BMW F800GS - FORUM  Strona Główna BMW F800GS - FORUM
Forum użytkowników motocykli BMW F800GS

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
Tylko dla Orlic - Kirgistan po babsku (2017)
Autor Wiadomość
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 339
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 8/41
 19%
Wysłany: 2017-11-05, 15:57   

Kirgistan 2017 - Dzień 13 - Bez hamulców
09 sierpnia 2017 - środa


Poranek jest bardzo spokojny i atmosfera w "kurorcie" niczym nie przypomina tej z poprzedniego popołudnia i wieczoru. Można jeszcze raz, na spokojnie, przyjrzeć się surowemu krajobrazowi.

Śniadanie jest hitem. Przed każdym ląduje talerz, a na nim 5-6 jajek sadzonych. Do tego chleb i herbata. Na bogato. Nawet kot nie może przejeść tego czego my nie możemy przejeść. Powoli pakujemy bagaże i wsiadamy na motocykle. Już jest gorąco, a dzień się jeszcze dobrze nie zaczął.









Na początek wracamy do miasta, żeby zatankować i zrobić zakupy. Na shopping jakoś nikt się nie zgłasza, więc mimo, że nie jest to moja ulubiona czynność, towarzyszę Oli. W sklepie jest dość ciekawy system - każde stoisko ma swoją a kasę - za pieczywo płacimy na dziale z pieczywem, za makarony i inne takie na kolejnym dziale dotyczącym jedzenia, a za ogórki - na dziale chemiczno-przemysłowym ;)



W końcu możemy jechać. Na początek wspinamy się szutrowymi drogami na przełęcz na wysokości 3200 m npm. Droga jest długa i kręta. Niestety musimy ją dzielić z ciężarówkami, które, choć jadą głównie z przeciwka, wzbijają wielkie tumany kurzu. Co gorsza, często jada jedna tuż za drugą, albo się wyprzedają, więc ocieram się o kilka czołówek. Zresztą nie tylko ja, bo inne dziewczyny mają podobne doświadczenia z tego odcinka.







Ostatni kawałek to podjazd serpentynami, już bez ciężarówek, więc można się delektować krajobrazami i jazdą. Na górze czekamy na delicę.



























Jak się wjechało, to trzeba zjechać. Na jednym z zakrętów zbieram przewróconego GaGatka. Luźne podłoże nie ułatwia sprawy.









Grupa zbiera się w dolinie, przy wielkich zaspach brudnego śniegu. Wtedy orientuję się, że... nie mam aparatu fotograficznego. Musiałam go zgubić gdzieś na górze, albo po drodze. prędzej gdzieś na górze. Nie bardzo chce mi się wracać, zwłaszcza, że to kawałek niełatwej drogi, nikt ze mną jakoś się nie spieszy, żeby pojechać, a jak wyglebię gdzieś a zakręcie, to będę się zbierała godzinę. No trudno... inni będą mieli jakieś fotki.





















Znowu mam więcej szczęścia niż rozumu, bo dojeżdża do nas Ewa i... ma mój aparat! Leżał na przełęczy, w miejscu, gdzie parkowałam motocykl.





Jedziemy dalej. Dolina płynie rzeka, na której są mostki, ale o ograniczonym tonażu, więc o ile motocykle przejeżdżają bez problemu, o tyle delica chyba musi każdy mostek objeżdżać brodem...

Jedziemy pojedynczo, czekając na siebie na rozjazdach. Zbliżamy się coraz bardziej do cywilizacji. Pojawiają się znaki drogowe i inni użytkownicy drogi. Jeden z nich o mało co nie kasuje mnie na zakręcie, który bierze mocno za szeroko. Udaje mi się uciec, ale jest "o włos". Potem jeszcze dzieciaki z wioski rzucają w motocykle kamieniami. Świetna zabawa...







W końcu zaczyna się asfalt i po chwili widzę kilka "naszych" motków zaparkowanych przy drodze. Tu zatrzymujemy się na lunch. Wciskam hamulce i... nic się nie dzieje. Klamka pod prawą ręką wpada głęboko, czuję, że działa tylko tylny hamulec... Zatrzymuję się dużo dalej niż zamierzałam. Wciskam klamkę hamulca jeszcze raz i drugi - za miękko. Zsiadam z motocykla i patrzę na hamulec w przednim kole. Zaraz, coś tu nie wygląda tak jak powinno. Czegoś brakuje... Brakuje klocków!. Gdzieś na odcinku od ostatniego zatrzymania przy rozjeździe zgubiłam klocki hamulcowe... Usterka niemożliwa, a jednak...

