BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Kolumbia 2016
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2016-05-08, 23:53   

Kolumbia 2016 - Dzień 12 - Czynny wulkan
09 marca 2016 - środa



Śniadanie jest wybitnie niewyszukane - jajecznica z ryżem i szklanką soku. Zmywamy się dość sprawnie z miasteczka, jeszcze tylko po drodze tankując, żeby mieć pełne baki, bo mamy zamiar zapuścić się w odludzia. Z głównej drogi skręcamy na Santa Isabel - to niby tylko 40 km, ale droga bardzo wymagająca, bo pozakręcana. Ani chwili odpoczynku -same winkle. W dodatku zaczynają się autostradowe szutry - super przyjemnie się po tym jedzie, do czasu gdy muszę gwałtownie hamować, bo jadąca z przeciwka spychaczo-koparka jest na kursie kolizyjnym i muszę ją przepuścić. Pozakręcana droga pnie się w górę, a temperatura spada z nieznośnej do przyjemnej.








Ruch na drodze jest niewielki, ale co jakiś czas przewijają się jakieś pojazdy. W oddali na zboczu góry widzimy ciężarówkę, która również pnie się w górę. Po jakimś czasie udaje się nam ja dogonić, ale z wyprzedzeniem wcale nie jest łatwo, bo zakręt goni zakręt. Za jednym z nich ciężarówka nagle postanawia się zatrzymać, więc mamy kolejne przymusowe hamowanie awaryjne, ja w dodatku w pochyleniu, bo dla mnie zakręt się jeszcze nie skończył. Ale przynajmniej ją możemy teraz ominąć.


Droga czasami jest podmyta i zawalona w przepaść poniżej. Ale wtedy w skale po drugiej stronie widać świeże wykucie, przywracające szerokość drogi mniej więcej do pierwotnego stanu.

W Santa Isabel zatrzymujemy się na kawę. Oprócz tego, że jest słodka i bardzo mała, to w miarę mocna, tzn chyba najlepsza jaka do tej pory piliśmy, nie licząc tej 10x droższej w Popayan.





Obok kafejki po raz kolejny widzę plakat dotyczący wirusa Zika. Póki co komarów naprawdę było mało i tylko na pustyni Tatacoa. Choć rzeczywiście - wredne france, bo cztery ugryzienia, jakie mi zafundowały spowodowały dość spory odczyn zapalny. Mam jednak to szczęście, że komary wybierają wszystkich dookoła mnie, a ja najczęściej mogę się wykpić jedynie kilkoma bąblami, za to sporymi. W każdym razie nie cierpię szczególnie z powodu komarów. I szczerze - myślałam, że tu będzie z nimi większy problem - zaopatrzyłam się w malarone, ale po kilku dniach zarzuciłam jego stosowanie, bo przestałam widzieć sens, mimo, że go bardzo dobrze toleruję, bez najmniejszych skutków ubocznych.



Inną atrakcją jest przyprowadzona przez jakiegoś lokalesa świnia. Jest wielka, porośnięta rzadką szczeciną i w dodatku robi hektolitrowe siku na środku ulicy przed kawiarnią ;)


Łazimy jeszcze chwilę po głównym placu (standardowo z drzewem na środku i kościołem z boku), ale zaraz ruszamy w dalsza drogę. Podobno do Parku Los Nevados są dwie godziny jazdy. No, zobaczymy...











Droga staje się zupełnie offroadowa. W dodatku czasami pokryta jakby mułem, który powoduje poślizgi na zakrętach. Po chwili pojawiaja się palmy woskowe, takie jak w dolinie Cocora.





























Do tego kanion, w który zjedziemy i wodospady. Jest magicznie.



























Droga jest dość trudna. Kilka razy tańczę na piachu czy kamieniach, raz moto mi gaśnie podczas ostrego podjazdu i ze dwa razy redukuję do luzu. Naprawdę ciężko się przyzwyczaić, że na samym dole nie ma jedynki... Dobrze, że Harry nie widzi tego, co robimy z tymi motocyklami. Zapytany, dlaczego nie ma w ofercie motocykli enduro, powiedział, że enduro jest nieopłacalne, bo wtedy ludzie za bardzo je pałują i są szkody i remonty itp... Chyba nie będziemy go uświadamiać, że robimy dokładnie to samo tylko na motkach zupełnie do tego niestworzonych. W końcu powiedział nam, że drogi są dobre, czyste i na pewno nie złapiemy gumy ani nie doświadczymy żadnej innej awarii... Oby...





Dojeżdżamy do Murillo - kolorowego spokojnego miasteczka.









Jest już popołudnie, więc warto coś zjeść. W jednej (chyba jedynej) otwartej restauracji zamawiamy po pstrągu. Marek jeszcze zamawia zupę. W efekcie dostaje jakieś lokalne flaczki. Pstrąg jest inny niż te poprzednie, bo jego mięsko jest lekko różowe, ale jest znakomity, podany z serem żółtym. Do tego smażone banany, sałatka, ogórek z majonezem i wisienką kandyzowaną i ryż z keczupem. A na deser jakiś nieduży pudding i owoc. Dla mnie całkowicie nieznany do tej pory. Granadilla, czyli męczennica języczkowata. Nie wiedziałam, że roślinki passiflory o pięknych kwiatkach dają takie dziwne owoce. Twarda "skorupka, lekko gąbczasta od środka, okrywająca coś, co wygląda jak żabi skrzek. Glut straszny, ale jednocześnie chrupiący milionem nasionek i bardzo smaczny, egzotycznie owocowy tj. "mechaty" w smaku. Super.





Czas nagli, więc jedziemy dalej. Jednak kilka km za wioską odczuwamy wyraźny spadek temperatury. Stajemy więc i ubieramy się - ja w wełniane ciuszki termoaktywne (membranę mam już wpiętą i tak), Marek w przeciwdeszczówkę, bo chroni od wiatru.



