;) (najcieplej dziś było 36).









Zamawiamy kolację i zanim się ściemni idziemy na spacer po okolicy. Jest fantastyczne... choć lata kilka komarów. Skałki na pustyni są z gliny, więc każdy deszcz zmienia ich kształt. Niby są wytyczone jakieś szlaki i ścieżki, ale nie bardzo odnajdujemy ich przebieg. Z drugiej strony - ciężko się tu zgubić.















































































Ściemnia się to wracamy. Akurat na kolację. Jest przepyszna, więc pałaszujemy ze smakiem. Niestety zaczyna padać. Marek biegnie do namiotów, żeby sprawdzić czy wszystko jest zabezpieczone. Potem chilloutujemy się w bujanych fotelach podziwiając wielkie ćmy i oglądając pioruny, które uderzają coraz bliżej i bliżej.



Przychodzi druga fala deszczu, którą przeczekujemy. Gdy słabnie - czas na przeniesienie się do namiotów. Ale zaczyna niesamowicie mocno wiać. Zacina więc w poziomie mieszanka piachu i wody. w przedsionku namiotu torba, którą tam zostawiłam jest cała w błotnym syfie. tak samo buty. Zacina coraz bardziej, więc nie myśląc zbyt wiele wrzucam wszystko do namiotu. Wiatr wzmaga się jeszcze bardziej, tak samo deszcz. namiot składa się pod naporem żywiołu i w środku robi się coraz mniej miejsca. Fragmenty tropiku, który styka się z warstwą wewnętrzną i klamotami w środku zaczynają podciekać. W rezultacie w środku robi się lekkie bajorko. Piach zgrzyta mi w zębach. Odczucia są jakbym rozbiła namiot pod wodospadem. Dookoła rozbłyskują pioruny. Zastanawiam się ile to wszystko wytrzyma i na wszelki wypadek staram się zapakować wszystko do torby i ułożyć w jednym miejscu, żeby w razie ewakuacji mieć wszystko pod ręką. w tym wszystkim staram się znaleźć jak najwygodniejszą pozycję dla siebie. To nic, że jestem cała w piachu, i brudna po całym dniu jazdy, to nic, że nie umyłam zębów, robię sobie mały dzień dziecka i staram się usnąć w takich warunkach jakie są, choć jest trochę straszno. Nie wiedziałam, ze największa ulewa wyjazdu dopadnie nas na środku pustyni...


Przejechane: 205,1 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 340
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 9/41
 21%
Wysłany: 2016-05-06, 20:11   

Kolumbia 2016 - Dzień 11 - Biznes klasa
08 marca 2016 - wtorek


Budzę się rano. Namiot się nie poskładał bardziej, bajorko z wody się nie powiększyło, kark nawet nie boli od krzywego spania. Czas się ogarnąć, bo wszędzie, zwłaszcza na mnie, jest pełno piaskowego błotka. Wieje dość ciepły wiatr, choć daleko mu do siły tego wczorajszego, niebo jest zachmurzone, ale temperatura oscyluje w granicach 26 stopni. Tak na oko.

Czas na prysznic. W sumie dobrze, że idę tu za dnia, bo nie ma żadnego oświetlenia w "kabinach". Nie ma tez żadnych wieszaczków, więc ręcznik i ciuchy trzeba przewiesić przez drzwi, zmniejszając jeszcze dopływ światła. Woda leci prosto z krótkiej rurki wystającej z sufitu i jej przepływ jest zerojedynkowo regulowany zaworem kulowym.

Teraz śniadanie i zestaw jajeczno-plantanowy z kiepską kawą.

Ale zabawa dopiero przed nami - trzeba wyczyścić i wysuszyć namioty. Na szczęście lekki wiaterek bardzo w tym pomaga. A kuferek Bzyczka, gdzie przez noc mieszkała elektronika nie przeciekł - fajnie :) Przy okazji podziwiamy jak pan lokales z wielką beczką na kanapie walczy z motkiem, żeby go odpalić - z sukcesem!