No nic, zajmiemy się tym po obiedzie, który jemy w altankach pod drzewami.



No i czas na dalszą jazdę. Niestety o ile są klocki, to nie ma spinki. Takie coś się nie zdarza, więc i się takiej części raczej nie wozi. Coś trzeba będzie dopasować, ale to nie teraz. Sambor zabiera mi motka, dla bezpieczeństwa, a ja dostaję XTka (pierwotnie Gosi, ale Gosia teraz przejęła XL po Anecie). Motek fajny, bo niski. Ale... trzeba go kręcić żeby jechał, a nawet wtedy w porównaniu z DRZ nie jedzie. Ciągłe odkręcanie manetki gazu jeszcze bardziej sprawia, że drętwieje mi prawa ręka. Pojawia się wkurzenie, smutek i czarne myśli, że właśnie skończył mi się wyjazd.



Docieramy do Besh-Aral, parku narodowego, gdzie mamy spędzić noc. Pojawia się jednak problem. Tzn. pojawia się facet w dresie i czapeczce z daszkiem na koniu i mówi, że jest z Policji i bierze nas na posterunek. Jest to strefa przygraniczna, a Kirgistan i Uzbekistan nie za bardzo się kochają. Na posterunku oczywiście robimy furorę - wszyscy mundurowi przewieszają się przez ogrodzenie, żeby przyjrzeć się grupie kobiet na motocyklach - pewnie dawno czegoś takiego nie widzieli...







Koleś w dresie zabiera nam paszporty i nasze permity na poruszanie się w strefie przygranicznej (co prawda chodzi o granicę z Chinami, ale permit to permit). Po godzinie mamy dokumenty już z powrotem, ale jest problem... Nie chodzi o datę urodzenia Bawarki, ani o to, że to nie ta strefa przygraniczna. Problemem jest to, że na permicie Asi jest pieczątka do góry nogami, więc trzeba było wykonać serię telefonów do szefów szefów i zapytać co z tym fantem zrobić... Więc w efekcie mamy się stąd zmywać i to szybko. Udaje nam się jednak uzyskać pozwolenie na nocleg w okolicy (ale nie mniej niż 3 km od tego miejsca) ale rano mamy się oddalić. Odjeżdżamy więc i szukamy noclegu. Nie jest to takie proste, ale w końcu udaje nam się znaleźć polankę nad strumieniem, co prawda przebiega przez nią droga, ale miejmy nadzieję, że nie uczęszczana, a na ziemi są miliony kozich (chyba) bobków, a po chwili wiemy że jest to też trasa spędu krów.



Ja mam totalny dół, boli mnie zdrętwiała ręka i jakoś nie mogę znaleźć radości w byciu tu i teraz. Może jutro będzie lepiej...


Przejechane: 222 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 339
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 8/41
 19%
Wysłany: 2017-11-09, 21:51   

Kirgistan 2017 - Dzień 14 - Podwójna kąpiel
10 sierpnia 2017 - czwartek


Noc jest słaba. Prawa ręka drętwieje mi nawet podczas snu...
Zgodnie z żądaniami mundurowych szybko (w miarę) zwijamy się z miejsca obozowiska. Moja koza co prawda ma już prowizoryczną spinkę i nowe klocki, ale okazuje się, że nie mamy płynu dot 4 na stanie, więc dalej lekka lipa z przednim hamulcem. Dzisiaj znowu ujeżdżam XTka. Co prawda ma nowy filtr powietrza i pewnie kilka koni więcej, ale dalej wg mnie prowadzi się do dupy bo trzeba mocno odkręcać manetkę gazu.

Na podjazd pod jedną z przełęczy zamieniam się z Olą i jadę KTMem 690 Enduro. Ten z kolei na ruch manetki gazu reaguje aż za dobrze. Trzeba uważać, bo kostka na tylnej oponie jest już mocno wytarta, więc nie zawsze trzyma się nawierzchni.







Na przełęczy dostaję wsparcie medyczne - diclofenac i zabandażowanie ręki - może pomoże.