Wpadamy w kolejny offroadowy odcinek. Krajobrazy stają się coraz bardziej górskie. Na horyzoncie coraz lepiej widoczny staje się wulkan Nevado del Ruiz. To lodowiec o wysokości 5311 m n.p.m. Cały czas aktywny. Jak podaje Wikipedia: "W dniu 13 listopada 1985 roku nastąpiła erupcja wulkanu Nevado del Ruiz. Strumienie piroklastyczne stopiły pokrywę lodowcową na szczycie. Powstałe lawiny błotne spłynęły w dół stoku z dużą prędkością, pokrywając obszar do 100 km od epicentrum, w niektórych miejscach ponad 50 metrową warstwą. Kataklizm zniszczył wiele domów i miast. Miasto Armero, w którym zginęło około 21000 osób (spośród 28700 ofiar) zostało całkowicie pokryte warstwami gorącego mułu. Wybuch wulkanu Nevado del Ruiz uważany jest za największą katastrofę związaną z erupcją wulkanu w XX wieku."









[center][url="https://2.bp.blogspot.com/-p3R3598ALxo/VwYEEbP17wI/AAAAAAABe8M/LWNbghXpWb8RLU6ciERsZ4Oeanj-9OXaACKgB/s1600/_MG_2266_wm.JPG"]









Marek cyka fotki a ja ruszam naprzód.W pewnym momencie daję mocno po hamulcah i staję jak wryta. Wulkan własnie wypuścił chumrę gazów i popiołu. Ups... czy bezpiecznie jest jechać dalej?









Marka nie ma dłuższą chwilę, bo tez się zatrzymał podziwiać kolejne fazy kształtowania się chmury. W końcu dojeżdża do mnie i dalej pniemy się w górę.





Nasza droga przebiega cztery kilometry od wulkanu. to naprawdę blisko. Krajobraz jest niesamowity. Są strumienie śmierdzące siarką, kolorowe skały. Widać espeletie i żółte krzaczki, które występują tu niczym kosodrzewina "u nas".

























Wjeżdżamy na 4150 m n.p.m. (choć na pomysł uwiecznienia tego na fotce wpadam jak już jest nieco niżej). Robi się naprawdę zimno - obstawiam że jest jakieś 6-7 stopni. Potem zjeżdżamy na nieco niższe wysokości, ale dalej jest chłodno. Droga idzie wyjątkowo powoli, bo co chwilę zatrzymujemy się na zdjecia, tak jest zjawiskowo. Jednocześnie czuć wysokość. Przejście kilku metrów, żeby zrobić fotkę, powoduje dziwną zadyszkę. To zupełnie inne zmęczenie niż to związane z wysiłkiem. Tu niby wszystko jest ok, ale rzadkie powietrze nie wysyca płuc i krwi jak należy. Motki tez jakby jada mniej żwawo. Dla mnie to rekord wysokości - nigdy nie byłam tak wysoko.













































Powoli się ściemnia, a my jesteśmy kilkadziesiąt kilometrów od cywilizacji.













Wtem wulkan robi kolejne "pfff" i puszcza następną chmurę dymu.







Widok hipnotyzuje, więc "tracimy" coraz więcej czasu. Zapadają ciemności. Nasze motki maja kiepskie światła, a teren wcale nie jest lżejszy - dalej są kamienie, kałuże, strumienie, błoto.


Zjeżdżamy w jeszcze większy off, boczną drogę prowadząca do zabudowań przy wejściu na piesze szlaki po parku narodowym. jest ciemno choć oko wykol, ale z zabudowań wychodzi jakaś kobieta, z którą Marek ucina pogawędkę. Tu noclegu nie możemy dostać, ale za jakieś 7 km powinna być restauracja z możliwością przenocowania. Jedziemy. Do ciemności doszły jeszcze mgły czy chmury, w każdym razie widoczność jeszcze bardziej spadła. Tak naprawdę mamy namioty, ale nawet nie ma ich gdzie rozstawić, bo nie ma absolutnie nic płaskiego dookoła. Ale za to zaczął się normalny adfalt. Po siedmiu km nic nie ma. Tzn jest coś ale zamknięte na cztery spusty. Jedziemy dalej. Znajdujemy jakiś pustostan i dyskutujemy czy tu się wbić, czy szukać czegoś dalej. Szukamy, ale odnotowujemy, że w razie czego możemy tu wrócić. Na horyzoncie widać błyskawice, wiec zanosi się na burzę. Natrafiamy na odnogę w lewo z napisem "Termales 6 km". Ciepłe źródła chyba nam nie są potrzebne, więc nie zjeżdżamy z głównej.


Kilka kilometrów dalej pojawiają się jakieś zabudowania i psy. Marek pyta w jednym z miejsc o nocleg, ale w odpowiedzi dostaje gburowate "nie". Dojeżdżamy do głównej drogi. Tam, na skrzyżowaniu, w zamykającej się na dziś restauracji pytamy o nocleg. Młody chłopaczek wskazuje nam kierunek i mówi, że tam będzie "hospedaje", przy policji. Na motorkach to za 10 minut. Droga jest kręta, ale normalna, szeroka, równa jak stół. Jadąca z naprzeciwka ciężarówka hamuje gwałtownie - w jej światłach dostrzegam, że zatrzymała się, żeby przepuścić na drodze jakieś zwierzątko przypominające pancernika (może to i był pancernik).


Dojeżdżamy do kolejnych zabudowań "za 10 minut" ale nie widzimy nic co by nas interesowało. Marek zasięga języka - tak, podobno tu jest... ale gdzie? Wjeżdżamy w boczną uliczkę i... jest... Marek rozmawia z gospodarzami. Pokazują mu jedno z zabudowań. Marek wraca z uśmiechem,a le trochę krzywym i mówi, że jest ok i bierzemy. Motorki wjeżdżają do środka i parkują "w hallu". Już wiem skąd uśmiech. Za 35000 COP mamy agroturystykę pełna gębą. Telewizor działa, choć lekko śnieży, okno jest częściowo zabite dechami i w całości zasłonięte kilimkiem, a ja zaczynam się zastanawiać co mieszka w grubych kocach, które leżą na łóżkach. Za to fotele "w hallu" są funkiel nówki nieśmigane - częściowo jeszcze zafoliowane :) Nie wybrzydzamy, tylko bierzemy. Zapewne nie odbiega to od standardu, w którym żyją lokalesi (o ile nie jest lepsze!).