W sumie to dobrze, że wczoraj pochodziliśmy po pustyni, bo dzisiaj grzęźlibyśmy w błocie. Za to kolory zdecydowanie zyskały na intensywności. Ustalamy plan na dziś i kolejne dni - przygoda powoli się kończy, więc musimy dobrze rozplanować czas i trasę. Pakujemy się na motki i jedziemy - najpierw w głąb pustyni (na jakieś 10 km) i z powrotem. Widoki dalej są nieziemskie.





Kolory i skały zmieniają się całkowicie.



















































Mimo tego, że Zumo pokazuje, że jest droga, która może oszczędzić nam powrotu po własnych śladach nie ufam mu za bardzo, bo miejsce, gdzie ta droga powinna być nie wzbudza mojego zaufania - wygląda jak każdy inny kawałek pustyni. Ufamy więc osmandowym mapom Marka i cofamy się w kierunku Villavieja, ale przed wioską odbijamy w kolejny offowy odcinek, liczący ok. 40 km.











Jest błoto i rzeki. W jednej postanawiam sobie umyć buty. Ale przychodzi za chwilę refleksja - przecież zaraz i tak je raczej ubrudzę wyjeżdżając z rzeki ;)





Są mostki i wąskie, ciemne tunele (ruch jest dwukierunkowy).








Jest fajnie.





Dojeżdżamy do cywilizacji i w Natagaima stajemy na jedzonko. Dzisiaj risotto z kurczakiem. Całkiem dobre.



Jedziemy dalej na północ. Droga jest nudna i prosta. Tankujemy i odbijamy w bardziej boczne dróżki dla urozmaicenia, ale w sumie dalej jest trochę nijak. Zwłaszcza, po pustynnych widokach.







Powoli szukamy jakiegoś miejsca na nocleg, ale jak na złość im bliżej Ibague tym mniej jakichkolwiek miejscowości. Totalna pustka. Tylko pastwiska i "pegeer-y". Na rozjazdach "autostrad" przed Ibague trochę się gubimy i po kilku nawrotkach na rondach jeździmy w kółko. Oddalamy się od dużego miasta, ale dalej nie ma miejscowości, a jak są, to bez hoteli. Docieramy do Venadillo, gdzie znajdujemy super nówkę hotel, klimatyzowany, choć bez netu. Pokój jest wielkości niemalże mojego mieszkania, a łazienka - salonu. Widać, ze wszystko nowiutkie i dopiero co wykańczane. Normalnie biznes klasa z ekstrawaganckimi lampami :) Za 55000 COP.



Ogarniamy się i idziemy na soki. Zamawiamy dwa, ale w efekcie dostajemy po dwa. No to litr soku znowu trzeba wypić, trudno :) Zastanawiamy się, czy takie cukiernie z sokami miałyby u nas prawo bytu. Pytanie nasuwa się po tym, jak widzimy grupę kilku rosłych facetów, którzy siadają przy stoliku obok i zamawiają soczki i ciastka. U nas takich raczej można by znaleźć w knajpie (lub na ławce w parku) z półlitrowym browarem, a nie z półlitrowym smoothie w ręce :) Niemniej jednak litr soku za dolara to luksus, bo u nas szklanka świeżego soku z importowanych pomarańczy to ze 12 złotych lekko...

Skoro o piwku mowa, to idziemy na tradycyjne wieczorne. Knajp jest kilka, w każdej muzyka wyje na cały regulator tworząc ogólną kakofonię. W końcu siadamy w jednej knajpce w bocznej uliczce, tuż obok myjni dla motocykli. Jestem w stanie wcisnąć jedno małe piwko. Znowu właściciel knajpy pyta, czy muzyka OK... ech, co mamy odpowiedzieć? Niech gra :) w końcu to element krajobrazu!



Wracamy do hotelu. Udaje mi się na moment podpiąć do jakiegoś niezabezpieczonego netu, ale potem mnie odcina. Uzupełniam notatki z wyjazdu i katem oka dostrzegam gekona, który biega po pokoju. Chowa się za łóżkiem. Niech się chowa. Gekony mi akurat absolutnie nie przeszkadzają.


Przejechane: 266 km (rekord na tym wyjeździe ;))

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,43 sekundy. Zapytań do SQL: 11