Niestety nie bardzo pomaga. Przesiadłam się znowu na yamahę i ręka bardzo dokucza. do tego stopnia, że opanowuję trzymanie manetki gazu lewą ręką... Jedziemy dnem doliny, widoki są super. Jest tam trochę innych pojazdów i jeden z nich, na rosyjskich rejestracjach, ma jakąś misję parcia do przodu. Do tego stopnia, że prawie mnie kasuje wyprzedzając od prawej na zakręcie. Humor znowu mam bardzo kiepski i ta sytuacja powoduje że chce mi się płakać.

Dojeżdżamy do jeziora, na przystanku czekamy na całość ekipy. Ola rzuca pomysł, że może spróbujemy znaleźć jakąś plażę i się wykąpać. Sambor jedzie na zwiad. Wraca po chwili i opowiada co i jak. Że jest plaża, pusta. A przy niej pomost. Zadaszony. Ze stołem i miejscami siedzącymi. W ogóle super extra lux młodzieżowo. Jest tylko jedno "ale" - na plaży było bydło - już go nie ma i będziemy sami, ale są ślady. Ola średnio wierzy w tę opowieść i istnienie owego luksusowego pomostu. W dodatku, jak pyta jak tam dojechać i dostaje odpowiedź "przy ośle w lewo" to wątpliwości są coraz większe.

Dojeżdża delica, więc udajemy się na plażę. I rzeczywiście - w miejscu gdzie pasie się osioł skręcamy w lewo w boczną drogę, a z niej wjeżdżamy na błotniste pole zadeptane przez krowy czy inne kopytne, po których ani śladu. Na wodzie rzeczywiście jest pływająca platforma, z zadaszeniem, stołem i krzesełkami, a nawet kapokami i kolami ratunkowymi... Nie zastanawiamy się dłużej i ładujemy się na pomost, przebieramy w kostiumy i wskakujemy do wody.

Nagle jak spod ziemi pojawia się lokales, który odcumowuje pomost i wypycha nas na środek jeziora. Okazuje się, że nieświadomie wykupiliśmy dwugodzinną usługę przepłynięcia się na środek jeziora i z powrotem. Teraz trzeba tylko wynegocjować cenę... Ta okazuje się znośna, więc poddajemy się relaksowi. Jednocześnie liczymy, że nikt nam teraz nie posprząta motków ani auta, które zostały na brzegu.













Po kąpieli wsiadamy na motki i jedziemy do pobliskiego miasteczka. Woda wyssała z nas trochę energii, więc musimy coś zjeść. Jest jedna knajpa, w której mają tylko jedno danie - samosy. i lody ze stuletniej maszyny. Ryzykujemy i zamawiamy.










Okazuje się że moja koza dodatkowo zgubiła prąd i nie odpala. Okołolunchowe prace z kabelkami powodują, że motek znowu można odpalać... na krótko.





Ruszamy w dalszą drogę. Kilka wiejskich dróg, serpentyn. Na jednej złotozęby Kirgiz wypada mi na czołówkę. Szczerząc zęby w uśmiechu nie odpuszcza ani trochę. ląduję na "poboczu" żeby nie dać się skasować. To nie koniec pecha, bo hamując przed jednym z przepustów na szutrowej drodze glebię aż milo. A potem pod koła wyskakują psy... Wrrr...

Jedziemy doliną wzdłuż rzeki, która ma jasny kolor. Skały są czerwono - zielone, zupełnie inne niż widziane wcześniej. Droga jest mokra, jakby chwilę wcześniej padało. A winkle są tak cudowne, że żałuję, że nie mam ze sobą Oliviera... Szkoda tylko, że jest gorąco jak w piekarniku.







Dojeżdżamy na miejsce noclegu - do Tash Komur. Tam rozlokowujemy się w altankach nad wodą (tu będziemy dzisiaj spały) i idziemy się wykąpać. Za mycie głowy w jeziorze dostajemy ochrzan, ale Sambor bierze to na siebie, bo zakazał nam korzystania z lokalnych sanitariatów (które są poniżej wszelkiego standardu; wiem, bo wbrew zakazowi poszłam sprawdzić...)









Na kolację jemy pyszną rybę. Szkoda, że w okrojonym towarzystwie - Ania, Maciek i Aneta wyjeżdżają wieczorem do Biszkeku.

W nocy przychodzi deszcz, więc wszystkie wbijamy się do jurty, która stoi na terenie ośrodka. Niestety ja dostaję się tam jako ostatnia, wiec mam miejsce przy wejściu, przez które i tak deszcz zacina do środka. Na szczęście opady przechodzą bardzo szybko i wracam do altanki. Fajnie tak spać "pod gołym niebem"...