Przebieramy się w cywilne ciuchy i idziemy "na drogę" do jednego ze sklepików po piwo - tradycji musi stać się za dość. Kupujemy kilka puszek. Krótki spacer przypomina o tym, że jesteśmy wysoko - na ponad 3000 m n.p.m. Miejscowość, w której wylądowaliśmy to Letras, na granicy dystryktów Caldas i Tolima. W kwaterce odpalamy puszki i delektujemy się wieczornym piffkiem przy newsach z TV mówiących m.in. o koncercie Rolling Stones w Bogocie.



Pan gospodarz przynosi nam dwie butelki z gorącą wodą, mówiąc, ze to dla ogrzania stóp. Ja idę jeszcze pod prysznic - woda jest przyjemnie ciepła (ciekawy patent - mini ogrzewacz przepływowy zamontowany bezpośrednio na głowicy prysznicowej), choć łazienka wg mnie wymaga gruntownego posprzątania. Ale - nie takie rzeczy, nie marudzę, nie w takich warunkach się kąpałam ;)


Łóżko jest twarde, ale nie na tyle, żeby trzeba było kombinować z jakimiś kocami. Będzie chłodno w nocy, już to czuć, więc ubieram się w moje wełniane termociuszki i zagrzebuję w śpiworek. Niestety wzięłam taki nie za ciepły, z optimum przy 20 stopniach, a tu będzie sporo mniej. trzeba było wziąć puchowy. Po chwili, pomimo rozgrzewającej butelki, czuję, że mi zimno. Odrzucam niechęć do wszystkiego co może żyć w tutejszych kocach i nakrywam się dwoma. Czubek nosa i tak mi marznie, ale nie na tyle, żeby nie dało się zasnąć. Dobry znak - wysokość też mi nie przeszkadza w zaśnięciu...



Przejechane: 167,8 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2016-05-10, 21:30   

Kolumbia 2016 - Dzień 13 - Spacer w chmurach
10 marca 2016 - czwartek


Noc jest wyjątkowo zimna. Wychłodzone ściany powodują, że tym bardziej się to odczuwa. Od teraz nawet do "ciepłych krajów" będę zabierała cieplejszy śpiwór. Dwa koce, którymi się przykrywam dają radę. Udaje się dospać do 8:30! Chyba wczorajszy dzień dał się mocno we znaki, bo organizmy musiały się zregenerować. Okazuje się, że w kocach ani materacach nie mieszkały żadne krwiopijcze bestie, bo nic nie swędzi, ani nie ma żadnych oznak pogryzienia.W ogóle jeśli chodzi o robactwo to jest tu zupełny luz i spokój.

Na zewnątrz jest pełne słońce, więc idę sprawdzić widok. W końcu dojechaliśmy po ciemku, wśród błyskawic, więc ukształtowania terenu mogliśmy się jedynie domyślać. Oto więc jesteśmy w wioseczce niskich domków, przed nimi ogródki "jak nasze" z koniczyną, mleczami i stokrotkami, dwa pieski na łańcuchach, w tle góry i chmury. Słonko przyjemnie grzeje, więc łapię promienie studiując mapę. Mamy półtora dnia do wykorzystania.











Pakujemy się na motki i podjeżdżamy kilkaset metrów do głównej drogi. Tam w jednej z trzech knajp zamawiamy śniadanie. Kawa smakuje jak dwa rozpuszczone cukierki kopiko ;) Wystrój też jest ciekawy, poza eklektycznym umeblowaniem na ścianach wiszą "zdjęcia": Świętej Rodziny, Ostatniej Wieczerzy, krów, koni i World Trade Center z 11 września...



Przy drodze przed knajpką jest posterunek policji i jeden z policjantów pilnuje tam porządku czy ruchu czy cokolwiek. Ruszając spod knajpy lekko naginamy przepisy przejeżdżając przez podwójną ciągłą na skrzyżowaniu, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia.

Postanawiamy przejechać droga, którą odpuściliśmy wczoraj. Z głównej cofamy się kilka kilometrów w kierunku wulkanu. W sumie o tym nie wspomniałam, ale wczoraj, na tym odcinku zarówno Marek jak i ja mieliśmy uślizgi kół - na tym samym zakręcie - ja tylne, Marek przednie, ale bez nieszczęśliwego finału. Dzisiaj droga jest lepsza, suchsza i przede wszystkim - jest jasno. Odnajdujemy skręt na Termales. W sumie dobrze, że tu wczoraj po ciemku nie jechaliśmy, bo droga, która początkowo jest dobra, po chwili staje się wąska i szutrowo-kamienista.

















Ale co ciekawe - 7 km od drogowskazu jest... full wypas pięciogwiazdkowy hotel z basenem z ciepłą woda i innymi atrakcjami (można wygooglać Hotel Termales del Ruiz). Z jednej strony - szkoda, bo wczoraj był bliżej niż cokolwiek innego, gdybyśmy tu zjechali. Z drugiej strony - wtedy nie poznalibyśmy uroków lokalnej agroturystyki i szczękania zębami (w moim przypadku) w lokalnym przybytku i na pewno wydalibyśmy sporo więcej za nockę.



Droga zaczyna być naprawdę coraz bardziej odpowiednia dla hard enduro a nie piździków na 'łysych| oponkach. Żeby tylko nie złapać gumy... Są kamienie, strumyczki, błoto. Czasami droga jest podmyta lub zapadnięta, tak, że nie wiem jak tędy może przejechać jakikolwiek samochód. W dodatku są panowie "koszący dżunglę" - jakieś prace konserwatorskie zieleni, czy coś. Chwilę poniżej są panowie "sprzątający dżunglę" - czyli usuwający z drogi te chaszcze co ci pierwsi panowie wrzucili.























Wjeżdżamy na cywilizowaną drogę. Dla mnie znowu kończy się to prawie czołówką - z jeepem, który za szeroko wziął prawy zakręt i w zasadzie, mimo mojej prawidłowej pozycji w moim zakręcie, maksymalnie przy prawej krawędzi jezdni, jedynie hamowanie mogło mnie uratować. Pan z zapierdzielającego jeepa przejechał koło mnie bezrefleksyjnie.

Przejeżdżamy przez różne industrialne miejsca, by w końcu wbić się w Manizales. Tam znajdujemy punkt z sokami i ordynujemy sobie przerwę. Pani lekko myli soki, ale i tak jest ok. Każde z nas wciąga solidne smoothie zastępujące lunch.



Na wylocie z miasta tankujemy maszyny i kierujemy się na północ. Niestety kawałek trasy musimy zrobić "po własnych śladach" sprzed dziesięciu dni. Okolica jest standardowa: trzcina cukrowa, bambusy, banany, kawa.







Odbijamy w nieznana nam drogę. Stajemy na kawkę w małym miasteczku. Jest ciepło, więc wypinam membranę z kurtki. Błąd. Gdy oddalamy się nieco od miasteczka niebo zasnuwa się deszczowymi chmurami.





Bawimy się tak z deszczem w chowanego. Raz się ubieramy w przeciwdeszczówki, raz rozbieramy. jedziemy na granicy frontu i w zależności od tego, po której stronie góry jesteśmy to albo pada, albo nie. Choć jak na tutejsze warunki to ledwo mży (w Polsce by to był już solidny deszcz).











Dojeżdżamy do Aguadas i tu postanawiamy zostać na noc. Miasteczko ma superstrome ulice, które nawet strach przejeżdżać na jedynce, zarówno w dół, jak i w górę. nie mówiąc o zawracaniu na nich...

Udaje się znaleźć hotel, ale nie ma parkingu. Niby pani z recepcji tłumaczy jak skorzystać z takiego "zaprzyjaźnionego", ale tam odprawiają nas z kwitkiem, więc szukamy na własną rękę. Kluczymy po stromych ulicach i w końcu udaje się coś znaleźć - przy innym hotelu. Pan właściciel chyba nie kuma, ze my chcemy tylko parking, więc prowadzi nas jeszcze do hotelu i pokazuje pokój. Nie, my tylko parking,.. I wtedy zaskakuje - nie ma problemu (choć widać, ze jest lekko zawiedziony), tylko żeby nie blokować kierownicy. nie dostajemy żadnych kwitów. I w sumie zastanawiamy się czy motki jutro będą,..

Wracamy kilkaset metrów do naszego hotelu, po czym idziemy w miasto. Najpierw trzeba coś zjeść. Zaczynamy od frytek i kiełbasy. Potem trzeba dojeść w innym miejscu - więc podudzia z kurczaka. A potem deser - drożdżówki i/lub soki.

Łazimy przez chwilę po mieście - przed posterunkiem policji widzimy wieli posąg policjanta-anioła stróża za skrzydłami otaczającymi dziecko. W miasteczku są też super wielkie tzn długie schody. Na całą długość ulicy. Wspinamy się po nich, zęby rozruszać nogi i spalić jedzenie. Po drodze trafiamy na siedzącą na nich ćmę wielkości dłoni.



Potem siadamy na murku na głównym placu, obserwując, do której z knajp chce nam się iść na wieczorne piwo. W końcu wybieramy knajpę na pięterku z widokiem na plac. I na jednego dużego GSa, którym ktoś podjeżdża pod stragany z żarciem jak do "drive thru"

Czas się zbierać. To ostatnia normalna noc w Kolumbii. Następna to będzie autobus, kolejna - samolot, więc porządne łóżko czeka dpoiero po powrocie do domu.


Przejechane: 180,3 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2016-05-15, 18:03   

Kolumbia 2016 - Dzień 14 - Przegapiony autobus
11 marca 2016 - piątek



Poranek to klasyka gatunku - pobudka, w miasteczko na śniadanie (coś na słodko i soki) i pakowanie. W międzyczasie jeszcze odwiedzamy dilera Yamahy i wypytujemy o motki, ceny i inne informacje. "Większe" motki i bardziej znane marki kupuje się w dedykowanych salonach. Natomiast mniejsze peirdziki widzieliśmy tu w sklepach AGD, wciśnięte między pralki a lodówki. Dodatkowo przymierzam jeszcze kilkanaście kapeluszy, by ostatecznie nie kupić żadnego. Niestety te fajne, kolumbijskie są drogie, duże i niewygodne w transporcie. Te mniejsze za to są pospolite i widziałam nawet w kilku wszyte metki "made in China". Odbieramy motorki z parkingu - bez problemu, właściciel nas bez problemu poznał, z szerokim u śmiechem gromkim "Polakkoooo!!!" Przejeżdżamy pod nasz hotel. Jest to wąska i stroma uliczka z zakazem zatrzymywania się. Motorki nie robią problemu, natomiast jakiś bogatszy lokales przed nami zaparkował szerokiego jeepa. Przez to kilka ciężarówek i autobusów ma spore problemy z przejazdem. Ostatecznie obywa się bez uszkodzeń, agresji/klaksonów czy też wzywania "straży miejskiej" Oni się tu też średnio przejmują takimi rzeczami.

Czuć już koniec wyjazdu. Gdzieś w głowie tli się myśl, że to koniec, że trzeba wracać, że jeszcze dwie "nieprzespane" noce i kierat od nowa. Z każdym porannym kilometrem ta myśl staje się coraz głośniejsza. Do Medellin nie mamy daleko, ale znowu nie jedziemy najłatwiejszą drogą. Po drodze ostatni raz wpatrujemy się w plantacje kawy, bananów i bambusowe "lasy".





















Niestety musimy się w bić na główną drogę. Asfalt jest równiutki i czarny, ale podróż wcale nie mija szybciej. Główne drogi to większy ruch, ciężarówki i remonty, objazdy i ruch wahadłowy. W jednym miejscu utykamy na dobre pół godziny. Jest ciepło, więc tym bardziej czuć smród pojazdów.





Przed Medellin zaczynają tworzyć się korki. Wyprzedzanie ciężarówek nie zawsze jest możliwe. Kluczymy jak tylko się da, ale nie zawsze się da. Marek raz lekko obrywa drzwiami omijanego samochodu, ale nic złego się nie dzieje.