Przejechane: 231 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 339
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 8/41
 19%
Wysłany: 2017-11-17, 18:09   

Pierwsza część trylogii filmowej :)

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 339
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 8/41
 19%
Wysłany: 2017-11-19, 17:21   

Kirgistan 2017 - Dzień 15 - Ciemno, zimno, mokro
11 sierpnia 2017 - piątek.

Spanie pod gołym niebem ma sporo zalet ale też kilka wad. Jedną z nich są muchy, które z lubością obsiadają wszystkie wystające spod śpiwora części ciała, zwłaszcza twarz i usta, a w sumie nie wiadomo gdzie wcześniej siadały... a może wiadomo i dlatego jest to tym bardziej nieprzyjemne...

Następuje kolejne przekonfigurowanie motocykli - ja wracam na moja Kozę, a niebieski XTek zostaje zapakowany do jakiegoś busa i ma wrócić do Biszkeku. Odkrywam, że w mojej DRZ nie ma tablicy rejestracyjnej - w sumie to nie wiem, czy gdzieś odpadła na trasie, czy została przykręcona XTkowi, żeby jakąś miał do transportu i ewentualnego rozliczenia kierowcy z wykonania zadania ;)

Zażywamy porannej kąpieli w jeziorze - kamienie, przy których wczoraj woda sięgała nam do połowy uda dzisiaj są prawie na brzegu.

Zanim wyjedziemy, przechodzę szybkie szkolenie z odpalania motka na krótko - działa, a ja za każdym razem mam przy tym spory ubaw i czuję lekki dreszczyk gdy sypią się iskry. Jedyny problem to to, że jak mi moto zgaśnie gdzieś przypadkiem, to chwile potrwa zanim je wystartuję.

Droga jest dobra a winkle fajne. Przy okazji podziwiamy przełomy Naryni.









Na trasie mamy kilka tuneli. Niestety są one całkowicie nieoświetlone, a często mają w środku zakręt. Wjeżdżając w taki tunel całkowicie traci się orientację, zwłaszcza, że światła w naszych motkach - o ile są, to są dość kiepskie, że absolutnie nie pomagają. Raz w jednym tunelu zupełnie się gubię i jadę bardzo wolno. Z pomocą przychodzi mi ciężarówka, która od tyłu błyska mi wszystkimi swoimi światłami. Z jednej strony widzę w końcu jak mam jechać, a z drugiej trochę spinam czując na plecach "oddech" tira, który wcale nie chce zwolnić...

Droga na tym odcinku jest płatna, ale nie dla motocykli :)







Zjeżdżamy nad jezioro Toktogul, gdzie stajemy na rybkę, a raczej kilka kilo smażonej ryby. Jest pyszna. Po drugiej stronie jeziora, tam gdzie jedziemy, kłębią się ciemne chmury i wdać że pada, więc nie spieszymy się. Za to kolory nieba i wody są przepiękne.











Gdy nieco się przeciera ruszamy i przejeżdżamy na drugą stronę jeziora. Na moście stoi przedłużona limuzyna - ktoś ma ślub na bogato. Zresztą w ogóle jest to kolejny z tego typu smaczków - wcześniej widziałyśmy złotego mercedesa i białego konia ze złotym siodłem ;)

Droga znowu zachęca do dynamicznej jazdy - jest szeroko i kręto. Jest też sporo wyprzedzania. Trzeba jedynie uważać na robotników naprawiających asfalt i nowe łatki smoły posypane piaskiem.







Kończąc jeden z rajdów, podczas którego bzykam wszystko i wszystkich goniąc grupę, która chwilę przede mną wystartowała z krótkiego postoju regeneracyjnego, widzę wszystkie dziewczyny stojące na poboczu i Olę, która tłumaczy się policji. Mundurowi mają przygotowany druczek skierowany do obcokrajowców: "Dear Guest, You were speeding..." ;) ale Ola informuje, że musiałyśmy jechać szybciej, żeby wyprzedzić gruzawiki, bo to niebezpieczne dla motocykli jechać za nimi. No i kolejny raz się udało nie dostać mandatu.