Ruch w Medellin jest jak w każdym mieście dość... intensywny. Na szczęście drogę mamy prostą, choć nawigacja każdego z nas po wklepaniu tego samego adresu pokazuje inną trasę i inne miejsce docelowe. Jedziemy na nawigację Marka. Udaje nam się nawet pogubić, gdy on znika za jakąś ciężarówką, a mnie nie udaje się już wykonać żadnego manewru i tkwię zblokowana między pojazdami. No pięknie. Nawet nie wiem gdzie jechać, nie mamy ze sobą kontaktu przez interkomy, mogę próbować dzwonić na komórkę, ale to będzie i tak grubsza operacja, bo wymaga tego, żeby każde z nas zatrzymało się gdzieś w bezpiecznym miejscu. Gdy tak rozmyślam co tu zrobić i lawiruję między autami, dostrzegam Marka na mojej wysokości dwa pasy w lewo (albo dwa "międzypasy", bo jedziemy między autami). Uff, udaje nam się znowu wbić jedno za drugim i jedziemy. Nawigacja pokazuje, że prawie jesteśmy u celu, ale okolica wygląda raczej nie tak jak powinna. Zamiast spokojnej dzielnicy mamy tu "typowe małe miasteczko". Pod wskazanym przez navi adresem Carrera 80 nie ma absolutnie nic, co by przypominało miejsce, z z którego braliśmy motki. Zatrzymujemy się, żeby ustalić gdzie jechać, bo wyniosło nas na jakieś północne rubieże miasta Wbijamy do Marka koordynaty z mojego zumo i umawiamy się, że jak znajdziemy gdzieś myjnię, to umyjemy motki, żeby Harry nie marudził, że jeździliśmy po jakimś nieodpowiednim dla tych motków terenie. W końcu to nie enduro, żeby jeździć offem... taaa...

Jak na złość nie ma nigdzie myjni, więc gdy dojeżdżamy do celu (tym razem okolica się zgadza) stajemy na coś do zjedzenia. Trafiamy na jakiś vege-hipster-slow-food-bar więc ceny duże a porcje małe, w dodatku bez mięcha, za to z kolendrą, więc nie najadam się szczególnie, za to Marek znowu zgarnia kawałek mojej porcji. Niedługo później jesteśmy już pod kliniką weterynaryjną i rozpakowujemy bagaż z motków. Trzeba jeszcze odkręcić wszystkie "systemy", udoskonalenia i zgraźniacze, więc trwa to dobry kwadrans. Harry z uśmiechem na nas patrzy i nawet nie komentuje czystości motków. Odparkowujemy je do garażu i przebieramy w cywilne ciuchy. Oczywiście trzeba się teraz przepakować i dopakować to, co zostało u Harrego na przechowaniu. Oddajemy mu dokumenty, a on nam kaucję.



Jest przed 17:00, autobus mamy o 20:00, więc Harry zaprasza nas do baru na rogu na pożegnalne piwko. Okazuje się, że to taki sklepo-bar, ze wszystkim i niczym, prowadzony przez znajomego Harrego, Mauricio. Klientela to też sami znajomi, więc co chwilę ktoś się do nas dosiada. Harry opowiada nam o sobie, o Kolumbii, jak tu trafił. Opowiada historie ludzi, którzy przewijają się przez nasz stolik. Jedno piwko zamienia się w dwa, trzy, pięć, w przypadku Marka zamienia się w rum, najpierw zwykły, potem taki ośmino- czy dziewięcioletni. Harry stawia.





Jest super wesoło, ciepło i przyjemnie, ściemnia się i coraz bardziej zbliża się czas odjazdu. Harry "przekonuje" nas, żebyśmy pojechali kolejnym autobusem o 22:00. Tak też robimy. Około 21:00 podjeżdża taksówka i zabiera nas na dworzec. Osiem piwek (oczywiście 0,33 L) w moim przypadku i nie wiadomo ile i czego w przypadku Marka, powoduje, że przejazd taksówką jest wyjątkowo śmieszny, a kupowanie biletów sprawne jak nigdy.



Przy pakowaniu się do autobusu dostaję kwitek na bagaż z moim ulubionym numerem. Obsługa dworca plombuje drzwi, pani z obsługi nagrywa wygląd wszystkich pasażerów kamerką i jedziemy. Zakrętami go Bogoty.


Przejechane: 148 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2016-05-16, 21:03   

Kolumbia 2016 - Dzień 15 - Złota Bogota
12 marca 2016 - sobota



W autobusie nie mam problemów ze spanie, ale budzę się kilka razy i wtedy patrzę w okno. Jazda to rollercoaster - same zakręty, które autobus pokonuje na pełnej prędkości. Chyba lepiej spać i tego nie widzieć.

Do Bogoty docieramy około 8:20 rano. Warto by coś zjeść, więc po odbiorze bagażu i przedarciu się przez policyjną kontrolę na wejściu na dworzec siadamy w jednej z knajpek na tradycyjne śniadanie: soki, lurowatą dworcową kawę i jajecznicę. Ciekawe kiedy po powrocie zjem jakieś jajka.

Fajnie by było wziąć prysznic, bo wczoraj nie było okazji. No i da się - na dworcu sa prysznice i za 6500 COP dostaje się nielimitowany dostęp do (nawet czystej) łazienki z ciepłą wodą i do tego zestaw kosmetyczny - szampon, mydełko, szczoteczka i pasta do zębów, ręcznik i klapki (własne jednak lepsze, bo te są takie flizelinowe i i tak się "stoi na podłodze" stopami)

Do odlotu mamy sporo czasu, więc nadajemy bagaże do przechowalni (mam nadzieję, że bezpiecznej, ale wydaje się, że tak, bo spisują dane z paszportu, żeby potem na jego podstawie je wydać) i łapiemy taksówkę żeby pojechać do centrum. Na wstępie pytamy ile mniej więcej wyniesie kurs. 13000 COP. OK, prawidłowo, jedziemy. Po drodze taksiarz podjeżdża jeszcze podpompować sonie koła do wulkanizatora. Potem kluczy po centrum i podwozi nas nie pod to muzeum, co chcemy. W końcu udaje mu się trafić do celu, ale życzy sobie 40000 COP. I nie, nie jest to nasz błąd w zrozumieniu 13 - 30 tysięcy, żeby te 40 było "z grubsza" uzasadnione. Dyskutujemy z nim przez chwilę, liczymy kasę, bo mamy jej już trochę na styk, żeby było za co wrócić i jeszcze pojechać na lotnisko. I coś zjeść. Gość jest nieustępliwy i coraz bardziej agresywny werbalnie. Ponieważ znamy różne opowieści (do tej pory niepotwierdzone doświadczeniami, ale zawsze musi być ten pierwszy raz), nie chcemy, żeby gość nas przekonywał bronią, więc g mówimy, że zapłacimy 30000 COP, gość ochoczo przystaje (na tyle ochoczo, że potwierdza się że to kant) i ulatniamy się z taxi. Przepłaciliśmy. Daliśmy się naciąć. Ostatniego dnia! Jest niesmak. Ale sami jesteśmy sobie winni, dopiero teraz zauważamy, że owszem, jest to żółta taksówka, ale nie ma wszystkich oznaczeń, a gość nie włączył taksometru.



Na szczęście, wejście do Muzeum Złota kosztuje mniej niż dolara (3000 COP). Oddajemy się więc zwiedzaniu. Ilość złota w muzeum jest imponująca. Jak dodać do tego wszystko co zostało zrabowane, wywiezione, zniszczone, to robi się z tego naprawdę dużo. I niektóre eksponaty tak misternie wykonane, że ciężko uwierzyć, że zrobione prymitywnymi narzędziami. Sporo daje tez do myślenia przedstawienie na osi czasu co działo się kiedy na którym kontynencie. Gdy w Europie ganialiśmy w skórach z dzidami po lasach, w Ameryce południowej cywilizacje miały już wysokie osiągnięcia.

Tu jest złoto:





A eksponaty są mniej więcej takie:























Bhutan?







Jar Jar Binks ;)











































































Po zwiedzeniu trzech pięter muzeum i sklepu z pamiątkami (gdzie Marek kupuje prezent dla córki, ale nie może znaleźć karty kredytowej, którą wczoraj w stanie podwyższonego humoru płacił za bilet autobusowy, więc wspólnymi siłami płacimy gotówką) czas na powrót na dworzec. Najpierw jednak zahaczamy o sklep. Marek zanabywa polecany przez Harry'ego rum i herbatkę z suszonych liści koki. sprzedawaną tu jako herbatkę ziołową. Na ulicy łapiemy taksówkę. Korki są niemiłosierne, facet przegapia jeden zjazd i robi kółeczko tuż przed dworcem,a le cena jest normalna - 13000 COP. Marek w międzyczasie przeszukuje internet próbując odpowiedzieć na pytanie, czy herbatka jest legalna do przewiezienia - tu produkt jak najbardziej niepodejrzany, ale "u nas" może nie być normalnie pod tym względem)

Odbieramy bagaż - wygląda na nienaruszony. choć koniec z nieprzemakalnością toreb i plecaka - kwitki bagażowe przymocowali zszywaczem, więc pojawiły się dziurki :( jakby nie mogli przymocować do parcianych pasków :( Łapiemy kolejną taksówkę (choć trwają negocjacje co do ceny, w końcu staje na 15000 COP, co jest ceną potwierdzona z informacja turystyczną na dworcu jako realna) i łapiąc wiatr przez otwarte okna małego autka jedziemy an lotnisko.

Tam zanim się odprawimy czy nadamy bagaż robimy jego przegląd - czy nikt nic na m nie podrzucił. Więc trzeba wszystko wypakować, sprawdzić i zapakować. Pewnie nadmiar ostrożności, ale lepiej w tę stronę. Wszystko wygląda OK. Nawet przechodzi koło nas piesek lotniskowy i nie wykazuje zainteresowania, więc chyba jesteśmy "czyści". Marek idzie się odprawić, ja to robię przez net. Potem idę nadać bagaż i spotykamy się za kontrolą bezpieczeństwa. Jest wszystko OK. Jest jeszcze chwila czasu, więc idziemy coś zjeść. Przeliczamy fundusze i stać nas na jednego hamburgera z frytkami i dwa napoje. Dzielimy się więc ta porcją śmieciowego jedzenia.

Na Marka już czas, więc żegnamy się "polecając się na przyszłość". Do mojego wylotu jest jeszcze godzina z hakiem, więc włóczę się tu i tam. Potem, przy boardingu gubię kartę pokładową, ale jeden gość z kolejki widząc moje nerwowe ruchy kuma o co chodzi i po chwili skądś przynosi mi moją kartę.

Lot nie jest w linii prostej do Europu - jest jeszcze międzylądowanie w Cali, czyli najpierw muszę się oddalić, żeby wrócić. Podróż mija spokojnie, pod znakiem "The Hunger Games" - oglądam dwie ostatnie części i idę spać. Jeszcze tylko lądowanie w Amsterdamie, kilka godzin kiblowania na lotnisku, bo nie chce mi się go opuszczać na wizytę w centrum i wieczorem jestem w Polsce. W międzyczasie Marek nadaje, że jest w Lizbonie, skąd w poniedziałek rusza do Polski (ma więc jeszcze do pozwiedzania stolicę Portugalii). Przy okazji melduje, że z herbatką nie miał tu żadnych problemów, ale znalazł wiarygodne źródło, że w Polsce jest to nielegalne i trafia się za to za kratki, w związku z tym przeżuł większość, resztę wyrzucił. Jak określił "działanie lekko orzeźwiające" ;)

Z lotniska odbiera mnie mama, jak zwykle dbając o zaprowiantowanie mojej lodówki i świeże kwiaty (tym razem tulipany) na powitanie, żeby przyjemniej wracało się do codzienności. Gadamy jeszcze przez chyba dwie godziny, bo na gorąco dzielę się tym jak było. Koło drugiej w nocy z niedzieli na poniedziałek idę spać. Od rana wpadam w tryby codzienności...
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2016-06-15, 20:50   

Kolumbia 2016 – Epilog

W Polsce jest teraz mniej więcej tak zielono jak w lutym w Kolumbii. Popołudniami lubi też popadać, więc to dobry czas na napisanie krótkiego podsumowania.