Przy drodze kwitnie handel - tutaj najwięcej jest miodu i pełnych wiader (!) z malinami. Aż się chce zatrzymać i przygarnąć pyszne owoce. Mijamy też jeden bardzo konkretny wypadek, co skutecznie studzi nasze rajdowe zapędy. Zresztą w ogóle robi się zimno, jak podjeżdżamy pod przełęcz, za którą w zasadzie domykamy zatoczone koło. W miejscu, gdzie kilka dni temu skręcałyśmy na Tałas zatrzymujemy się na rozgrzewającą herbatę.



















Warto też wspomnieć o jednej z ciekawostek - obok jest sklep spożywczy, którego cały asortyment wystawiony jest w oknie - jest tylko to - jak czegoś nie ma na widoku, to znaczy, że nie ma tego w ofercie. Genialne w swojej prostocie - nie trzeba pytać czy coś jest czy nie, bo wszystko widać :)



Na horyzoncie, gdzie jedziemy mocno się chmurzy. Widać też, że pada, bo pojawia się piękna, gruba, podwójna tęcza. O ile cieszy ona oczy, to niestety zwiastuje, że pod nią będzie mokro. Powoli myślimy o zjechaniu na nocleg, ale jesteśmy przy dość ruchliwej drodze i nie jest to takie proste. Coraz bardziej zbliżamy się do tęczy i deszczowych chmur.



W końcu udaje się znaleźć miejsce na biwak. Namioty rozstawiamy ekspresowo, ścigając się z nadchodzącym oberwaniem chmury, które ostatecznie przechodzi bokiem. Za to do obozowiska przychodzi dziadek z jurty lezącej opodal i oferuje nam niezbędną ochronę, jeśli tylko zapłacimy odpowiednią ilość kasy. Nie ulegamy panice i nie boimy się żadnego niebezpieczeństwa, więc nie płacimy.









Jemy kolację i gadamy, ale po jakimś czasie rozchodzimy się do namiotów, bo w końcu zaczyna solidnie padać. Pomimo burzy i faktu, że jutro ostatni dzień jazdy i tak słychać głośne śmiechy z większości namiotów.




















Przejechane: 269 km

_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
doodek 
Czort


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2013
Wiek: 36
Dołączyła: 14 Kwi 2013
Posty: 339
Skąd: Kraków
Poziom: 17
HP: 6/630
 1%
MP: 301/301
 100%
EXP: 8/41
 19%
Wysłany: 2017-11-21, 20:32   

Kirgistan 2017 - Dzień 16 i 17 - I skończyło się rumakowanie...
12 sierpnia 2017 - sobota


Do trzeciej nad ranem leje, ale poranek jest słoneczny. Poranne procedury wykonujemy pod czujnym okiem lokalnego dziadka i jego wnuka, którzy zaglądają z wielką ciekawością do każdego namiotu i wypytują o każdą rzecz w naszym ekwipunku. Podczas mycia talerzy po śniadaniu staję na śliskim kamieniu i wpadam w butach do wody. Zakładam więc klapki i idę umyć kubek, pamiętając, że kamienie są śliskie. Staję na jednym, który na taki nie wygląda. Ale za to się chwieje - ląduję w wodzie po raz drugi, ku uciesze ekipy. Chwilę po mnie, myjąc swoje gary, wpada do rzeki GaGatek, śmiejąc się, że powtarzała sobie w duchu, żeby nie popełnić moich błędów. Czyli dzień zaczynamy od dwóch Agat w wodzie ;)

Tankujemy na najbliższej stacji. Mają tu też gastrobudkę z hamburgerami z opcją drive-thru, z której korzystają lokalesi na koniach ;)





Podjeżdżamy pod ostatnia na naszej trasie przełęcz. Jest zimno. Przy drodze są "stoiska" z paliwem i kulkami kurutu.















Przed przełęczą czeka nas jeszcze jeden tunel. Długi, ale oświetlony. Motocykle mogą wjechać, ale ciężarówki mają tu ruch wahadłowy.



Po trzech kilometrach tunel się kończy i wita nas... śnieg padający z nieba. Na szczęście lekko. Przed nami piękny widokowy zjazd krętą, szeroką drogą. Trzeba tylko pamiętać, że motocykle jednak nie są szosowe, ale jedzie się wyśmienicie, choć jest zimno...













Jak zwykle lokalni kierowcy potrafią zaskoczyć - na jednym z łuków o 180 stopni po prostu w spokoju przepakowują towar z jednej naczepy do drugiej. Można? Można.





Na końcu wąwozu, gdy wyjedzie się spomiędzy skał są bramki i tu już musimy zapłacić. Nie jest to łatwe, bo trzeba uiścić po 45 COM od motocykla, więc to wyższa matematyka.