To było zawsze moje marzenie. Pojechać do Ameryki Południowej. Kiedyś myślałam, że będzie to standardowy plecakowy wyjazd, i w dodatku do zupełnie innego kraju na tym kontynencie. Ale wyszło jak wyszło - motocyklowo w Kolumbii. Nie wiem czego się spodziewałam po tym wyjeździe - jechałam w zasadzie bez oczekiwań. Wiedziałam, że są góry, zakręty i dżungla. Że może być ciekawie. I na pewno tak było!



Bezpieczeństwo

To była główna obawa - czy tam jest bezpiecznie? Obiegowe opinie o Kolumbii są niezbyt pochlebne - że porywają, że rabują. Że gangi, że guerrilla. Że miny. Że narkobiznes. Że łatwo znaleźć się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu i tego pożałować Przeglądając blogi i opisy wyjazdów wiedzieliśmy, które regiony są bardziej ryzykowne, które mniej. Oczywiście trasa zakładała wizytę w tych bardziej szemranych. Ale wiedzieliśmy które główne drogi omijać (np 37) i że najlepiej nie poruszać się po zmroku. Oczywiście mieliśmy przejazdy po ciemku, również w pojedynkę i po regionach, gdzie jet to szczególnie odradzane (Cauca, Huila). Ale też zapuszczaliśmy się w dróżki o całkowicie nieznanym statusie i być może któreś z nich powinny być omijane szerokim łukiem. W Bogocie policja powiedziała, gdzie mamy się nie zapuszczać - i tego nie zrobiliśmy. Naoglądaliśmy się na YT wystarczająco dużo filmików z Bronx Bogota i nie chcieliśmy kusić losu. Widać wszędzie bardzo dużo policji i wojska. Często są porozstawiani po drogach i kciukiem uniesionym w górę sygnalizują kierowcom, że droga jest bezpieczna. Ludzie najczęściej byli bardzo mili i jeśli gdzieś luźno podchodziliśmy do kwestii np. pilnowania aparatu fotograficznego w knajpie, to ktoś nam o tym przypominał pokazując, że powinniśmy zwiększyć czujność.

W każdym razie - nie było ani jednej sytuacji kiedy czułabym się zagrożona, albo chociaż nieswojo w kwestii bezpieczeństwa. Uważam, że standardowe środki ostrożności w zupełności wystarczają. Wiadomo - kasa i karty w bezpiecznych miejscach (moja rezerwowa karta płatnicza schowana pod wkładką w prawym bucie moto się nieodwracalnie wygięła, a druga przestała działać zbliżeniowo), ostrożność w zatłoczonych miejscach i nie pchanie się tam gdzie nie trzeba. Tak samo jak w każdym innym miejscu na świecie.

Drogi i jazda

Drogi w Kolumbii są... dobre. I ile są asfaltowe. Bo część to szutrówki, ale one też są dobre. Za to wszystkie są pozakręcane jak paragraf i trzeba wziąć na to poprawkę przy planowaniu trasy i czasu przejazdu. Główne są często zatłoczone, głównie za sprawą ciężarówek i busów, które są głównymi filarami transportu towarów i ludzi. Ruch jest prawostronny. Fantazja kierowców w zasadzie nieograniczona - wiele chwytów dozwolonych. Znaki drogowe są nieco inne niż "u nas: okrągły, biały z czerwoną obwódką z dwoma autkami obok siebie oznacza że można wyprzedzać - przekreślony - że nie można. Przekreślone - zabronione. Znaki informujące o zakrętach są szczególnie urozmaicone - doskonale oddają profil tego co przed nami - czy jeden, czy kilka, czy łagodne, czy ostre, czy może bardzo ostre i w którą stronę. Ograniczenia prędkości są, ale raczej liberalne i chyba ani razu przez nas nie przekroczone. Mimo tego jeździć należy odważnie, czego uczyliśmy się przez pierwsze dni (w Polsce trzeba się tego było oduczyć ;)) Wyprzedzanie zdarza się od dowolnej strony, a w miastach każdy wykorzystuje maksymalnie całą dostępną przestrzeń, niezależnie od namalowanych znaków poziomych. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni i nikt nie trąbi na nikogo, że ten mu się wepchał. Motocykliści po zmroku muszą jeździć w odblaskowych kamizelkach, a na kaskach musza mieć naklejony numer rejestracyjny motocykla. W wielu miasteczkach na jednym motocyklu nie może jechać dwóch mężczyzn. Niemotocyklowi turyści mogą się przemieszczać na dalekie dystanse autobusami (polecam nocne) oraz samolotami.



Motocykl

Bajaj Discover 150 ST to rodzima kolumbijska produkcja na indyjskiej licencji. Motek śmieszny, lekki, ale przez to zwinny i idealny na tamtejsze zatłoczone miasta. Nie wyobrażam sobie manewrowania po stomych ciasnych uliczkach ciężkim sprzętem, więc taki "skuter" był idealny. Oczywiście pojemność150 ccm i 14 koni mechanicznych nie powala, więc czasami dało się zauważyć brak mocy (zwłaszcza przy wyprzedzaniu ciężarówek). Ale dzięki temu, że jazda musiała być spokojna, to motki paliły tyle co nic (jakieś przykładowe spalanie jakie zanotowałam to 1.25 gal na 250 km, czyli mniej niż 2 L na 100 km, a właśnie, na stacjach tankuje się w galonach i ceny paliwa też są podane za galon). Mimo iż nie był to motek do jazdy offroadowej (małe kółka, szosowe opony, "brak zawieszenia") bardzo dzielnie spisywał się w miejscami trudnym terenie. Co ciekawe - nie mieliśmy żadnej awarii, żadnej gumy, żadnej odkręconej śrubki - absolutnie nic!
Swoją drogą o wynajem motocykli w Kolumbii nie jest łatwo. Oczywiście jest sporo wypożyczalni, które mają sprzęty typu BMW 650 GS, ale to wydatek 100 dolarów dziennie, plus dodatkowe koszty typu ubezpieczenia itp. My celowaliśmy w coś tańszego, więc pozostawała klasa 200. Najpierw ugadywaliśmy motki z wypożyczalnią w Bogocie, ale była słabo kontaktowa, więc pojawił się temat Medellin i Harry, który rzeczowo, po europejsku, podszedł do tematu.



Jedzenie

Po pierwsze jest tanie - dwudaniowy obiad to średnio 6000 COP, czyli mniej niż dwa dolary. A porcje są ogromne! Jedzenie jest bardzo sycące - jajka, mięcho, fasola, ryż, smażone platany, placki z kukurydzy. Uderza brak warzyw - czasem pojawia się pomidor z cebulą w minimalnych ilościach. Popularne są uliczne stragany, gdzie porcja jedzenia - mięsko, kiełbasa, kukurydza, arepa z nadzieniem - to 2000 COP. Kubek owoców - 1000 - 2000 COP w zależności od wielkości. Piwo (małe) to 3000 COP (1 dolar), dzbanek 0.7 L świeżego soku to 3500 COP (z dodatkiem mleka ciut droższe). Dodatkowo dostępne są wszelkie słodkości - ciastka. Rozbudowana jest kultura jedzenia na zewnątrz. Na pewno nie można tu umrzeć z głodu!





















Mocno rozczarowała mnie kawa. Kolumbia to 3 na świecie producent kawy, ale ta dobra idzie chyba na eksport, bo przeciętna kawa smakuje gorzej niż przeciętnie - słaba, bez aromatu, przesłodzona. nie tak wyobrażałam sobie Cafe de Colombia ;)









Inne inności

Nie było żadnego robactwa - nic nie łaziło po podłogach czy ścianach ani nawet kocach w zabitej dechami wiosce. Jedynie kilka komarów dało się we znaki, ale to naprawdę nic (można było sobie darować malarone czy inne specyfiki)
Kolumbia wygląda jak Europa/Polska w latach '90 jeśli chodzi o stopień rozwoju (taki dostrzegalny na co dzień, bo oczywiście są super nowoczesne miejsca np. w Bogocie, ale ogólnie jest tak "swojsko klimatycznie jak niedawno było u nas".

I najważniejsze - towarzystwo :)

Po raz kolejny pojechałam "w ciemno" tj. niezbyt dobrze znając towarzysza podróży, bo spotkaliśmy się tylko raz na kilka dni na Folkowisku w Gorajcu. Wg mnie to był strzał w 10! W zasadzie mieliśmy podobne wymagania, oczekiwania co do standardu noclegów, wyboru trasy, tempa jazdy, ilości postojów na fotki. Tam gdzie się minimalnie różniliśmy wypracowywaliśmy rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony. Nie były dla nas problemem niewygody jak np. hałaśliwy hotel (bo innego nie było) czy spanie w "agroturystyce". Marek dzielnie znosił moją nieznajomość języka i tłumaczenie mi menu w knajpach, dopóki nie przyswoiłam podstawowych słów, żebym sama mogła zamówić żarcie czy soki (problem był tylko w tedy gdy następowały dodatkowe pytania ;)) Nie było żadnych spięć, żadnych zgrzytów. I jeśli kiedyś nadarzy się okazja i Marek nie będzie miał nic przeciwko ;) to zgłaszam się na kolejny wyjazd w tym składzie :)





Kilka informacji praktycznych:

Wiza jest niepotrzebna. Warto mieć międzynarodowe prawo jazdy, ale nie jest to konieczne.
Nie ma żadnych obowiązkowych szczepień, jedynie zalecane. Z Zika i tak niewiele można zrobić ;)
Podstawowa znajomość hiszpańskiego ułatwia życie :)
Oferta noclegowa jest bardzo szeroka i łatwo dostępna. Ceny bardzo przyzwoite, standard również, wszędzie jest czysto.
W ogóle ceny są bardzo przystępne, zwłaszcza jeśli chodzi o artykuły dla nas "egzotyczne" jak np fantastyczne owoce czy świeże soki. Stosunkowo droga jest woda butelkowana (0.5 L za 1500 COP), ale generalnie jest taniej niż w Polsce.
Warto mieć dolary i wymieniać je w kantorach na lotniskach czy dworcach. Transakcje kwituje się odciskiem palca.
Taksówki należy brać tylko "żółte" ze wszystkimi numerami bocznymi, przed kursem najlepiej sprawdzić orientacyjną cenę przejazdu i upewnić się, że taksometr jest wyzerowany.
Kolumbia ma porę suchą i deszczową, więc jeśli ktoś nie lubi jak mu mokro powinien wziąć to pod uwagę.
Należy mieć na oku swój bagaż - żeby nikt nie dopakował do niego czegoś co jest nieautoryzowane do przewozu.




Podsumowując - Kolumbia ma dużo gorszą sławę niż na to zasługuje i naprawdę warto rozważyć ją jako cel podróży, zanim stanie się turystyczna i modna. A motocykle, na jakich dane nam było podróżować pokazują, że czasami nic więcej niż motocykl klasy 150 nie jest potrzebna - i nie musi być to ociekające akcesoriami super extreme adventure pro enduro, żeby dać mnóstwo frajdy i pozwolić dojechać do miejsca "na końcu świata".



W sumie przejechane 2181,1 km.










PS. Pak ktoś nie oglądał - polecam serial Narcos o działalności El Patrón.

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
lepko 

Motocykl: Nie mam BMW F800GS (jeszcze)
Rocznik: 2009
Dołączył: 15 Lut 2015
Posty: 63
Skąd: Planet Earth
Poziom: 6
HP: 0/104
 0%
MP: 49/49
 100%
EXP: 12/14
 85%
Wysłany: 2016-12-20, 21:34   

Graty, fajna wyprawa - ja też myślę o Ameryce Pd i stąd też pytanie, bo zapomniałaś zamieścić jedną ważna informację - ile Cię to wszystko kosztowało :)
_________________
F650GS 09'
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2016-12-25, 17:19   

Nie zapomniałam :) po prostu nie napisałam ;) całość zamknęła się w 6500 PLN (z czego 3500 to bilet lotniczy, a reszta to głównie koszt wypożyczenia moto - 35 USD dziennie)
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 38
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 352
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 21/41
 51%
Wysłany: 2017-01-02, 17:09   

Opowieści z Kolumbii będzie można posłuchać w lutym 2017.
Szczegóły tu:

http://www.radiator-motot...ocyklowe-narol/

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,27 sekundy. Zapytań do SQL: 11