W ramach rozgrzewki a jednocześnie czekając na wszystkich idziemy do knajpki na czaj, pielmieni i bliny. Wszystko smakuje wyśmienicie.







Coś jednak długo nie ma Asi i naszego malinowego króla. Jak się okazuje - w motku Asi padło łożysko, więc trzeba było go zapakować na jedną z ciężarówek jadących do Biszkeku. Ostatnie kilometry Asia przejedzie w aucie serwisowym. Może to i dobra opcja, biorąc pod uwagę to co nas czeka na kilkudziesięciu kilometrach dojazdówki do Biszkeku.



A czeka nas pełny program z wirowaniem. Brawurowa jazda, walka o swoje na ruchliwej drodze, gdzie nie panują żadne zasady. Dobrze, ze chociaż temperatura jest dla nas łaskawa i nie leje się z nieba żar.

Dojeżdżamy do hotelu. Tam czeka na nas założone piwo. Wszystko się udało. Robimy kilka fotek upamiętniających tę chwilę.







Zanim dopijemy piwo musimy wykonać jeszcze jedną misję - umyć motocykle. Dwie przecznice obok jest myjnia, więc z niej korzystamy, za jakieś 150 COM od motka. Teraz możemy w pełni cieszyć się z powrotu.



Część popołudnia spędzamy na bazarze, gdzie kupujemy pamiątki. Nie jest to łatwe - większość straganów zawiera typową "chińszczyznę". Ale można też kupić siodło czy rzeźbioną kołyskę. Niestety ostatnia sprawa, którą tam załatwiamy powoduje spadek humorów - wymieniając pieniądze w kantorze GaGatek zostaje oszukana na kilkadziesiąt dolarów. Facet jest magikiem - trzy osoby patrzą mu na ręce, a temu i tak udaje się nas oszukać...













Na kolację jedziemy do "Pur Pur" - restauracji z prawdziwego zdarzenia. W dodatku takiej, która poniekąd zwiastuje przyszłoroczny plan Orlic - jest to bowiem knajpa po części gruzińska. Większość z nas zamawia więc gruzińskie dania. Kirgiskiej kuchni chyba mamy chwilowo dosyć ;)



Wieczór upływa pod znakiem pakowania się, a noc jest nieprzyzwoicie krótka. Można nawet wątpić w zasadność pójścia spać.


Przejechane: 196 km





13 sierpnia 2017 - niedziela

Część z nas, która wylatuje dzisiaj musi wstać o 2:30... Na trzecią mamy zamówioną taksówkę na 6 osób. Samochód podjeżdża punktualnie, ale nie ma miejsca na zabranie bagaży, więc trzeba zamówić kolejną. Na szczęście nie trzeba na nią czekać jakoś przesadnie długo.

Na lotnisku panuje totalny chaos. Trzeba ustawić się w jednej z dwóch kolejek, które są po przeciwnych stronach hali. Stajemy w jednej, ale gdy jesteśmy już tuż tuz okazuje się, że to ta niewłaściwa. Idziemy więc do "naszej", a tam totalne zatwardzenie. Jest już dobrze po czasie boardingu kilku Orlic, zanim jeszcze przejdziemy przez kontrolę dokumentów i bezpieczeństwa. Na szczęście tym razem samoloty czekają.



W moim samolocie nie działa "entertainment system", więc muszę sobie zapewnić rozrywkę we własnym zakresie. Nadrabiam więc zaległości czytelnicze.

Loty do Stambułu, Warszawy i kolejny do Krakowa mijają bez problemów. Znowu się udało. I choć prawa ręka wciąż drętwieje, to już myślę o tym, żeby wsiąść na motocykl i gdzieś pojechać.
_________________
http://dwakolkaispolka.blogspot.com
 
     
DAX_PL 


Motocykl: BMW F800GS
Rocznik: 2008
Pomógł: 1 raz
Wiek: 44
Dołączył: 25 Paź 2015
Posty: 157
Skąd: Warszawa
Poziom: 11
HP: 2/272
 1%
MP: 130/130
 100%
EXP: 15/25
 60%
Wysłany: 2017-12-08, 09:12   

Piękny wyjazd, fajne przygody, śliczne fotki i ciekawie napisane.
Zazdroszczę Wam "czasu" na taki wyjazd.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,15 sekundy. Zapytań do SQL: 10